+9
adamek 19 września 2016 22:48


Rano jest zimno. Jak zwykle. Ale pogoda nas rozpieszcza. Niskie, gęste chmury, które w nocy pląsały po zatoce, podniosły się. Teraz wyglądają jak ogromne kolumny podtrzymujące nieboskłon. Widać błękitne niebo, ptaki radośnie skrzeczą, jakieś kaczkowate wesoło kwaczą. Piękny poranek. To będzie równie piękny dzień. Powoli wstajemy i się zbierają. Mimochodem budzimy sąsiednią grupę. Zamieniamy parę słów. Chłopaki pływali przez kilka tygodni żaglówką wokół Spitsbergenu, teraz zrobili sobie kilkudniowy trekking. Po wysłuchaniu kilku ich opowieści stwierdzamy, że nic tu nie widzieliśmy i Spitsbergen jest zdecydowanie do powtórzenia. Umawiamy się na wieczór w Barentsburgu, żeby napić się czegoś razem i pogadać.





Ruszamy w stronę Barnetsburga. Zapowiada się spokojny dzień. Droga prosta, wzdłuż wybrzeża, żadnych poziomic, delt, płaskowyżów, po prostu monotonny, 20-kilometrowy marsz. Oczywiście tak nam się tylko wydaje. Zaczynamy szlakiem dla skuterów śnieżnych oznaczonych delikatnymi śladami odciśniętymi na rudawej trawie i długimi tyczkami powbijanymi co i raz w ziemię. Wygląda to jak niewyraźna polna droga. Tyle że… zamiast pola jest bagno. Powtarza się wczorajszy scenariusz. Trasa szybko wkracza na podmokłe pola, jedne tylko nasiąknięte wodą, drugie zwyczajnie zalane. Soczysto zielone łaty świadczą o tym, że właśnie w tym miejscu stoi woda.





Bagna pojawiają się i znikają. Nagle ni stąd ni zowąd, droga znowu prowadzi po ubitej, dość suchej ziemi. I zaraz kolejna łąka i kolejne bagno. Mijamy kolejne pagórki, wzgórza, schodzimy do miniaturowych wąwozów. Wbrew fizyce na dole jest sucho a na pochyłych zboczach zbiera się woda. Mimo że droga jest prosta, ciągłe wchodzenie i podchodzenie pod górę, skakanie, okrążanie zalanych łąk, szukanie przejścia lub zwyczajne brodzenie w bagnie, okazują się dość męczące. Częste postoje wynagradza nam widok. Patrząc do tyłu, widzimy praktycznie całą trasę jaką przebyliśmy w ciągu ostatnich dwóch dni: zatoka Colesbukta, dalej zarys tunelu kolejowego do Grumant, płaskowyż aż po wejście do Adventfjorden, nad którym leży Longyearbyen. Cały nasz wysiłek, godziny marszu, prawie 40 km, możemy teraz zobaczyć na jednym obrazku.





Mijamy kolejne strumienie. Na szczęście tu rzeka oznacza mały strumień, który można przeskoczyć lub czmychać z kamienia na kamień, bez konieczności ściągania butów. Jedyna niedogodność – wszystkie te strumienie znajdują się w kanionach przecinających nasza trasę w poprzek. Przestajemy już liczyć zejścia i wejścia. Z daleka droga wygląda na prostą jak stół. Przeszkody pojawiają się nagle, w ostatniej chwili. W pewnej chwili z przerażeniem stwierdzamy, że niedaleko przed nami na trawie pasie się coś dużego i grubego w szaro-jasnym kolorze. Wszyscy widzimy niedźwiedzia. Od razu cicho padają komendy – Lornetka! Mamy to przećwiczone. – Flary! – w tym czasie przeładowuje Mausera i mam w zanadrzu cztery naboje Full Metal Jacket – takie na słonia. Przyglądamy się przez lornetkę jasnemu cielsku, wypiętemu do nas zadem, pochylonemu nad trawą. Kiedy podnosi głowę i widzimy poroże renifera, wszyscy wzdychamy z ulgą. Temperatura podniosła się nam momentalnie, teraz dochodzimy do siebie. Fałszywy alarm. Na szczęście.





