+11
adamek 23 marca 2015 17:59


Sydney – centrum kraju. A może i całego kontynentu. Największe miasto Australii. Nie napiszę, że najciekawsze, bo we wszystkich nie byłem. Jedno jest pewne – to jedno z tych miejsc, do których jedziesz na parę dni a zostajesz miesiące. Sydney jest bezlitosne. Od pierwszego wejrzenia, oddechu, dotyku. Od razu nas chwyta i nie puszcza. Przytula mocno niczym koala. Uzależnia. Kto był tu choć raz, chce wrócić. Wspomnienia z tego miejsca są jak narkotyk. Tęsknię od momentu, kiedy wsiadłem w samolot opuszczając to miejsce. Tęsknię tym bardziej teraz, bo dopiero rozumiemy czego doświadczyliśmy kiedy chcemy to opowiedzieć.



Moją przygodę z Sydney zaczynam od Woolloomooloo – jednej z dzielnic. Tu pełno jest backpackerów, pracowników sezonowych – tych legalnych i mniej legalnych. Jest luz. Jest pięknie. Nie ma nadęcia wielkiego miasta. Tego w zasadzie w Sydney nie ma w ogóle! Miałem tu spędzić jeden dzień, w końcu spędziłem prawie tydzień. Co robić w tym mieście? Oczywiście nic. Wystarczy tu BYĆ. Od Woolloomooloo bije jakaś pozytywna energia. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Miejsce jest – jak większość miast w Australii – mocno alternatywne, wręcz hispterskie. Nazwa dzielnicy to wyraz z największą liczbą liter „o” – jest ich tam aż osiem. Nie sprawdzałem, ale podejrzewam, że nawet w niemieckim nie ma słowa, które by to pobiło. Jak zapamiętać tą skomplikowaną nazwę? Przy wjeździe stoi znak, który rozwiązuje problem.



Na dzień dobry wypada zapoznać się z okolicą. Gdzie najlepiej nic nie robić? Hyde Park. Słońce, równiutko przycięta trawa, drzewa dające cień i wytchnienie od upału. Co i raz spacerujące obok przedziwne ptaki. Tu nie znajdziesz znaków typu „nie deptać zieleni”.



Tutaj wolno chodzić po trawie, leżeć na niej, jeść, skakać, tańczyć, żyć. Nie wolno jedynie pozwolić aby czworonogi się na nią załatwiały. Jedynym poważnym miejscem w całym parku jest ANZAC Memorial – czyli pomnik pamięci poległych żołnierzy z Australii i Nowej Zelandii.



Zaraz obok znajduje się kolejna odnoga parku płynnie przechodząca w ogrody botaniczne zaraz za Art Gallery of NSW. Generalnie, wielka zielona plama, składająca się z trzech mniejszych, na mapie Sydney to to czego każdy szuka kiedy potrzebuje chwili wytchnienia i relaksu. Po prostu tu przychodzisz, siadasz na trawie, patrzysz na ptaki, słuchasz miłego szumu miasta a w twarz wieje Ci świeża bryza znad zatoki. Czego chcieć więcej?



W samym środku parku czeka świątynia sztuki – Art Gallery of NSW. Oznacza to zwykle pół dnia oglądania obrazów. Ja nie szczególnie lubię w ten sposób zwiedzać, ale tym razem się złamałem. Skusiło mnie nie tyle to, że „będąc w Sydney trzeba tu być”, ale fakt, że mogę zobaczyć obrazy Roya Lichtensteina i Andy’ego Warholla. Tak się złożyło, że akurat w czasie mojej wizyty, przyjechała wystawa Pop to Popism. Ponad dwadzieścia dolarów na bilet, ale warto było.



Z parków i muzeum idę do serca miasta – centrum. Widziałem wiele miast na całym świecie. Tych naprawdę dużych było kilka. Moim zdaniem Sydney ma najsympatyczniejsze centrum. Jak zwykle, centrum to równiutka siatka ulic. Nie tu. tutaj to miasto dopasowuje się do otoczenia. Pagórki, wzniesienia i górki, na których rozłożone jest Sydney nie pozwalają na zachowanie regularnej siatki ulic. Wszystko jest powyginane, zakręcone, momentami dość skomplikowane. A mimo wszystko, nawigacja nie sprawia problemów.



