+3
adamek 10 lutego 2017 21:14


Do Budapesztu poleciałem w końcu w podróż służbową. Nigdy wcześniej to miasto mnie specjalnie nie pociągało, nie wydawało się niczym specjalnym. Ot zwyczajna środkowoeuropejska stolica. A tanie bilety i oczywista dostępność tego miasta – na wyciągnięcie ręki – sprawiały, że zostawiałem je sobie na kiedyś. Na "przy okazji". Doprawdy nie wiem skąd we mnie takie pokłady ignorancji podróżniczej... W końcu jednak siedzę w "landrynie" lecącej do stolicy Węgier.



Po przylocie na miejsce okazuje się, że jest jakieś święto państwowe. Oznacza to, że niemal wszystko jest w mieście pozamykane. Zakaz handlu w święta – i nas to czeka. O ile nie jestem zwolennikiem tego rozwiązania – przerażają mnie problemy z kupieniem czegokolwiek – o tyle na miejscu, z wyjątkiem małego problemu z zakupem biletów na metro, dostrzegam same plusy. Ulice pełne ludzi, wielkie sklepy i galerie handlowe pozamykane na czery spusty, nie ma dzikich tłumów na zakupach, można spokojnie pochodzić po mieście i pozwiedzać.



Loty mam ułożone tak, że poza całymi dwoma dniami w pracy – jak sie okazało – włączając w to pracujące wieczory, mam prawie cały dzień. Hotel mam w centrum, przy moście Erzsébet i ulicy Váci czyli najpopularniejszym deptaku w stolicy. Potrzebuje tylko chwili, żeby rzucić walizkę i od razu wyskakuje nad rzekę. Jest przepiękny słoneczny majowy dzień. Szkoda czasu. Widok jest przepiękny. Budapeszt rozkochuje w sobie od razu. Wystarczy przyjść tu nad Dunaj, stanąć i rozejrzeć się. Gwarna promenada pełna restauracji z kelnerami w białych koszulach – eleganckich ale jednocześnie jakoś nienadętych. Obok, za żeliwnymi barierkami wzdłuż rzeki od czasu do czasu przemykają star żółte tramwaje. Dalej przepiękny Dunaj, a na nim życie. Barki, z których dobiega muzyka, radosny gwar.



Idę wzdłuż rzeki i podziwiam widoki. Przede mną znany z niemal każdej budapeszteńskiej pocztówki Most Łańcuchowy – masywny, ociężały, monumentalny. Wydaje się zapadać w Dunaju pod swoim własnym ciężarem. Po drugiej stronie rzeki, na wzniesieniu za murami przeplatanymi warstwami gęstych drzew góruje ogromne gmaszysko Zamku Królewskiego, w którym znajdują się m.in. muzeum narodowe, galeria sztuki i biblioteka narodowa. Zaraz obok, gdzieś tam nieśmiało , ledwo zauważalny wystaje zza drzew pałac Sandor – pełniący rolę pałacu prezydenckiego na Węgrzech. Jest pięknie, monumentalnie, mocarstwowo. Naprawdę widać, że Budapeszt był ważnym miastem imperium austro-węgierskiego. Nie zdemolowało go 50 lat komunizmy, które z Bukaresztu zrobiły ułomną karykaturę miasta.





Wspinam się stromymi uliczkami wkierunku wystającej gdzieś w oddali zza drzew Wieży Rybackiej. Jest przepiękna pogoda. Cieplutko, nade mną soczyste błękitne niebo, na nim leniwie przesuwają się kształtne, puszyste chmury. Dosłownie słyszę w głowie Lato z Czterech pór roku Vivaldiego. Rozleniwiony wpadam w jakieś drzwi wychodzące prosto na ulicę. W środku czerwone kraciaste obrusy i pani w fartuchu. Wygląda dokładnie jak miejsce, w których chcę zjeść. Na stół wjeżdża oczywiście zupa gulaszowa i zimny Dreher. Pani pyta na migi czy podać papryczki – tak przynajmniej tak rozumiem. Oczywiście proszę i dostaję do zupy talerzyk pokrojonej w plasterki ostrej zielonej papryki. Zupełnie nie wiem co mam z nią zrobić, więc po prostu zagryzam surową. To znaczy próbuje. Jest ostra. Zimne piwo wbrew pozorom nie pomaga.