Po paru godzinach marszu docieramy do większej rzeki. Kolejna delta rzeki. Na szczęście nie szukamy długo miejsca, w którym można ją przekroczyć. Wygląda groźnie, jest dużo błota i spore rozlewisko, ale wszystko daje się przejść tylko raz ściągając buty. Chyba nie da się przyzwyczaić do tego uczucia, kiedy noga zanurza się w lodowatej wodzie. Niepewne kroki po ostrych kamieniach rozrzuconych na dnie, woda w kolorze kawy z mlekiem. Przeraźliwie zimna. Mimo to, to niesamowite uczucie i siedząc na drugim brzegu i susząc nogi, zakładając buty, cieszymy się jak dzieci, że znowu mogliśmy to zrobić.







Ostatnia prosta. Zakładamy buty i lecimy dalej. Znowu pojawia się coraz wyraźniejszy szlak – można by powiedzieć – droga – gdyby nie fakt, że co i raz spada do coraz głębszych wąwozów i wspina się z powrotem na górę po coraz bardziej stromych zboczach. Zatrzymujemy się w jednym z zagłębień, żeby pozbyć się nadmiaru amunicji, z którą nie będziemy i tak mieli co zrobić. Zostawiamy sobie tylko amunicję na słonie, której lepiej nie marnować, bo jest koszmarnie droga. Cały ołów zostawiamy w jakiejś starej skrzynce, która teraz podziurawiona wygląda jak strzęp drzazg. W końcu za którymś z kolei naprawdę dużym już wąwozem dostrzegamy zabudowania Barentsburga.





W zasadzie to jeszcze nie sam Barentsburg a pobliski helipad znajdujący się na skraju Grontfjorden. Stąd do miasta jest jeszcze ponad 5km. Nareszcie jest droga. Mijamy pierwsze zabudowania. W oczy rzuca się bylejakość, tymczasowość i prowizorka. Budynki, a w zasadzie chałupy, kontenery, szopy a może coś jeszcze innego, sklecone są ze wszystkiego co było pod ręką. Pozbijane z blachy, jakiś drzwi od Kamaza, folii, desek i resztek palet. Sterczą z nich powyginane anteny, przed nimi dziurawe krzesła, stare fotele, szkielety starych mebli. Tu nie ma już mdłej skandynawskiej nudy. Tu zaczyna się słowiańska zaradność i pomysłowość a zarazem bylejakość i kompletna brzydota. Tu niedokończony budynek, tam jakaś maszyna się zepsuła i tak już została zżerana przez rdzę. Wszędzie jakiś złom, deski, śmieci nie ma, zwiał je silny wiatr. Jeżeli coś się rozpadło, to nikt tego nie rusza, bo po co. Stoi tam gdzie stało, aż samo zniknie. W tych warunkach poleży jeszcze jakieś setki lat.





Teraz droga do miasta jest naprawdę prosta. Żeby nie było łatwo, na koniec pogoda przestaje nas rozpieszczać. Zaczyna wiać silny wiatr. Zbiera się deszcz, który oszczędzał nas przez 3 dni i bezlitośnie zacina. Momentalnie jesteśmy cali mokrzy. Idziemy jak przemoczone kukły, zmęczeni, przemarznięci, mamy dość po 3 dniach marszu. Widać zabudowania w oddali. Kontury kopalni, jakieś kominy, bliżej pojawiają się najpierw ceglane, potem kolorowe domy z trudem przebijające się przez otaczające je szare powietrze. W końcu docieramy do znaku "Barentsburg"! Jesteśmy u kresy naszej podróży. Udało się. Przeszliśmy prawie 60 km cali i zdrowi.





Wkraczamy do innego świata. Barentsburg to kawałek Rosji w środku Arktyki. Wszystko tu należy do spółki węglowe Trust Arktikugol. Na pierwszy rzut oka wygląda to na normalne miasto, ale to prywatny firmowy folwark. Jest tu hotel, dom kultury, restauracje, niby wszystko normalnie, ale wszystkim rządzi firma. W sklepie nie da się nic kupić – mogą tylko miejscowi, za kupony. Samochody nie mają tablic rejestracyjnych, tylko firmowe naklejki. Ludzie – 300 osób ściągniętych z całej Rosji – pracują tu na dwuletnich kontraktach. Rysy twarzy zdradzają Tatarów, Kirgizów, Kałmuków, Rosjan nawet mieszkańców dalekiej Syberii. Nie ma tu policji. Wszędzie tylko znaczki z logo Arktikugol. Dziwne.