Centrum to oczywiście dużo zimnego betonu, szkła i stali. Tutaj jednak równoważy je ciepła, soczysta zieleń drzew, biel i róż kwiatów. Tu jest zwyczajnie przyjemnie. Biuro tutaj wydaje się nie być mordorem, tylko miejscem pracy. Miejscem, z którego w przerwie można wyjść, na pobliskim straganie lub w kafejce kupić lunch i zjeść go siedząc na ławce wśród drzew. Mógłbym tu pracować.



Co ciekawe, pomiędzy drapaczami chmur, powtykane są stare kolonialne domy i kamienice. Albo na odwrót. To właśnie te stare domy były w ostatnich kilkudziesięciu latach przetykane kolosami ze stali i szkła. Efekt – coś naprawdę przyjemnego. Kompromis pomiędzy betonową dżunglą a parkiem miejskim. Jak to w Australii, wszędzie widać dążenie do tego aby korzystać z życia, aby praca była tylko jego częścią a nie sensem i aby upływała w jak najmilszych warunkach.



Z centrum trafiam na The Rocks – pierwszą dzielnicę Sydney. To tu 200 lat temu wysiedli pierwsi osadnicy. Miejsce przez wiele lat było szemraną dzielnicą portową. Doki, magazyny i speluny dla marynarzy. Teraz od kilkunastu lat jest restaurowana i stała się jedną z najpopularniejszych rejonów miasta. Tutaj można znaleźć popularne restauracje, uliczne targi z lokalnymi, naturalnymi produktami itp. Najciekawsza jednak jest architektura.



The Rocks pełne jest perełek. Stare magazyny, małe domki, stare sklepy i hoteliki. Wszystko w pięknych wiktoriańskich domkach. Super wygląda też zaaranżowanie przestrzeni typu schody prowadzące z jednego pagórka na kolejny. Tylko w Sydney widziałem w ten sposób urządzone zbocze. Wzdłuż labiryntu schodów, co chwila rozsiane mini ogródki, platformy z krzesłami, kominkami, sofami. Można sobie zwyczajnie tu usiąść i podziwiać panoramę centrum ponad dachami magazynów i doków.



Jedną z wielu rozpoznawalnych budowli Sydney jest most na zatoce. Popularnie zwany „wieszakiem”, ponieważ wygląda jak wieszak na płaszcz. Most jest ogromny. Zawieszony dość wysoko, wiec zawczasu trzeba wybrać czy chce się iść na górę – po moście, czy na dół – pod niego. Potem trudno już zmienić zdanie bez nadrabiania kilometrów. Z daleka most wydaje zwyczajny. No po prostu jest. Z bliska absolutnie przytłacza. Jest naprawdę duży. To nie Most Świętokrzyski, to bardziej liga Golden Gate, Brooklyn Bridge czy Ponte 25 de Abril w Lizbonie. Jest w nim coś co przyciąga. Lepiej podziwiać go z dołu i naokoło. Przejście po moście przypomina raczej spacer po więziennym podwórku. Wszędzie kraty, drut kolczasty, kamery i strażnicy. Można wejść na jeden z pylonów. Jeżeli ktoś się nie boi.



Pod mostem park. Najlepszy z rana. Kiedy miasto się budzi. Jest jeszcze cicho. Nie ma zgiełku i szumu. Tylko słychać zatokę. I czuć. Lekki powiew. Słońce jeszcze nie pali. Wtedy w parku można spotkać mieszkańców Sydney trenujących jogę. Obok ktoś się rozciąga. Dalej chłopak jak z okładki Men’s Health robi pompki. Naokoło poranni biegacze. Wszyscy piękni. Ładnie ubrani. Obrazek jak ze stocka. To Sydney. Miasto idealne. Stolica ze snów. Takie sprawia wrażenie.



Spod mostu idę w kierunku nabrzeża. Quays to takie mini-centrum w centrum miasta. To serce całego układu o nazwie Sydney. To to miejsce nadaje całemu miastu życie. Tutaj przypływają i odpływają promy łączące całą zatokę. Ich ilość jest wprost nieprawdopodobna. Cały czas coś przybija, odbija. Po zatoce kursują różnokolorowe stateczki, różnej wielkości, w różnych kierunkach. Łączą tą rozległą aglomerację w jedną całość.