Wylewam się z knajpki z powrotem na zalaną upałem ulicę i wspinam się dalej w górę Starego Miasta. Na końcu ulicy wchodzę do niewielkiego parku, jeszcze tylko kamienne schody, duży szary mur i jestem na górze. Wszedłem na budapeszteński Olimp – jestem na najwyższym piętrze miasta. Plac Św. Trójcy to rozległy kamienny taras otoczony zdobnymi murami, z których wystają charakterystyczne szpiczaste wieżyczki, które przypominają czapki krasnali. Po środku znajduje się największa z nich – słynna Baszta Rybacka. Obok stoi przepiękny Kościół Macieja, na który dumnie spogląda z pomnika Stefan I Święty – pierwszy król Węgier. Nie jestem specjalnym fanem pomników, ale ten jest naprawdę ładny. Kawał dobrej roboty. Aż miło popatrzeć.





Jest ładnie i schludnie. Jest bogato – jasny kamień i zdobienia, dbałość o najmniejszy detal. Słowem szyk, styl i klasa w dobrym austro-węgierskim wydaniu. Bez zbędnej nonszalancji i cieknącego złota. Jedyne co kłuje w oczy to przeokropny i szpetny budynek plomba, który ktoś postawił zaraz obok kościoła. Pasuje tu jak pięść do oka i osobie odpowiedzialnej za zagospodarowanie przestrzeni w ten sposób z chęcią wymierzyłbym kilka batów a architekta wysłał na badania okulistyczne. Jego miedziano-rude szyby przypominają londyńskie biurowce z lat '70 a ogólna bryła nowobogackie domki działkowe. Budynek zwyczajnie wpasował się tu z gracją narąbanego słonia w składzie porcelany. Odwracam się do niego plecami i udaję, że go tu nie ma.



wspinam się na mury baszty, mijam zatłoczoną restaurację i wchodzę na samą górę. Trudno się przepchać na wąskich, krętych schodkach i dalej dojść do krawędzi muru, ale kiedy w końcu mi się udaje, mam nagrodę. Widok na Budapeszt jest zwyczajnie swietny. Nieregularne, rozrzucone kamienice z dachami z czerwonej dachówki poprzecinane wstęgami gęstych drzew. Dalej jakby zmęczony upałem, leniwy Dunaj, na nim równie leniwe barki i statki wycieczkowe.Na drugim brzegu to na co czekałem – przepiękny, majestatyczny budynek parlamentu. Ze swoimi białymi szpiczastymi wieżyczkami przypomina zwieńczony purpurową kopułą baśniowy pałac wykuty z lodu.



I jeszcze to przepiękne niebo, na któym pojedyncze chmurki wydają sie jak zawieszone na niewidzialnych sznureczkach. Delikatne, kłebiaste puszki suną równie leniwie jak Dunaj, w tym gęstym od upału powietrzu. Stoję sobie oparty o mur, patrzę na parlament i cały czas zastanawiam się jak coś tak oczywiście imperialistycznego, kłującego w oczy przepychem i bogactwem mogło przetrwać komunizm. Jakim cudem stare miasto i brzegi Dunaju – wizytówki Budapesztu ostały się bez szpetnych socrealistycznych betonowych architektonicznych behemotów. Idę jeszcze na chwilę do parku pooglądać wieżę z bliska. Tu również zza wieży wychyla się przepiękna panorama Budapesztu. Ten widok ma w sobie urok, elegancję, styl. Zupełnie się tego nie spodziewałem.