Ale jeszcze dziwniejsze jest samo miasto. To jakiś paranoiczny twór, tak bardzo nie pasujący do tego miejsca. O ile stare rozpadające się drewniane chałupy jakoś dobrze się komponują z otoczeniem. Nawiązują do starych czasów, klimatów górniczych i myśliwskich – to z czego zawsze słynęła ta ziemia. O tyle nowo postawione kolorowe, ciapate, pstrokate, wzorzyste budynki są jakąś naroślą na pseudo miejskiej tkance Barentsburga. Są jak ludzkie ucho wyhodowane na ciele szczura laboratoryjnego. Jak przeszczep, który nie chce się przyjąć. Zwyczajnie tu nie pasują. Nie tworzą razem z otoczeniem jedności. Nie mamy siły na zwiedzanie, mokrzy i zmarznięci lądujemy w hostelu Pomor. Nazwa świetnie oddaje nasz stan. Euforia wywołana nowiutkim hotelem z ikeowskim wykończeniem, gorącym prysznicem i miękkim łóżkiem nie ma końca. Zostawiamy karabin w sejfie i po krótkiej drzemce odpoczynku lecimy do restauracji hotelu Barentsburg na spotkanie z Kamilem i jego grupą, którzy dopiero co zawitali do miasteczka.



Po miejscowym piwie zagryzanym pielmieni z kwaśną śmietaną, szybko zaczyna szumieć w głowie. Nareszcie jest ciepło, sucho i miękko. Kiedy opowiadamy o naszym pobycie w Grumant, oczy chłopaków są jak pięciozłotówki. – Nikt tam nie chodzi – słyszymy. Okazuje się, że w biurze gubernatora Svalbardu ostrzegają wszystkich, że cały teren wokół skażony jest bąblownicą. Nie mieliśmy o tym pojęcia, a panowie nawet nie dotykali ziemi. W tamtym rejonie odpoczywali oparci na kijach trekkingowych i ominęli dolinę szerokim łukiem. Cóż, ich strata, niewiedza jest błogosławieństwem. Okazało się też, że chyba odkryliśmy nowy szlak na dojście do kolejki – brzegiem, poniżej klifu, podczas odpływu – o tym sposobie też nikt nie słyszał. – Jesteście hardkorami! – słyszymy. Chyba trochę tak. Jeszcze podczas rozmowy zapisuje się przez Internet do lekarza na odrobaczanie. Bąblownica to nie przelewki.



W międzyczasie dzwoni telefon. Dziewczyna z biura, które ma nas jutro zabrać statkiem stąd do Longyearbyen i potem do Pyramiden. Mówi, że niestety, ale jest za mało ludzi chętnych na jutrzejszy rejs i nie przypłyną, a my możemy wrócić innym kursem, który będzie wieczorem. To oznacza, że nasze plany zwiedzania Pyraminden właśnie bierze w łeb, bo nie zdążymy tam popłynąć. Mówię, że jak nie przypłyną, zrezygnujemy z wycieczki, dziewczyna konsultuje się z kapitanem i mięknie. Nam zależy na transporcie i wycieczce, jej na zarobieniu kasy. Po rozmowie z chłopakami, przekonujemy trzech z nich, żeby popłynęli z nami rano. Kiedy oddzwaniam do dziewczyny i mówię, że załatwiliśmy jej trzy osoby ekstra jest rozczulona i super zadowolona, że szukałem kogoś, żeby zapełnić rejs i że w ogóle oddzwaniam. Wszyscy jesteśmy uspokojeni. Na stół wjeżdża kostarykański rum Flor de Cana, wspierany lokalnym piwem. Jesteśmy kompletnie zmęczeni, więc impreza nie trwa długo. Padamy jak muchy.









Rano serwujemy sobie kosmicznie drogie (150 NOK) śniadanie w hotelowym bufecie – należy nam się. Po nim, wychodzimy „na miasto”. Chcemy dać Barentsburgowi jeszcze jedną szansę. Pogoda się poprawiła, więc całość wygląda zdecydowanie lepiej. To co się nie zmienia to samo miasto. Wygląda jak sterta kolorowych betonowych kloców rozrzuconych po błocie rozmiękłej tundry. Brak tu potrzeby jakiejkolwiek estetyki, brak w tym wszystkim człowieka. Jest tylko węgiel, maszyny. Zamiast ducha jest ciało – ciężkie, spocone, niedomyte, ułomne, jakby słaniające się pod własnym ciężarem. To nie jest miejsce dla człowieka.







