+12
adamek 11 września 2016 13:26
PAŹDZIERNIK



- Jedziesz ze mną na Spitsbergen?
- Gdzie to jest?
- Arktyka. Kilka dni, tundra, lodowce, trekking, namiot, niedźwiedzie polarne… Wiesz… moje klimaty…
- OK, piszę się. A kiedy?
- Za rok. W sierpniu.

Po dwóch dniach, mieliśmy jeszcze dwóch chętnych. Tak powstał nasz 4-osobowy zespół. Korpo-ludki jadą na koniec świata. Mieliśmy 10 miesięcy na przygotowania. Czytanie, szukanie, organizowanie, odkrywanie tego tajemniczego skrawka Ziemi u wrót Arktyki. Jakoś tak wyszło, że zostałem pomysłodawcą, organizatorem i kierownikiem wycieczki.

SIERPIEŃ



Chmury. Dużo chmur. Gęste i białe niczym mleko. Nagle samolot dosłownie nurkuje pod nimi. Naszym oczom ukazuje się czarna ziemia. Longyearbyen. Wrota piekieł. Połączenie pustyni z Mad Maxa z Mordorem z Władcy Pierścieni. Krajobraz surowy, nieprzyjemny, obcy, groźny, postapokaliptyczny, jednocześnie niewypowiedzianie piękny i przyciągający. Ciemna i ponura ziemia, naokoło wznoszą się góry. Niewiele, bo na jakichś 250 metrach już toną w chmurach. Niebo szczelnie zamyka się nad naszymi głowami. W powietrzu czuć ten dziwny, lekki zapach Arktyki. Wilgotna, zimna ziemia. Jakby zapach piwnicy pozbawić woni stęchlizny. Na zewnątrz zimno i wilgotno. Jest 6 stopni Celsjusza. W Gdańsku, gdy wylatywaliśmy 9 godzin temu było prawie 30.





Kierujemy się na camping zaraz przy lotnisku i rozbijamy namioty. Coś się nie zgadza. No tak, jest 3 w nocy a jasno jak w dzień. Dzień polarny zupełnie oszukuje nasze zmysły. Człowiek jest styrany zmęczony całym dniem w podróży. Z drugiej strony mózg ani myśli się wyłączać i odpoczywać kiedy naokoło tak jasno. Nie tylko my mamy ten problem. Campingowy barak jest pełen ludzi, którzy nie śpią. Siedzą, jedzą, rozmawiają, patrzą na mapy, pokazują coś sobie, doradzają. Po chwili spędzonej na kręceniu się niczym zombie, dajemy za wygraną. Z pomocą przychodzi łyk whisky, korki do uszu i opaska na oczy.





Rano wszystko dzieje się szybko. Mamy plan. Wczesna pobudka, szybki spacer do Longyearbyen, zapasy jedzenia i wody, kartusze, kuchenka, mapy i najważniejsze – broń. Na Spitsbergenie, wychodząc poza granice kilku osad, obowiązkowo trzeba mieć przy sobie broń. Zawsze naładowaną i gotową do strzału. Do obrony przed niedźwiedziami polarnymi. Na serio. Idziemy do miasta główną drogą i mijamy kolejne składowiska, złomowiska, stare przetwórnie, resztki kopalni, fabryk, siłowni i nie wiadomo czego jeszcze. Spitsbergen to trochę taki świat po zagładzie ludzi. Pozostałości po tym co było kiedyś, kiedy wydobywało się tu dużo węgla. Teraz wydobywa się mniej, ludzi ubyło a syf pozostał. To metalowe cmentarzysko maszyn, obrabiarek, kolejek, wagoników, rur, szyn i całych stert innego żelastwa. Wygląda jak jedna wielka zabałaganiona, opuszczona kopalnia.





W Longyearbyen – stolicy tego przedziwnego zakątka – spędzamy 2 godziny. Robimy zakupy i pożyczamy broń. Nic więcej raczej nie ma tu do roboty. Miasteczko jest raczej nijakie, skandynawsko nudne aż do mdłości. Do tego brzydkie, przynajmniej o tej porze roku. Industrial, łączy się tutaj z grzeczną bryła skandynawskich domków. Całość otaczają ciemne góry. Kolor brudnej rdzy i skał. Ulice puste, miasto jakby, pomimo dnia polarnego, cały czas spało. Nic nas tu nie zatrzymuje, wracamy na camping. Plany są super – dobrze je mieć, ale rzeczywistość je weryfikuje. Liczyłem, że zajmie nam to max dwie godziny, wyszło cztery. Jedyny plus jest taki, że poprawiła się pogoda. Ciężkie chmury przewiał wiatr. Wszystko gotowe, plecaki spakowane, broń załadowana, punkt 14:00 ruszamy na szlak.