Nie można tu być i nie wsiąść na jeden z promów. Bez wahania wskakuję na losowo wybrany. atrakcją Sydney nie mającą sobie równych jest rejs po zatoce. Niby nic. Dla mieszkańców Sydney to często codzienna droga do pracy. Dla mnie to frajda większa niż kiedyś widok ludzików G.I. Joe pod choinką. Co takiego daje taka przejażdżka stateczkiem? Przede wszystkim widok na miasto. Jak z pocztówki. Most. Opera. Centrum z wieżowcami. Wszystko otoczone zielenią. Północna cześć Sydney, która wydaje się tak odległa a jednocześnie tak bliska. Z willami, których okna skierowane są ku zatoce. Chciałbym mieszkać w takim domu. Przy następnej wizycie, będzie grane airbnb.



W końcu sama zatoka to życie. I to jakie! Ruch jak w centrum miasta. Promy. Motorówki. Żaglówki. Statki. od czasu do czasu trafi się ogromny wycieczkowiec odbywający rejs dookoła świata. Wszystko to porusza się tak zwinnie, płynnie. Wszystko działa idealnie. Naturalnie. Do tego słońce i świeża bryza. Wycieczka niczym nie przypomina przeprawy obleśnym promem. Czuje się jak na wycieczce krajoznawczej. Klimatu dodają również hydroplany, które kołują i co chwila lądują w kolejnych zatoczkach. Mała rzecz a cieszy. Nigdy przedtem nie widziałem, aby na tak dużej zatoce panował tak duży ruch i zgiełk. Jednocześnie wszystko sprawiało wrażenie uporządkowanego.



Z drugiej strony ujście zatoki. Otwarte morze i dziesiątki żaglówek. Dokąd płynie mój prom? Oszukałem trochę sam siebie, że wsiadam na pierwszy lepszy prom, bo akurat trafiło się Manly. Wiedziałem, że to strzał w dziesiątkę. Manly to jedna z miejskich plaż Sydney. To w zasadzie zjawisko. Przez wielu uważana za absolutnie najlepszą ze wszystkich w okolicy. Zgadzam się, że jest po prostu prze. Klimat jaki na niej panuje jest niepowtarzalny.



Przede wszystkim to plaża dla mieszkańców Sydney. To zazwyczaj tu trafiają w weekendy, aby odetchnąć od gwarnych plaż popularnych wśród turystów, jak np. Bondi. Lazurowa, ciepła woda, super czysty piasek robią swoje. W Manly jednak całości dopełniają prześliczne iglaki okalające całą plażę. Na ich tle szwendają się zazwyczaj surferzy w piankach. Ciągną swoje deski po piasku. Wskakują do wody i godzinami ślizgają się na falach. Jak dla mnie gigantach, bo dochodziły do czterech metrów.



Pora na obiad. Czyż można zjeść tu co innego niż fish & chips? Podobno ze świeżej ryby. Nie wiem, nie sprawdzałem. Wybrałem miejsce z największą kolejką. Świeża czy nie. Cokolwiek to było. Smak tej ryby, delikatną chrupką panierkę, super fryty, wszystko skąpane w tłustym sosie tatarskim – będę pamiętał jeszcze długo. Nie jest to specjalnie lekkie danie, szczególnie jedzone przy trzydziestostopniowym upale, popijane zimnym piwem. Ale dla mnie to właśnie smak Sydney. Gorąca ryba z frytami jedzona w upale na plaży. Manly naprawdę daje rade.



Po Manly nie chce się już nic. Pół dnia leżenia na plaży. Opalanie. Kąpiel w oceanie. Kąpiel w zasadzie jest dziwna. Tu nie ma praktycznie pływania. Za wysokie fale. Wszyscy stoją w wodzie po pas i czekają na nadciągające fale. I tak cały czas. Bez przerwy. Fale przychodzą mniejsze i większe. Wygląda głupio. Dopóki sam nie próbuje. To niesamowite uczucie płynąć na fali. Bez deski. Po prostu na brzuchu. Na końcu fala kotłująca cię tak mocno, że przez moment nie wiesz gdzie jest góra a gdzie dół. Można tak długo. Do oporu. Do wieczora. Powrotny prom to smuteczek. Ale jutro czeka mnie reszta atrakcji Sydney.