Mimo to, Barentsburg ma w sobie jakąś masochistyczną magię. Jego brzydota przyciąga, coś w tym mieście intryguje, wręcz zachwyca. Może to fakt, że osada istnieje na przekór zdrowemu rozsądkowi i prawom rynku. Mimo to świadectwo siły i niezłomności Rosjan, którzy gotowi są założyć i utrzymać miasto w najdalszych i najbardziej niegościnnych zakątkach Ziemi tylko po to aby udowodnić innym, że potrafią. Może to jedno z tych apokaliptycznych miast przyszłości, rządzone przez złą korporację, w wersji rosyjskiej?





Idziemy do portu. Schodzimy w dół klifu po ogromnych, wijących się dziesiątkami metrów, drewnianych schodach. Mijamy stare drewniane domki – tak wyglądał Barentsburg kiedyś. Urokliwa, klimatyczna osada górnicza. W tej części miasta pozostał żywy duch tego miejsca sprzed lat. To tu z powrotem czujemy się jak na Spitsbergenie a nie jak gdzieś w zamkniętym mieście-fabryce, ukrytym gdzieś na obrzeżach ludzkiego świata. W porcie czeka już na nas łódź, która ma zabrać nas do Longyearbyen a potem do Pyramiden. Na pokładzie wita nas uśmiechnięta młoda blondynka. Czekała na nas, żeby osobiście podziękować nam za znalezienie kolejnych pasażerów.





Dziewczyna nazywa się Liga i jest Łotyszką, mieszkającą w Tromso. Przyjechała tu kilka miesięcy temu, pracuje w firmie oferującej wycieczki i uczy się aby zostać przewodnikiem po Svalbardzie. Przez całą drogę do Longyearbyen na zmianę rozmawiamy z Nią i z pokładu podziwiamy trasę, którą zrobiliśmy w ciągu ostatnich trzech dni. Widzimy kolejno Gronfjorden, Kolesbuktę, tory kolejki, Grumant, dolinę Bjorndalen aż po Adventfjorden. Jakbyśmy cofali się w czasie, przeżywali to wszystko jeszcze raz, w przyspieszonym tempie, w odwrotnej kolejności. Przypominaliśmy sobie obolałe nogi, marudzenie, parzącą w usta menażkę, kisiel, przechodzenie przez rzeki, bagna, śliskie kamienie, renifery idące z nami krok w krok… Liga opowiada nam o okolicy i pokazuje zdjęcia niedźwiedzi polarnych, zrobione w ciągu ostatnich dni jej „amatorskim” sprzętem, który okazuje się być EOS-em 5D z kompletem obiektywów, których nie powstydziłby się fotoreporter National Geographic.







W końcu dopływamy do Longyearbyen, większość pasażerów wysiada, chwila przerwy, wsiadają nowi i ruszamy dalej na północ do Billefjorden, nad którym położone jest Pyramiden. Zaraz po wypłynięciu z Adventfjorden podpływamy do brzegu i przez dłuższą chwilę wypatrujemy razem z załogą niedźwiedzi. W tym miejscu widziano je przez ostatnie kilka dni. Obserwowanie ich ze statku jest komfortowe – nie ma ryzyka, że któryś zbytnio się zbliży. Na lądzie jest niestety inaczej i spotkania z misiami nie są raczej pożądane. Liga opowiada o kobiecie, która była uwięziona w swojej hytcie przez 3 dni, bo nie miała broni ani komórki a w okolicy kręcił się niedźwiedź. Niestety z misiów nici. Płyniemy dalej.







Wpływamy do Billefjorden. To trochę jak przekroczenie piekielnych wrót. Chmury robią się coraz gęstsze i niższe – osadzone są gdzieś w połowie gór. Te mają niesamowity, czarnoszary kolor. Jeżeli Svalbard jest jak Mordor, to to jest jego serce. Tu już nie ma trawy, nie ma zieleni ani nawet wypłowiałej rudawych i pożółkłych wysuszonych kłaków. Tu jest ponuro, szaro, smutno, surowo. Trochę jakbyśmy przenieśli się na inną planetę. Pochowały się gdzieś nawet maskonury, które towarzyszyły nam od wypłynięcia z Longyearbyen cała drogę radośnie latając obok łodzi i dziarsko dając nura w lodowatych wodach fiordu. Jedynym miejscem, wysepką, w której można by odnaleźć jakiekolwiek przejawy życia jest Skansbukta – przepiękna malownicza zatoczka, nad którą jako jedyną pada tu promień słońca. Maleńka wydaje się świecić na tle ponurego Mordoru.