W zasadzie to nie na szlak, bo żadnego szlaku nie ma. Jest mapa a na niej poziomice i rzeki. Chcemy się dostać do oddalonego o 55 km rosyjskiego miasteczka górniczego – Barentsburga. Droga wydaje się banalnie prosta. Idziemy prosto brzegiem, potem dolina, płaskowyż, kolejna dolina, kolejny płaskowyż, przekraczamy jakieś dwie rzeki, potem prosto wzdłuż brzegu i jesteśmy na miejscu. Tak nam się w każdym razie wydawało… No więc ruszamy wzdłuż brzegu Adventfjorden, następnie Isfjorden. Zostawiamy za sobą rozproszone i nieregularne zabudowania Longyearbyen. Pojawiają się tylko pojedyncze, coraz rzadsze hytty – letniskowe domki. Przed nami rozpościera się ogromna pusta przestrzeń fiordu, który płynnie przechodzi w niebo. Ziemia jakby nieśmiało dawała znać o sobie po naszej lewej stronie prężąc się majestatycznymi górami o płaskich szczytach tonących w gęstych chmurach.





Ziemia staje się jakby łagodniejsza, przyjemniejsza. Coraz więcej traw w kolorze brudnej jesieni. Gdzieniegdzie przebija zieleń i skromne kolorowe kwiatki. Niemal natychmiast pojawiają się renifery, leniwie pasące się na pożółkłej tundrze. Nie boją się nas, w zasadzie niemal nie zwracają na nas uwagi, tylko spokojnie skubią trawę. Wychodzi słońce i jest ciepło. To dobry znak. Prognoza mówiła, że przez 3 dni ma być zimno i padać deszcz. Mamy szczęście. Mijając kolejne hytty, docieramy do sąsiedniej doliny Bjorndalen. Dolina jest zjawiskowa. Robi wrażenie swoim ogromem, kształtem, światłem, które je wypełnia. To miejsce które przyciąga niczym magnes. Do tej por szliśmy brzegiem, z jedne strony otoczeni stromymi zboczami gór. Teraz znajdujemy się w samym środku ogromnej przestrzeni. Przepięknej superdoliny.





Mijamy opuszczoną kopalnię wyrastającą z ziemi niczym niechcąca się zagoić rana. Kolejne cmentarzysko żelastwa, na którym zamiast nagrobków, porozrzucane są pordzewiałe wagoniki a zamiast kwiatów i płomieni zniczy, na wietrze powiewają stare sznurki i co mniejsze części elektrośmieci. Zaraz za ruinami zatrzymujemy się, żeby poćwiczyć strzelanie do celu. Po kolei bierzemy Mausera i celujemy do oddalonego kilkadziesiąt metrów zbocza góry. Każdy z nas próbuje jak działa broń, której mamy nadzieję nigdy nie musieć użyć. Broń przeraża, przynajmniej mnie. To chyba dobrze. Trzymając w rękach ten kawałek metalu, zdaję sobie sprawę jak łatwo – jednym ruchem palca – można pozbawić życia. Broń to władza. Albo odpowiedzialność. Chyba od tego co wybierzesz, zależy kim jesteś. Trzymanie naładowanej broni w rękach to szybka nauka samego siebie.





Schodzimy do doliny i idziemy wzdłuż Bjorndalselvy szukając miejsca, żeby ją przekroczyć. Rzeka jest raczej mała, ma dużo odnóg. Koryto jest całe wysypane małymi kamieniami naniesionymi tu przez tysiące lat. Woda jest brudna, w kolorze błota i absolutnie lodowata. Ściągamy buty, skarpety i przechodzimy wodę sięgającą nieco ponad kostki. Pierwszy kontakt z wodą to tysiące igieł wbijających się w ciało. Od razu przypomina mi się scena z Titanica, w której padają właśnie te słowa. To jest dokładnie to. Jest tak zimno, że stopy momentalnie drętwieją i dotkliwie bolą. Tak jest przez pierwsze przejście. Wyjście z wody to ulga. Nagle do nóg wraca życie. Kolejne wejście do wody jest już OK. dopiero przy suszeniu nogi są sine i czucie wraca do nich przez dłuższą chwilę.