Na dzień dobry idę na Sydney Tower. To najwyższy punkt widokowy w mieście. absolutny must dla każdego, kto lubi miasta. Ja uwielbiam oglądać każde miejsce z góry więc udaję się tam bez żadnego wahania. Widoki z góry są, cóż… zapierające dech w piersiach. Jedyny minus – wszystko zza szyby. Nie czuć wiatru, nie da się wyjść, odetchnąć tym miastem. Wszystko jakby w akwarium. Jedyna opcja to ekstra płatny spacer po specjalnym tarasie. Nie na moją kieszeń.



Sydney z góry prezentuje się zwyczajnie elegancko. Przede wszystkim w oczy rzuca się równowaga pomiędzy zielenią a betonem, stalą i szkłem. To nie zimna betonowa dżungla. To miasto wkomponowane w otoczenie. A otoczenie jest nie byle jakie. To przepiękna, ogromna zatoka o nieregularnym brzegu. Wszędzie małe zatoczki, skałki, klify, pagórki. Wszystko idealnie zaadoptowane i zamienione w nowoczesne miasto. Tak. Sydney to urbanistyczny majstersztyk. Nic dziwnego, że w rankingach jakości życia jest od zawsze w czołówce.



Po przedpołudniu spędzonym w mieście, uciekam na chwilę poza nie. Nie bo mi przeszkadza, ale chce zobaczyć osławione Góry Błękitne. Położone nieopodal – około 60 km od Sydney są jedną z wizytówek Australii. Weekendowy punkt wypadowy dla mieszczuchów. Gdyby brakowało im zieleni w mieście. na cały park nie mam czasu, chcę więc zobaczyć flagowy punkt – Three Sisters, znajdujący się w miasteczku Katoomba. To obowiązkowy punkt na mapie wycieczek w te rejony. Większość przyjeżdża tu w ramach objazdówek camperami. Ja z moim malutkim autkiem czuje się co najmniej nieswojo. Plus jest taki, że auto się tak nie nagrzewa w upale. Bo zawsze zasłaniają je inne – większe samochody.



Three Sisters to punkt widokowy na urwisku. Rozpościera się z niego niesamowity widok ponad lasami eukaliptusowymi. W trzydziestu kilkustopniowym upale wszystko paruje. Opary eukaliptusa mają niebieskawy kolor. Stąd nazwa góry błękitne. O górach raczej nie ma tu co mówić. To raczej pagórki. Ale pokryte przepięknym zielonym buszem. Całość dzięki oparom eukaliptusa płynnie łączy się, niemal zlewa z szafirowym niebem. Granica pomiędzy ziemią i niebem zwyczajnie zanika. Czuję się jakbym był gdzieś pomiędzy.



Upał jest niemiłosierny. Stopień zagrożenia pożarowego najwyższy z możliwych. Nie wolno palić. Nigdzie. Nie wolno schodzić z wyznaczonych ścieżek. Słońce praży. Bez kremu z filtrem co najmniej 30 SPF, w ogóle nie ma co wychodzić z domu. W powietrzu czuć zapach suchego drewna – jak w saunie. Wyraźnie wyczuwalna jest woń eukaliptusa. Jestem zdziwiony, bo nie pachnie jak maść dla sportowców, ale bardziej ziołowo, egzotycznie. Trudno rozpoznać od razu, że to eukaliptus. Kolejna zapachowa pamiątka z Australii po Central Tilba. Warto tu przyjechać chociażby po to aby poczuć ten zapach. Zapach Australii – terra nullius.



Idę na spacer jednym ze szlaków. Nie przygotowałem się na dłuższą trasę. Nie mam wody a upał jest niemiłosierny. Pozostaje więc jedna z krótkich tras wokół Three Sisters. Okolica jest przepiękna. mimo ogromnego upału i wysokiej suchości, roślinność jest wyjątkowo bujna. Soczyście zielone krzewy. Przepięknie kwitnące żółte kwiaty. Zastanawiam się skąd te rośliny biorą energię i wodę. Wydają się niezniszczalne. To jedno z tych miejsc, które pomimo swojej surowości, zachwyca bogactwem życia. Jak Dolina Śmierci albo pustynie Utah – po najmniejszym nawet deszczu – zamieniają się niemal w rajski ogród.