Na końcu fiordu chmury. Płyniemy we mgle. Robi się przenikliwie zimno. W moment, temperatura spada o kilka stopni, dobrze poniżej zera, zupełnie jakby ktoś otworzył przed nami drzwi gigantycznej zamrażarki. Wieje mroźny wiatr, od którego szczypią nas policzki. Z mgły powoli wyłaniają się niewyraźne biało–błękitne ściany lodowca. Przed nami Nordenskiöld. Jego majestat, ogrom, potęga i piękno onieśmielają. Oto stoimy na pokładzie statku, w rządku z oczami jak pięciozłotówki, marzniemy i z błyskiem w oczach wpatrujemy się w lodowiec. Lodowiec to zawsze lekcja pokory. Patrząc zawsze zdaję sobie sprawę jakim „niczym” jest człowiek w porównaniu z siłą natury. Takie lodowce wyrzeźbiły powierzchnię jakichś 20% powierzchni lądów, im zawdzięczamy to jak żyjemy i zapewne również to, że żyjemy.







Po krótkim postoju ruszamy dalej, to gwoździa programu – Pyramiden. To miasto legenda. Można by napisać o nim książkę, nakręcić film, a i tak jego fenomen pozostałby niezrozumiały. Osada założona w 1910 roku obok kopalni węgla kamiennego. W 1927 sprzedana przez Szwedów Związkowi Radzieckiemu. Wtedy się wszystko zaczęło. Powstało miasto, które było stopniowo rozbudowywanie. Powstał tu szpital, dwupiętrowy basen, kryte boisko, kino, sala koncertowa, hotel i helipad. To miała być perła Związku Radzieckiego, jego wizytówka, prztyczek w nos dla zgniłego Zachodu. W szczytowym okresie, w latach ’80 mieszkało tu 1 300 osób. W latach ’90 zaczęło podupadać, jedyne co tu wtedy powstało to dom zrobiony z butelek po wódce. Kiedy przestano wydobywać węgiel w 1998 roku, miasto ewakuowano. No i zostało tak jak stało. Opuszczone w pośpiechu, bez zbędnego bagażu, jak Prypeć. Teraz mieszka tu 8 osób obsługujących wycieczki.







Kiedy dobijamy, na kei czeka już na nas Denis i Sasza – dwóch przewodników. Typy jak kosmici. Długie włosy, okrągłe okulary, długo niegolony zarost a do tego czarny długi płaszcz i futrzana ruska „szapka”. Na plecach karabin, przy pasie pistolet flarowy na niedźwiedzie. Wyglądają jak popi. Zabieram karabin – na wszelki wypadek – i schodzimy na ląd. Wsiadamy w autobus, którym jedziemy dosłownie pół minuty. Wysiadamy przy ogromnym znaku gdzie cyrylicą wywalone jest PIRAMIDAWelcome to Russia – zaczyna Sasza. Oprowadza nas po kolei wzdłuż ulic, uliczek, dróżek i zaułków i opowiada historię miasta.







Chodzimy, oglądamy kolejne budynki i oczom nie wierzymy, że w tym miejscu – jakieś tysiąc kilometrów od bieguna północnego – mogło powstać coś co naprawdę przypomina miasto. Brzydkie, nieprzyjazne, obce, jak to sowieckie – bez estetyki i jakiegokolwiek ducha – wiadomo – materializm. Mimo to, pełniło funkcję miasta, żywiło i utrzymywało 1 300 osób. Chodzimy pomiędzy kilkupiętrowymi budynkami, rozłazimy się, rozlewamy po całym terenie, Saszy trudno utrzymać nas w kupie. Prosi aby nie deptać trawy. Jasne. Po chwili zastanowienia patrzymy na przemian to na siebie to na bujną, rudą, kilkunastocentymetrową trawę i głośno pada pytanie. – Skąd tu do cholery wzięła się trawa!? – Za czasów ZSRR, sprowadzono statkami ziemię z Ukrainy i posiano trawę… – pada odpowiedz takim tonem oczywistości, że przez chwilę zastanawiam się i patrzymy po sobie czy aby nie zadaliśmy idiotycznego pytania.