Zaraz po przekroczeniu rzeki zaczyna się wspinaczka na płaskowyż Bjoirndalen. Nie jesteśmy pewni tej trasy, bo góra cały czas była spowita chmurami, ale przejaśnienie daje nam nadzieje na piękne widoki na fiord. W tym miejscu kończy się ulgowa taryfa, a zaczyna oranie. Strome podejście, przewyższenie prawie 400 metrów. Do zrobienia praktycznie na raz. Wychodzi kto coś trenuje, a kto siedzi za biurkiem. Droga jest stroma, idzie żlebem wzdłuż strumienia. Co chwila kamienie uciekają spod nóg. Bez kijków nie dałoby rady tego przejść. Wysiłek rekompensuje każdorazowe odwrócenie się. Widok roztaczający się na dolinę jest po prostu obłędny. Jej przestrzeń, światło, przeciwległe stoki jakby pokryte idealnie gładką warstwą kamieni, spod których gdzieniegdzie strzelają strumienie.







Na górze płaskowyżu spotykamy pięciu chłopaków z bliżej nieokreślonej strony świata, którzy chcą dotrzeć jak najdalej, ze względu na pogodę – Od północy, przez kolejne dwa dni ma padać i być zimno. – I tyle ich widzieliśmy. My spokojnie kierujemy się na południowy zachód. Co a być to będzie. Płaskowyż to inny świat. Dach tutejszego świata. Ziemia tylko pod nami. Naokoło i nad nami przestrzeń nie do ogarnięcia. Kiedy docieramy na skraj klifu, siadamy. Nie ze zmęczenia a z wrażenia. Przed nami widok na Isfjorden i rozciągające się po jego drugiej stronie ziemie. Ostre szczyty gór, jęzory lodowców lodowce spływających prosto do morza. Do tego przepiękne chmury kłębiące się gdzieś ponad tym wszystkim i światło, dużo światła, które co i raz odsłania kolejne obrazy. To widok z tych jakie miewa się we śnie. Świat, który tworzy się na naszych oczach. Coś co sprawia, że po plecach przechodzi ten dziwny dreszcz.







Droga prowadziła dalej wzdłuż płaskowyżu. Minęliśmy przepiękną zatoczkę i odbiliśmy nieco w głąb lądu. Co i raz przez płaskowyż przechodzą chmury ograniczając widoczność do kilku metrów. Z tej mgły
Wyłaniały się kolejne pozostałości po ludziach i ich próbach zaprzęgnięcia tej nieprzyjaznej ziemi do pracy, zdominowania jej i ujarzmienia. Jak widać – nieudane. Ziemia okazała się twardsza. Wszędzie sterty porzuconych maszyn, beczek, rur, kabli i innego złomu, powolnie trawionego przez naturę. Przy jednym z taki cmentarzysk ludzkich ambicji, naprzeciw nam, z mgły wyłania się renifer, który zaciekawiony podchodzi do nas na kilka metrów. Jesteśmy ostrożni ze względu na panującą tu wściekliznę. Renifer idzie za nami przez kilka kilometrów obserwując nas uważnie. Wydawał się być samotnym strażnikiem tych gruzów, resztek ludzkich prób podbicia Spitsbergenu.





W końcu po kilku kilometrach podchodzenia i schodzenia, docieramy na skraj klifu nad doliną Grumantdalen. Stąd widać cel naszej dzisiejszej wędrówki – pozostałości opuszczonej radzieckiej osady górniczej – Grumant, w których planowaliśmy się zatrzymać na noc. Jest tylko jeden problem. Cholerne poziomice na mapie! Stoimy na skraju niemal pionowego klifu, spadającego jakieś 300 metrów w dół. Widzimy domki, ale nie możemy się do nich dostać. Wracamy do mapy i idziemy wzdłuż klifu w głąb lądu. Szukamy miejsca, w którym da się zejść. Okazuje się, ze jest już przed 22:00. Podczas dnia polarnego, zupełnie zapomina się o nocy, można iść aż się padnie. Nie ma czegoś w stylu „musimy dotrzeć tam przed zmrokiem” bo nie ma zmroku. Idziemy więc dalej. Nie jest łatwo. Za kolejnymi zakrętami pojawiają się przepaście nie do przejścia. Musimy wracać, podchodzić pod górę, schodzić i znowu wchodzić. Morale zespołu siadają. Kiedy są już bliskie zera, konieczna okazuje się przerwa na kisiel.