Idę na południe w kierunku ogromnej bryły zamku. Docieram na drugą stronę budapeszteńskiego "Olimpu". Ze skarpy rozciąga się widok na przeciwną stronę Budapesztu a raczej Budy – czyli prawobrzeżnej części stolicy. Jakbym był w zupełnie innym mieście. Domy, kamienice i socjalistyczne bloki wymieszane, małe, duże, szare, bure, kolorowe, rozlewające się po wzgórzach, tonące w zieleni. Tutaj widać, że to miasto bloku wschodniego. Mimo tego nieładu i szpetnych blokiszczy i miejscami powciskanych architektonicznych nieporozumień wczesnych lat '90, całość jest bardzo ładna. Wręcz magiczna. Może to ten piękny letni dzień ale Buda z tymi zielonymi wzgórzami bardziej przypomina małe miasteczko. Jakby przejście przez most na Dunaju było wyjściem z kamiennego, tak soczyście miejskiego Pesztu i przejściem prosto do sielskiej prowincji z basniowym zamkiem na wzgórzu.



Docieram do pałacu Sandor czyli tutejszego pałacu prezydenckiego, przypominającego nieco nasz Belweder w miniaturce, ze starannie przyciętymi drzewkami i maleńkimi budkami strażników od frontu. Akurat trwa zmiana warty. Żołnierze w paradnych mundurach ze śnieżnobiałymi rękawiczkami prężą się, maszerują, wykrzykując machają karabinami. Trudno zachować powagę widząc ich czapki. Dla mnie to 100% Wojak Szwejk. Po drodze na zamek, obok fórnej stacji kolejki linowej, którą większość zwiedzających dostaje się na wzgórze, zerkam ze skarpy na Dunaj. Panorama Budapesztu jest po prostu powalająca. Do tego zmienia się pogoda. Nadciągają ciemne chmury, które dodają scenerii jakiegoś niepokoju. Zieleń pod skarpą, Dunaj i Most Łańcuchowy, za rzeką przepiękny budynek parlamentu. Zakochałem się po prostu.



Idę na zamek. Na ogromnym tarasie przed nim tłok. Ścisk, gwar, muzyka z głośników, stragany, na nich wszystko: od drewnianych zabawek przez plastikową chińszczyznę, skórzane torebki i paski aż po baloniki. Czyli zło w najczystszej postaci. Ale, ale... nagle łapie mnie coś, czemu nie mogę się oprzeć. Wszelki niesmak mija, zapominam o tym co widzę, skupiam się na tym co czuję. Do moich nozdrzy dochodzą po kolei zapachy: smażonego mięsa, jakiejś ewidentnie paprykowej kiełbasy. Szybko zastępuje go woń świeżo smażonego na oleju ciasta drożdżowego – langosze! Idąc tak z nosem w górze, prawie wpadam na obłędnie pachnące wiszące na sznurku sery dojrzewające. Lekko oszalałem.



Nagle tłum ustępuje, wszyscy zostają na tarasie od frontu pałacu. Ja jakimś przedziwnym systemem murów i kamiennych wiaduktów przenoszę sie za Muzeum Historii Budapesztu znjdujące się w południowym skrzydle pałacu. W jednej chwili jakbym przeszedł na drugą stronę lustra, do jakiegoś magicznego ogrodu. Ani się obejrzałem a z kamiennego traktu trafiam do pomiędzy porośnięte gęstym zielonym bluszczem mury. Błądzę po labiryntach idealnie przyciętych krzewów, pomiędzy drzewkami i rabatkami okalającymi tajemnicze rzeźby z kamienia i stali. Nagle jakieś strome schody, wpinam się po nich, przechodzę przez zarośniętą metalową furtkę i już jestem w kolejnym miniaturowym ogrodzie. Słyszę ludzkie głosy ale nikogo nie widzę. Czuje się jakby z każdej strony, za krzakami przemykały jakieś magiczne stworzenia mówiące w dziwnym niezrozumiałym języku.