Jeszcze krótka rundka do Three Sisters. To trzy ostańce wystające z urwiska nieopodal punktu widokowego. Jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Górach Błękitnych. Czy najładniejszych – nie sądzę. Blue Mountains National Park, to miejsce, w którym trzeba spędzić zdecydowanie więcej niż kilka godzin. Warto tu pochodzić, poczuć zapach tego miejsca, słuchać ptaków i owadów, oddać się jego mocy. Ja czuję zdecydowany niedosyt. Ale wiem, że to nie moja ostatnia wizyta tutaj.



Wracam do Sydney. Następnego dnia znowu zapragnąłem plaży. OK. Pojadę tam gdzie wszyscy. Miliony turystów nie mogą się mylić. Australijczycy nie mogą się mylić. Bondi Beach – plażowa wizytówka Sydney. Najlepsza. Największa. Najpopularniejsza. Po prostu wszystko co naj.



Przygoda z Bondi zaczyna się jeszcze w autobusie. To jest najlepszy sposób aby się tam dostać. W całym pojeździe czuć luz zbliżającej się plaży i ekscytacje. To jest jak preludium do słodkiego nic-nie-robienia na boskiej plaży. Cudów nie ma. Bondi nie jest ani największa ani najpiękniejsza, ani żadne inne naj. Ale jednego nie można jej odmówić. Ma klimat. Trochę inny niż Manly. Trudno to określić. Tutaj jest jakby bardziej bananowo. Tutaj już widać rewię mody, silikon, botoks, najnowszą kolekcję Victoria’s Secret. Tu jest pokazówa. Ale i tak jest pozytywnie. Chce się tu przebywać. Plażowicze pomieszani z surferami. Luz. Spokój. Czas wydaje się zwalniać. Skwar usypia. Wspomaga go monotonny szum fal. W spaniu przeszkadza tylko zgiełk. Jest naprawdę tłoczno.



Po dłuższej chwili leżenia każdy odczuje głód. Co zjeść na plaży? Oczywiście fish & chips. Przy promenadzie wybór jest ogromny. Aż nie wiadomo gdzie iść. A może koklajl z krewetek? A może małże? A może homara? Ostrygi? Nie. Ryba z frytami. Znowu tłusty biały papier. Upał. Chrupiąca panierka i boskie frytki. Samo zło. Ale jakie dobre. Siadam na trawie i wcinam. Łatwo powiedzieć. Tutaj graniczy to z cudem. Ptaszyska są tak bezczelne i agresywne, że momentalnie rzucają się na mój lunch próbując mnie go pozbawić. Scena jak z Hitchcocka. Udaje mi się je odgonić. Rezygnuję z lunchu z widokiem, muszę się chować i jeść w pozycji pół-zgiętej ochronnej.



Wylegiwanie się na Bondi Beach po kilku godzinach brutalnie przerywa pogoda. Najpierw ni stąd ni zowąd nadchodzi ogromna chmura wilgoci. Wygląda jak lekki siwy dym. W moment spowija całą plażę we mgle. Słońca już nie ma. Po kilkunastu minutach zamienia się w deszcz. Pada nagle, gwałtownie, ale lekko. Ciepły deszcz spadający na ciepły piasek, ciepły chodnik, ciepły asfalt. Momentalnie wszystko zaczyna parować. Ludzie odruchowo zbierają się z plaży. Wszyscy jakby błądzili w oparach unoszących się nad asfaltem.



I tu zaczyna się problem. Nagle wszyscy wracają. Jedna ulica. Jeden korek. Autobusy pękają w szwach. Tłum w kąpielówkach i ręcznikach napiera. Autobusy podjeżdżają już pełne. Nikogo nie są w stanie zabrać. I tak stoją w korku. Następnie nie mogą podjechać. Tak wygląda apokalipsa. Powrót z Bondi trwał ponad dwie godziny. Tymczasem słoneczko wróciło.