Podchodzimy do domu kultury, przed którym w dal patrzy głowa Lenina. Sasza wyciąga brzęczący pęk kluczy, otwiera nam drzwi i wpuszcza do środka. Czas na buszowanie, mamy 15 minut na przejście opustoszałych wnętrz. Czuje się jakbym wszedł na zaplecze czynnego domu kultury, tyle że 30 lat temu. Jakby ktoś przed chwilą wyszedł i miał zaraz wrócić. Widać niedopałki, szklanki z niedopitą herbatą, otwarte książki. Wszystkie sprzęty dobrze zachowane – nic dziwnego, przecież, przez większą część roku to naturalna lodówka. Na środku boiska leży piłka, zupełnie jakby właśnie skończyła się pierwsza połowa meczu a drużyny poszły do szatni odsapnąć przed powrotem na hale. Wszystko jest tak naturalne, tak codzienne i przyziemne, że czuje się jakbym stał się niewidzialny i kręcił się po życiu innych, oglądając ich codzienne życie. Tyle, że ci ludzie zniknęli.









Wołanie Saszy, zbieramy się. Idziemy do kolejnego budynku. Hala sportowa z basenem. Znowu pęk kluczy, skrzypienie drewnianych drzwi i pochłania nas półmrok panujący wewnątrz. Rozchodzimy się każdy w sowim kierunku. Uwielbiam takie zakamarki, kąty, przejścia, schodki, pasażyki. Gubię całą grupę i przechodzę cały budynek największymi zakamarkami, w nadziei, że uda mi się zgubić. Nie wiele brakuje. Znajduję drabinę, wspinam się, potem kolejną i jeszcze jedną. Ląduję na dachu budynku, z którego rozpościera się niesamowity widok na całe miasteczko. Słyszę wołanie. Schodząc tłukę karabinem o drabinę.











Kolejny przystanek to budynek jadalni. To przede wszystkim ogromna kuchnia, magazyny, chłodnie, rzeźnie, zmywaki i schowki, a na piętrze, ogromna sala jadalna. Zaczynamy od dołu, gdzie przechodzimy przez kolejne pomieszczenia. Znajduję drogę na dół, jest ciemno, światło ledwo się tu dostaje przez brudne szyby i szpary we framugach. Trafiam do ciemnych chłodni, gdzie niemal wpadam na ogromne rzeźnickie haki wiszące na szynach. Przestraszony omal nie wpadam na ogromne stalowe drzwi chłodni. Wszędzie bladoniebieskie kafelki, metalowe stoły. Klimat trochę przerażający, przypomina raczej kostnicę, albo scenerię „Piły” niż kuchnię. W końcu wchodzę na górę do sali jadalnej z eleganckimi schodami, ogromna mozaiką, żyrandolami, drewnianymi listwami na ścianach oraz tapetą. Wszystko w stylu sowieckiego Wersalu. Kto powiedział, że robotnicy nie maja polotu. Mają. Tak jak i gust – bardzo specyficzny.





Ostatni przystanek to hotel PIRAMIDA. Kilkupiętrowy blok z kilkudziesięcioma pokojami, z których zajęty jest obecnie tylko jeden. W środku jest maleńki bar, równie maleńki sklep z pamiątkami oraz muzeum. To raczej za mocno powiedziane – jest tu dosłownie kilka eksponatów: jakieś zdjęcia, wycinki z gazet, plakaty oraz wypchane zwierzęta. Wypchany niedźwiedź, jakieś ptaki i renifer, wyglądają dziwnie, jakoś ułomnie. Wszystkie są powyginane, w dziwnych pozach, wyglądają jakby raczej stały na śmietniku niż w muzeum. Renifer wygląda jak osioł. Wygląd dość żałosny. Wszystko dlatego, że kilka lat temu, do hotelu włamał się niedźwiedź. Wszedł przez okno na pierwszym piętrze, zdemolował bar i zniszczył wypchane zwierzęta. Wyglądają jak z wyspy doktora Moreau.



W barze postanawiamy uczcić naszą wyprawę symbolicznym toastem. Oczywiście musi być wódka. Idealnie zmrożona, delikatna w smaku, polana przez młodego barmana. Wódka PIRAMIDA. Oczywiście to wódka z Białorusi, robiona i sprowadzana tu na zamówienie. Nie robi nam to żadnej różnicy. Tu smakuje wyjątkowo, oprócz wódki, czuć przygodę, wspomnienia, wspólnie spędzone kilka dni na łonie natury, zdani na siebie, odkrywanie, obserwowanie, uczenie się, próbę zrozumienia tego innego świata.