Pobyt w tych ogrodach jest niesamowity, każde kolejne przejście, brama – kamienna lub metalowa, każde schody, zakręt odkrywają nową przestrzeń. Zupełnie jakbym znajdował się w jakimś magicznym labiryncie. Tak niesamowitym, że chciałbym tu błądzić i błądzić, upajać się jego pięknem. Po raz kolejny nie wierzę. Jak to miasto mogło się tak długo przede mną ukrywać? Jak mogłem wykazywać taki brak zainteresowania. Jak coś co miałem dosłownie na wyciągnięcie ręki może być tak niesamowite i tak bardzo w moim klimacie. Jedno jest pewne. To miasto działa na mnie jak magnes. Czuję, że muszę tu bywać częściej, bo to ładuje moje akumulatory.





W końcu wyłaniam się z tego magicznego ogrodu. Wychodzę z labiryntu murów, żywopłotów i schodów, z lasu rzeźb i kamieni. Jestem na murach z tyłu pałacu. Patrzę na Budapeszt. Inny niż ten, który widziałem przed chwilą. Spokojny, tonący w zieleni, pełen starych ceglanych domów. Przepiękny. Jakby inne miasto. Jakby w Budapeszcie były dwa różne miasta. Albo i więcej, nie wiem, jeszcze tego nie odkryłem. Schodzę na dół przez kolejną plątaninę korytarzy wśród kamienia, przechodzę przez bramę i z powrotem jestem w mieście. Kamienne ulice wśród starych kamienic z czasów cesarstwa austro-węgierskiego. Docieram nad Dunaj i wracam na drugą stronę rzeki dumnym Mostem Łańcuchowym. Samo postawienie stopy na tym moście ma w sobie coś dostojnego. To trochę tak jakby przekraczało się Dunaj na latającym dywanie rozwieszonym pomiędzy jego brzegami. Jest w tym coś baśniowego. Trudno to wytłumaczyć, trzeba tu przyjechać i samemu spróbować. Nie drobić z nosem w komórce tylko dumnie po nim stąpać.





Wracam na bulwar po peszteńskiej stronie miasta. Po woli zbliża się wieczór. Nabrzerze robi się gwarne. Słońce jest coraz bardziej litościwe, jego promienie stają się coraz bardziej łagodne. Zamiast bezlitośnie razić w oczy, zaczynają rzucać przyjemne ciepłe światło. Cienie robią się coraz dłuższe. Ludzie są jacyś bardziej eleganccy. Codzienne stroje zaczynają zastępować bardziej wieczorowe elementy, jakby ludzie nareszcie zrzucali z siebie cały dzień i szykowali na miły ciepły wieczór. Zwalniają. Ruchy stają się bardziej płynne i rozluźnione. Nagle jakby nigdzie nikomu się nie spieszyło. Zapełniają się ławki. Nawet tramwaj sunie po torach wolniej niż zwykle. Tylko w knajpkach wzdłuż promenady kelnerzy zaczynają się coraz bardziej uwijać. Kończy sie pora obiadowa a zaczyna powoli kolacja. A dla mnie zaczyna się robota... Koniec tego dobrego.



Do miasta wracam dopiero po dwóch dniach. Wyjście z klimatyzowanego biura na świeże powietrze, na słońce, jest jak wskoczenie do kryształowo czystego przepięknego morza. Nareszcie tlen, wolność, kolory i te małe radości, które w Budapeszcie czyhają znienacka. Jest popołudnie, mam więc jeszcze sporą część dnia. Znowu ruszam nad Dunaj. Tym razem ciągnie mnie do tej zielonej magicznej części na południe od pałacu. Do tych domów tonących w zieleni i do pięknego wzgórza Gellért. Z daleka wygląda niczym ogromny pałac zarośnięty jakimś tajemniczym dzikim ogrodem. Wystają z niego kamienne elementy, kolumny, pomniki, wodospad.



Przechodzę prze most Elżbiety i idę pod górę. Najpierw prowadzą tam kamienne schody, które przechodzą w labirynt wąskich i krętych ścieżek ukrytych pośród gęstej roślinności. Docieram pod pomnik poświęcony pamięci biskupa Gellerta, który według legendy miał zostać spuszczony przez pogan ze szczytu w drewnianej beczce. To właśnie ten pomnik przypomina pozostałości jakiegoś pałacu wystające z gęstego lasu. Wokoło roztacza się szum wodospadu. Pomiędzy kolumnami pomnika ginącego w zieleni natykam się co i raz na pary siedzące przy piwie.