To mój ostatni wieczór w Sydney. Wracam do miasta. Idę nad zatokę. Chodzę po Royal Botanic Gardens. To jest chyba największe odkrycie mojego pobytu tutaj. Magiczne miejsce w środku wielkiego miasta. Wchodząc tu przenoszę się w czasie. Gęste zielone lasy. Przepiękne krzewy i kwiaty. Co i raz altanki, oranżerie, fontanny. Idzie się tutaj jak przez magiczny ogród. Za każdym zakrętem czai się cos niezwykłego. Tu wyskoczy jaszczurka. Tu jakiś nieznany kwiat. Tu liść w kształcie wazonika. Takie małe rzeczy. A cieszą. Tego miejsca nie można przeoczyć!



Tutaj też jest inna perełka Sydney – budynek opery. Nie ma co polemizować. To najbardziej rozpoznawalne miejsce w całym mieście. Jednym budynek przypomina okręt na pełnych żaglach – takie było założenie – innym – kopulujące żółwie. Tak czy siak, konstrukcja jest niesamowita. Pomijając jej komercyjną działalność i to co się dzieje w środku, z zewnątrz absolutnie rządzi. To jedno z tych miejsc, które onieśmielają swoim majestatem ale zarazem prostotą. Niekonwencjonalnością i oryginalnością. To miejsce z tych, które się pamięta. Z daleka czy z bliska, robi wrażenie. Zachwyca jej widok. Zachwyca dotyk. Z bliska budynek wykonany jest z dziesiątek tysięcy duńskich kafelków, które same się myją w deszczu. Genialnie proste. Prosto genialne.



Cały park. Cała ta zielona plama na mapie Sydney. Ta łapa. To jest to miejsce. I w tym parku. Jest kolejne miejsce, do którego powinien dotrzeć każdy będąc w Sydney. Wygląda niewinnie. To sam koniuszek zachodniego cypelka parku. To miejsce z tych, w których każdy zatrzyma się choć na chwilę. Żeby popatrzeć. Żeby pomyśleć. Żeby przetrawić. To miasto. Swój romans z nim. Miejsce magiczne. Ławeczka. Albo nie. Lepiej usiąść w małej wnęce skalnej. Co widać? Zatoczkę, a za nią serce Sydney. Wieżowce centrum, operę, most, dalej drugi brzeg, Luna Park. Całe Sydney, cała jego esencja w jednym ujęciu. Nic dziwnego, że często to właśnie tutaj ustawiają się ludzie z aparatami za kilkadziesiąt tysięcy, czekając na zachód słońca. Ten widok to większość pocztówek z Sydney. Ten widok to właśnie Sydney.



To miejsce to dla mnie podsumowanie całej mojej wycieczki do Australii. Wpadłem tu tylko na chwilę. Przejazdem. Wyszło na to, że zostawiam tu serce. Spodziewałem się, że będzie fajnie. Rzeczywistość przerosła moje wszelkie oczekiwania. Sydney to dla mnie synonim miasta idealnego. Słyszałem wiele o karaluchach wielkości dłoni, jadowitych pająkach i innych niedogodnościach. Na szczęście nie zaznałem. Mój obraz Sydney to obrazek idealny. Będę tu wracał nie raz. Żeby go utrwalić albo zepsuć. Ale chce poznawać to miejsce jeszcze bardziej. Jeszcze lepiej. Chce nim żyć. Bo to jest miejsce, do którego warto chociaż raz w życiu trafić. Nie dlatego, że to fajne miasto. To jest super miejsce. Niepotrzebnie napisałem o Sydney, bo znowu zapragnąłem tam być. Jeść fish & chips, popijać Victoria Bitter, siedzieć na trawię, patrzeć na most, wałęsać się bez celu. A może to właśnie Sydney jest celem samym w sobie. Już wiem, ze po powrocie kupię kolejny bilet do Australii.

Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie

Dodaj Komentarz

Komentarze (11)

karian 25 marca 2015 11:51 Odpowiedz
Widzę poprawki :-) I tak mi się podobało.
kinka 26 marca 2015 11:37 Odpowiedz
Zgadzam się ze wszystkim. Za każdym razem, jak mignie mi gdzieś chociażby nazwa Sydney, to zaczynam tęsknić. I też kombinuję, jak to zrobić, żeby tam wrócić. A może zostać.
singielka_1976 27 marca 2015 14:36 Odpowiedz
Boska relacja, cudowne zdjęcia i fantastyczny opis aż się chce tam być :).
japonka76 2 kwietnia 2015 13:43 Odpowiedz
Super, kilka zdjęć, kilka zdań. Bez ozdobników i nadęcia. Naprawdę poczułam, że do Sydney można zatęsknić. Sama sprawdzę to niedługo.
sawek-waszek 3 kwietnia 2015 03:02 Odpowiedz
Najlepszy opis Sydney, jaki do tej pory czytałem. Uchwycenie klimatu miasta - 100% Gratuluję! Znów poczułem zapach tego powietrza i smak ryby z frytkami...
furdi 5 kwietnia 2015 12:57 Odpowiedz
Bardzo dobrze skompresowany przednik po Sydney. Świetnie się to czyta i na pewno pomoże mi w mojej podróży po Australii. Mam tylko małe pytanko jak rozwiązałeś kwestie finansowe? Miałeś konto walutowe w USD gdzieś w Polsce czy jak?
labcio 6 kwietnia 2015 10:18 Odpowiedz
furdiBardzo dobrze skompresowany przednik po Sydney. Świetnie się to czyta i na pewno pomoże mi w mojej podróży po Australii. Mam tylko małe pytanko jak rozwiązałeś kwestie finansowe? Miałeś konto walutowe w USD gdzieś w Polsce czy jak?
Cześć byłem też w Sydney i świetnym rozwiązaniem jest karta w raiffeisen wtedy jeszcze wizzair był zaprzyjaźniony z Citi bankiem wiec miałem dwie karty teraz gdy korzyści są w jednej karcie to najlepsze rozwiązanie - raiffeisen przelicza waluty po średnim kursie MasterCard lub visy wiec to się opłaca, nie musisz mieć wiele kont walutowych, Jeśli ktoś jest zainteresowany zdjęciami z Sydney i nie tylko zapraszam na bloga http://wiwilab.blogspot.com/2013/09/nasz-pierwszy-raz-w-australii.html
adamek 7 kwietnia 2015 13:58 Odpowiedz
furdiBardzo dobrze skompresowany przednik po Sydney. Świetnie się to czyta i na pewno pomoże mi w mojej podróży po Australii. Mam tylko małe pytanko jak rozwiązałeś kwestie finansowe? Miałeś konto walutowe w USD gdzieś w Polsce czy jak?
Ja miałem gotówkę. Płatnosci karta wiaza sie niestety z lichwiarskimi kursam, wiec lwpiej miec pare groszy ze soba.
furdi 8 kwietnia 2015 23:50 Odpowiedz
adamek
furdiBardzo dobrze skompresowany przednik po Sydney. Świetnie się to czyta i na pewno pomoże mi w mojej podróży po Australii. Mam tylko małe pytanko jak rozwiązałeś kwestie finansowe? Miałeś konto walutowe w USD gdzieś w Polsce czy jak?
Ja miałem gotówkę. Płatnosci karta wiaza sie niestety z lichwiarskimi kursam, wiec lwpiej miec pare groszy ze soba.
Też właśnie nad tym myślałem, a ile wynosił cie tam koszt pobytu tygodniowo. Bo ja wstępnie liczę na 400-500 AUD
adamek 10 kwietnia 2015 09:27 Odpowiedz
furdi
adamek
furdiBardzo dobrze skompresowany przednik po Sydney. Świetnie się to czyta i na pewno pomoże mi w mojej podróży po Australii. Mam tylko małe pytanko jak rozwiązałeś kwestie finansowe? Miałeś konto walutowe w USD gdzieś w Polsce czy jak?
Ja miałem gotówkę. Płatnosci karta wiaza sie niestety z lichwiarskimi kursam, wiec lwpiej miec pare groszy ze soba.
Też właśnie nad tym myślałem, a ile wynosił cie tam koszt pobytu tygodniowo. Bo ja wstępnie liczę na 400-500 AUD
Najtanszy nocleg to 30 aud za noc (dorm), jedzenie 10-20 aud/dz. Jest drogo. Bardzo drogo. Jak w UK
michelle-j-okreglicka 7 maja 2015 09:56 Odpowiedz
Chyba się wkońcu skuszę. Po Roku na Islandii musze sie dogrzać