Kiedy wracamy na keję i czas najwyższy już wsiadać na statek i się zbierać, jakoś nikomu nie chce się opuszczać tego miejsca. Kilkugodzinny pobyt tu to zdecydowanie za krótko. Nie zdążyliśmy odetchnąć tym miastem, kręcić się po jego zaułkach, zajrzeć w każdy kąt, pod każdy kamień, w każde okno. Nie mogliśmy poczuć tego ducha opuszczonego, sowieckiego miasta u wrót Arktyki. Siadam sobie na krzesełku i patrzę na lodowiec Nordenskiöld roztaczający się naprzeciwko Pyramiden. Próbuję zapisać w głowie jak najwięcej obrazów. Chwytam je i zapisuję w pamięci. Jest we mnie jakaś łapczywość, która każe mi je łapać i nie puszczać, ale jednocześnie jest spokój i cisza, które dają mi to miejsce. Niesamowite, nietuzinkowe, niekonwencjonalne i piękne w swojej brutalności i braku jakiejkolwiek estetyki. To miejsce nadrabia niepowtarzalnym klimatem. To najbardziej wykręcone miejsce w jakim w życiu byłem.





Kapitan i Liga poganiają nas nerwowo. Musimy odpływać. Ciekawe po co – musimy zdążyć przez zmrokiem? – to już nasz wyjazdowy suchar. Niestety odbijamy. Sasza żegna nas swoim zagadkowym spojrzeniem z lekkim uśmiechem. Chyba wie, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Pyramiden znika stopniowo w oddali. Wracamy do Longyearbyen w ciszy. Każdy z nas trawi to co widział dziś i to co przeżył przez ostatnie 4 dni. To była niesamowita przygoda. Udało nam się zrobić coś, co mało komu przyjdzie w ogóle do głowy i na co mało kto miałby chyba ochotę. Aby odkryć nowy świat, sprawnie wyszliśmy ze strefy komfortu i ze środka lata, wylądowaliśmy w Arktyce. Walczyliśmy z własnymi słabościami po to, żeby sobie udowodnić, że można. Dało nam to cholernie dużo satysfakcji.



Ten wyjazd uzmysłowił mi jak ważna jest kondycja. Widziałem różnicę pomiędzy typowymi korpoludkami, które siedzą za biurkiem i się nie ruszają a nietypowym korpoludkiem czyli mną. Warto się ruszać! Zamiast windy codziennie wchodzić na 5 piętro po schodach. Dużo łazić po mieście, zamiast wozić tyłek tramwajem. W końcu biegać 3 razy w tygodniu po 10-11 km. To wszystko daje zdrowie, kondycję i siłę. To się przydaje. Nawet jeżeli na co dzień tego nie czuć. Przyda się kiedyś. Naprawdę nie warto zalegnąć na kanapie.

Co do samej przygody. Najlepiej podsumuje ją to co powiedział jeden z nas miesiąc powrocie: „Chłopaki. Muszę w przyszłym roku zrobić coś podobnego bo zwariuję.



Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie

Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

max-grb 18 października 2016 03:51 Odpowiedz
Genialnie się to czyta! Mam mnóstwo pytań ale przede wszystkim dwa o koszty: ile kosztuje wypożyczenie broni oraz jaka była cena za rejs do Piramiden (wiedząc oczywiście, że warto wydać każdą złotówkę na odwiedzenie tego miejsca)?
adamek 18 października 2016 11:20 Odpowiedz
max-grbGenialnie się to czyta! Mam mnóstwo pytań ale przede wszystkim dwa o koszty: ile kosztuje wypożyczenie broni oraz jaka była cena za rejs do Piramiden (wiedząc oczywiście, że warto wydać każdą złotówkę na odwiedzenie tego miejsca)?
Hej, wypożyczenie broni na 4 dni kosztuje: Mauser 600 NOK +1000 NOK depozyt, Flare gun 400 NOK + 750 NOK depozyt.Braliśmy w Sportscenteret. Podobno da się taniej w polskim domu w Longyearbyen, ale nie próbowałem. Z Arctic Explorer rejs do Pyramiden kosztuje 1 700 NOK RT. Drogo, ale warto.