Stąd rozpościera się przepiękny widok na miasto. Od Wzgórza Pałacowego przez Dunaj, budynek Parlamentu, przepiękne mosty, mniej urodziwą peszteńską część miasta. Zwyczajnie przyjemnie jest tu posiedzieć i popatrzeć na to wszystko. Już po krótkim spacerze pod górę czuć jej niesamowity klimat i energię. Jest w niej coś nadprzyrodzonego, kiedyś góra cieszyła się zła opinią wśród mieszkańców. Uważano, że zbierają się na niej czarownice i odprawiają sabat. Legenda czy nie, góra ma moc i klimat. Więc sobie tak siedzę i patrzę na miasto. Pośród drzew i kamiennych ruin jest wilgotno, w cieniu jest chłodnawo. Patrzę za Gellertem na miasto, przed sobą mam krzyż w jego wyciągniętej ręce. W takim siedzeniu przeszkadzają jedynie komary, które są tu dość upierdliwe.



Zostawiam za sobą Gellerta wśród kamiennych ruin i idę pod górę ścieżkami pośród drzew i krzaków. Kiedy wychodzę zza wzgórza, dopada mnie nieznośny upał. Jakbym się znalazł w zupełnie innej strefie klimatycznej. Zostawiam zacienione, wilgotne, gęste lasy północnego stoku za sobą. Przede mną suche, gorące południowe zbocze – czuję się jak gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Nawet rośliny są tu inne. Co i raz widać nawet drzewa figowe. Czy to możliwe, że po dwóch stronach wzgórza panuje inny mikroklimat? Magia tego miejsca naprawdę nie przestaje mnie zadziwiać.



Co i raz zatrzymuję się, żeby zerknąć na coraz lepszą panoramę miasta. Tymczasem wzgórze odsłania kolejną część Budapesztu, do tej pory przede mną ukrytą. Spośród morza zieleni, wystaje masywna bryła Hotelu Gellert. Przepiękny secesyjny budynek robi niesamowite wrażenie. Zapewne jeszcze większe robi jego wnętrze wraz ze sławnymi łaźniami, których dziś pewnie nie będzie mi dane zobaczyć. Zaraz obok, nad Dunajem leniwie rozłożony Most Wolności w kolorze bladej zieleni. A dalej... po prostu Budapeszt. Ładniejsze i te mniej urodziwe budynki rozlewające się aż po horyzont, przecinane od czasu do czasu kominami. W swojej zwyczajności zachwycające. Dostrzegam obok mnie – nieco poniżej na kamieniu – z idealnym widokiem na miasto kolejną parę. - To jest idealne miejsce na randkę – myślę sobie. Czy może być coś lepszego niż siedzieć sobie razem na słoneczku i patrzeć na tak urokliwą część miasta?



Wchodze na szczyt. Tu znajduje się ogromna betonowa cytadela, której wysokie mury wiją się po całym wzgórzu. Przed budynkiem stoi Pomnik Zwycięstwa – górująca nad całym miasta sylwetka kobiety. Klasyczny przykład powojennego pomnika upamiętniającego zwycięstwo komunizmu nad faszyzmem. Znaleźć można takie w Erywaniu (Matka Armenia), Tbilisi (Kartwlis deda), w podobnym klimacie jest też warszawska Nike. Generalnie jednak na górze nieco wieje pustką. Z gąszczu lasów na zboczach wzgórza wychodzi się do betonowej pustyni. Wszystko rekompensuje oczywiście widok na miasto. Dochodzę do wniosku, że na Budapeszt moge patrzeć do znudzenia.