To kolejny moment, w którym doceniam moją formę. To, że mimo siedzącej pracy, ruszam się, biegam, dużo chodzę, na 5 piętro wchodzę po schodach zamiast wozić się windą. Warto się ruszać. Po pół godzinie siedzenia w ciszy i siorbania gorącego kisielu kończymy piknik umarlaków i ruszamy dalej. Udaje się znaleźć zejście. W zasadzie polega ono na zsuwaniu się po kamieniach w dół doliny. Nie wyobrażam sobie jak można tu podchodzić. Znowu kamienie uciekają spod nóg. Jedne śliskie, inne niestabilne inicjują mini lawiny i osuwiska. W końcu udaje nam się dotrzeć do ubitej ziemi. Idziemy coraz niżej. Po drodze coraz więcej kabli, torów i innych resztek kopalni. Wydaje się, że to już tu, już prawie. A jednak. Z każdym krokiem wydajemy się oddalać od naszego celu. Zza każdego pagórka wyłania się nowy ciągnący się w nieskończoność odcinek.





W końcu trafiamy na jakieś drewniane tory, drabiny. – To już musi być tu! – pocieszamy się. A jednak nie. Kolejne wzniesienie odsłania następne i następne. Dół, góra, lewo, prawo. Do przodu i do tyłu. W końcu docieramy do strumienia. Zjeżdżamy po zboczu i idziemy wzdłuż, skacząc po śliskich kamieniach i przecinając strumień co i raz. Grumant wydawało się tak blisko. Na wyciągnięcie ręki. Tymczasem idziemy i idziemy. Kolejne kamienie, kolejne ruiny robią nam tylko nadzieję, że to już. Na mapie to 2 km a wydaje się, że idziemy całą wieczność. Mamy dość, jest ciężko. Ostatni odcinek dobija nas nie tyle trudnością co monotonnością. W końcu zmęczeni, grubo po północy docieramy nad brzeg morza do miasta widma – Grumant.







Osada została opuszczona przez Sowietów w latach ’60 ubiegłego stulecia. Zostały po nich rozpadające się budynki-wydmuszki, w których hula wiatr i ptaki. Rozkład postępuje tu o wiele wolniej ze względu na niska temperaturę. Zajmujemy jedną z chatek stojącą na zboczu góry. Jest w opłakanym stanie, nie ma drzwi i okien a popękany strop podtrzymuje jakaś dostawiona belka. – Będzie OK – uznajemy unisono. Zwyczajnie nie chce nam się już iść dalej. Jemy kolację, pijemy gorącą herbatę i idziemy spać. Poza miastem robimy warty. Dzisiaj jest luksusowo, każdemu przypada ok. 1,5 godziny. Mi trafia się chyba najgorsza – druga. Niezrażony tym faktem próbuję zasnąć. Oczywiście mi się udaje i po niecałych 40 minutach snu czuję lekkie szarpnięcie za ramie. – Twoja kolej...





Zimno. Kiedy chce Ci się spać i naokoło jest kilka stopni jest Ci zwyczajnie zimno. Przenikliwie zimno. Nie pomagają dwie bluzy, kurtka, czapka i rękawiczki. Staram się ruszać, gotuję sobie herbatę, następnie łapczywie siorbie brązowy płyn z parzącej usta menażki. Udaje się przechytrzyć organizm, zaczynam wytwarzać ciepło. Czuwam. Na szczęście nie ma śladu niedźwiedzi. Jedyne życie to lisy polarne buszujące nerwowo w ruinach Grumant. Przez lornetkę obserwuję ich dziarskie susy, przy których machają swoją srebrzystą kitą. Cały czas też mogę się rozkoszować boskim widokiem na Isfjorden i jego północny brzeg. Podczas dnia polarnego słońce nie zachodzi a jedynie porusza się nisko ponad horyzontem okrążając go. Akurat podczas mojej warty znajdowało się gdzieś za przeciwległym brzegiem fiordu. Momentami wydawało się jakby niebo ponad horyzontem płonęło. Wszystko to w tle tej tajemniczej opuszczonej sowieckiej osady górniczej.





Mimo zmęczenia i zimna, taka samotna warta jest czymś niesamowitym. Klimat jak ze snu. Piękno nieoczywiste, absolutne. Tak bardzo jest mi tu dobre. Tak bardzo tu pasuję. Tak mi tu dobrze. To jak sen na jawie. Oto jestem tu, na samej górze mapy, tam gdzie często nawet mapa już nie dochodzi – bo i po co. Siedzę sobie na ławce przed opuszczoną chatkę, w której 60 lat temu mieszkali radzieccy górnicy. Naokoło, poza naszą czwórką, ani żywej duszy. Dzikość, surowość i oszczędność natury, jej potęga. Obok mnie oparty o ścianę Mauser, którego nie chcę nigdy musieć użyć przeciwko żadnemu żywemu stworzeniu. Ja popijam sobie gorącego podłego Earl Greya z torebki i rozkoszuje się jednym z najpiękniejszych widoków jakie mi było dane oglądać. Oglądam jak po drugiej stronie fiordu tworzy się świat: z ziemi, wody, powietrza i ognia, bo całość wydaje się płonąć. To jest właśnie doświadczanie świata. Siedzę tak, patrzę i napatrzyć się nie mogę. Chyba jeszcze nie wierzę, że tu jestem, że to już. Dzieje się naprawdę. To jest jak piękny sen, z którego nie chcę się budzić.


Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie


Dodaj Komentarz

Komentarze (11)

don-bartoss 11 września 2016 15:35 Odpowiedz
Właśnie na to czekałem, gdy napisałeś gdzie się wybierasz! Czekałem i się doczekałem, relacja wybitna. To jest przygoda. Pojadę tam.
malgorzata-jurkowska 11 września 2016 21:25 Odpowiedz
Robi wrażenie! Niedawno byłam na prezentacji o Spitsbergenie i bardzo mnie zainteresował.
adamek 11 września 2016 23:14 Odpowiedz
don-bartossWłaśnie na to czekałem, gdy napisałeś gdzie się wybierasz! Czekałem i się doczekałem, relacja wybitna. To jest przygoda. Pojadę tam.
no było mega! Jedź tam, ja też wrócę na bank, bogatszy o doświadczenia. Wiem już co i jak :) uda się taniej i więcej.
jprawicki 12 września 2016 11:25 Odpowiedz
chłopie, masz talent do opowiadania :) czekam na kolejną relację z kolejnego miejsca :)
bartek-krzeminski 23 września 2016 01:57 Odpowiedz
Cześć. Myślałem o tym, aby dojść do Grumant i wrócić z powrotem. Jakieś złote rady odnośnie końcowego etapu ? Polecasz jakieś mapy ?
adamek 23 września 2016 08:33 Odpowiedz
bartek-krzeminskiCześć. Myślałem o tym, aby dojść do Grumant i wrócić z powrotem. Jakieś złote rady odnośnie końcowego etapu ? Polecasz jakieś mapy ?
Rozumiem, ze chodzi o zejscie z klifu po kamieniach? Bo w samej dolinie jest juz OK. Najlepiej chyba isc dolina, bez wchodzenia na plaskowyz, potem jest troche pod gore i zjazd na kamieniach. Z powrotem musi byc masakra, nie ma szlku wiec trzeba po prostu isc na czuja. No i uwazaj na bablownice, nie pij wody ze strumienia i nic z ziemi. Mape mielismy z supermarketu, sa tez dobre w necie do wydrukowania. Powodzenia!
adamek 23 września 2016 08:39 Odpowiedz
bartek-krzeminskiCześć. Myślałem o tym, aby dojść do Grumant i wrócić z powrotem. Jakieś złote rady odnośnie końcowego etapu ? Polecasz jakieś mapy ?
http://toposvalbard.npolar.no/tsmini.html - tu masz mape super, obejrzyj sobie. Najlepiej chyba Bjorndalen do konca i zawinac pod gore i w dol do Grumant - tylko tam da sie zejsc i wejsc. Plusem plaskowyzu sa widoki - jak powyzej. W dolinie masz wiecej przeskakiwania przez strumienie i widok na doline ale zapewne latwiej :) ewentualnie tam idziesz gora. Z powrotem dolem. Po drodze nie ma zadnych hytt, najblizsza jest na wejsciu do Kolesbukty.
blizejidalej 27 września 2016 20:04 Odpowiedz
Fantastyczna wyprawa i świetne zdjęcia - uwielbiam takie klimaty :)
martwod 17 października 2016 11:18 Odpowiedz
Pięknie! Poruszająco! Świetna relacja! Czytając podobne ze zbliżonych zakątków świata, ubolewam niezmiennie nad swoją nieuleczalną ciepłolubnością. Chciałabym to zobaczyć na żywo, ale te temperatury przerażają mnie bardziej niż białe niedźwiedzie. Pozostaje liczyć na Wasze zdjęcia. Dzięki, Adamek!
adamek 17 października 2016 12:07 Odpowiedz
martwodPięknie! Poruszająco! Świetna relacja! Czytając podobne ze zbliżonych zakątków świata, ubolewam niezmiennie nad swoją nieuleczalną ciepłolubnością. Chciałabym to zobaczyć na żywo, ale te temperatury przerażają mnie bardziej niż białe niedźwiedzie. Pozostaje liczyć na Wasze zdjęcia. Dzięki, Adamek!
dzięki! :) bierz ciepłą kurtkę i w drogę, nie ma co czekać. Spitsbergen jest MEGA!
ankafly4free 20 października 2016 17:15 Odpowiedz
Rewelacja! Dzieki za relacje i SWIETNE zdjecia!