Schodzę na dół południowym zboczem. Kręcę wśród śródziemnomorskich zarośli. Zamiast błota, pod nogami jest suchy piasek. Momentami zsuwam się po zboczu wzbudzając tumany kurzu. Znajduję skróty, susami z kamienia na kamień docieram na szczyt jaskini Gellerta. Stąd jeszcze lepiej widać przepiękną bryłę hotelu. Siadam sobie i patrzę. Maleńkie, soczyście żółte taksówki podjeżdżają i odjeżdżają spod hotelu. Maleńkie sylwetki ludzi znikających w ogromnych secesyjnych murach łaźni. Most Zwycięstwa - najkrótszy i najbardziej malowniczy w Budapeszcie. Nie jest tak znany jak Most Łańcuchowy, ale zdecydowanie bardziej urodziwy i klimatyczny.





Powili zaczyna mi doskwierać słońce, które na tej części zbocza naprawdę mocno operuje, mimo dość późnej pory. Zbieram się wiec rozleniwiony i schodzę w dół zbocza. Teraz już na dziko, nie przejmuję się ścieżkami, skaczę po kamieniach, forsuję krzaki, zsuwam się po suchej trawie. Przechodzę przez mój ulubiony most i niemal natychmiast porywają mnie gwar Központi Vásárcsarnok – ogromnej hali targowej. Jej wnętrze przypomina trzewia Wieży Eiffela ogromnych rozmiarów. W tym wszystkim – pomiędzy stalowe wsporniki i kolumny z nitami wciśnięte są kolorowe stoiska z końca XX wieku. Połączenie dość smutne. Z leciwym pięknem hali kontrastują brzydkie budy z reklamami bez żadnej wyraźnej estetyki. Ma być pstrokato i krzykliwie. Po prostu bazar.





Brak jakichkolwiek walorów estetycznych wynagradza zawartość stoisk. Wejście w ten świat to dla mnie moment zapomnienia. Jak na haju błądze pomiędzy straganami. Tu świeże warzywa, góry papryki w różnych kolorach, dalej salami o odurzającym dojrzałym aromacie, wędzoe golonki i kiełbasy, z których kapie tłuszcz, jeszcze gdzie indziej wiszą wianuszki suszonej papryki jakieś kremy, pasty, przetwory. Wszystko pięknie ułożone, uśmiecha się i mówi – spróbuj mnie! Trudno się temu oprzeć, kupuję po kawałeczku. Kiełbasa, papryka, jakaś ostra pasta, kawałek chleba. Dziś nie idę do knajpy.



Obładowany tymi pysznościami wracam na bulwar nad Dunaj. Znowu powoli zachodzi słońce. Znowu miasto zwalnia do swojego wieczornego tempa. Siedzę i skubię po kolei to co upolowałem na hali targowej. Rozkoszuję się smakiem Budapesztu. Myślę o tym jak bardzo nie doceniałem tego miasta. Jak bardzo nie nie korciło, żeby tu przyjechać. Bo tak blisko, bo tak łatwo. Bo jest na wyciągnięcie ręki. Tymczasem Budapeszt wskakuje do czołówki moich ulubionych europejskich miast. Ze swoją przepiękną architekturą, ale przede wszystkim ze swoim magicznym klimatem. To miasto zaskakuje, pozwala się odkrywać stopniowo, po kawałku, ostrożnie dozuje nam wrażenia. To przede wszystkim rożne światy. Monumentalna architektura cesarstwa austro-węgierskiego zaraz obok magicznych kamiennych domów na wzgórzach skąpanych w zieleni. Budapeszt jest jak magiczny ogród, w którym za każdym zakrętem dzieją się czary!


Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie

Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

jprawicki 13 lutego 2017 13:11 Odpowiedz
W Budapeszcie zdecydowanie można się zakochać. Polecam jeszcze wizytę w łaźniach - must see :)
adamek 14 lutego 2017 14:45 Odpowiedz
jprawickiW Budapeszcie zdecydowanie można się zakochać. Polecam jeszcze wizytę w łaźniach - must see :)
na bank będę tu jeszcze nie raz. W lecie Budapeszt po prostu rozkochuje w sobie.