+10
adamek 2 sierpnia 2016 23:58


Znowu jeden z tych piątków, kiedy z pracy nie wracam do domu. Tym razem lecę na dworzec. Pociąg do Gdańska. W sparaliżowanym nocną nawałnicą mieście chwile grozy – czy zdążę na lotnisko? Ciągłe życie na krawędzi. Udaje się dosłownie w ostatniej chwili. Potem czterogodzinna drzemka w samolocie i ląduję na Islandii. Budzi mnie – Patrz! Widać gejzery! – zupełnie jakby ktoś mówił do mnie. Za oknem jasno, jest po dziewiątej wieczorem. Ziemia dookoła wygląda jakby przykryta pogniecionym, pofałdowanym żółto-zielonym dywanem. Co i raz wzgórza, góry i górki. Miejscami wyraźnie widać wzbijające się w niebo gęste obłoki mlecznobiałej pary. Gorące źródła.



Wieczór wita mnie przyjemnym chłodem. Jaki wieczór? Jest jasno. I chyba jeszcze trochę pobędzie. Chłodno w sumie też nie jest. około 10 stopni. Rześko. W Polsce było 30. Miło odetchnąć świeżym powietrzem, nie czuć jak nasączone wilgocią powietrza ubranie lgnie do skóry, jak pot ścieka po plecach. Nie czuć zapachu komunikacji miejskiej. Czuć świeżość. Nie zdążyłem się nią nawet na cieszyć. Po chwili czekania, z lotniska zabiera mnie Alex. Typowy rudobrody wiking. Mając doświadczenia z półrocznego pobytu w Finlandii, spodziewałem się tu ponurych, pełnych rezerwy ludzi północy, tymczasem Alex przypomina raczej Amerykanina. Jedziemy do jego wypożyczalni, rozmawiamy o naszych drużynach piłkarskich. Islandczycy swoich kochają, szanują, podziwiają. Bardzo doceniają to co osiągnęli. Są z nich strasznie dumni.


W wypożyczalni miła niespodzianka. Zamiast małego brzdąca dostaję sporą terenówkę z napędem na cztery koła. Z wielkim trudem staram się ukryć radość. Już widzę się przemierzającego bezdroża Islandii w starym ale wysokim Hyundaiu, warkot silnika, odgłos ślizgających się na kamieniach kół. Opowiadam Alexowi o moim planie na weekend. On nie dowierza, że przyleciałem tu tylko na weekend. Mówię, że to tylko rekonesans, że planuję tu wrócić z moją towarzyszką i standardowo zjedziemy całą Islandię, ale nie chcemy się trzymać głównego szlaku turystycznego. Alex wyciąga mapę, rozkłada ją na masce samochodu i zaczyna opowiadać co gdzie jest, co warto zobaczyć, czego nie można ominąć a co można odpuścić. Gdzie pojechać, jak dojść, ile czasu to zajmie. Gdzie nie ma sensu pakować się nawet autem 4x4. Objeżdża całą Islandię palcem co chwila zatrzymując się w jakimś miejscu i robiąc notatki długopisem. Przez jakieś pół godziny padają dziesiątki nazw: wodospadów, campingów, gór, szlaków, gorących źródeł. Nie nadążam, ale staram się chłonąć każde jego słowo. Zapamiętać, wyryć w pamięci, żeby jakoś później odtworzyć. Na szczęście mam tą mapę. Z zaznaczonymi perełkami.



Rozmawia się tak miło, że chciałbym jeszcze pogadać, ale przede mną jeszcze kawałek drogi do zrobienia a jest już po dziesiątej wieczorem. Nie widać tego, bo cały czas jest jasno. Drogi na Islandii są puste. Nawet autostrada z Keflaviku do stolicy. Mam całą dla siebie. Aż się chce przycisnąć gaz, ale mam z tyłu głowy koszmarnie wysokie mandaty. Wszędzie jest 90 i to wystarcza. Jadę na południe. Droga przecina pagórki, ciągnie się jak maleńka tasiemka pośród ogromnych, niezmierzonych przestrzeni półwyspu Reykjanes. Mijam dymiące niczym komuny fabryki baseny Blue Lagoon, o tej porze już zamknięte. Dalej odbijam na wschód i jadę wzdłuż wybrzeża. Nastaje zmierzch. W końcu! Tyle, że nam zmierzch kojarzy się z czymś co szybko przechodzi w ciemność. Tutaj, utrzymuje się przez kilka godzin. Nabiera mnie, że niby zaraz się ściemni, a tymczasem cały czas jest szaro. Zupełnie jakby czas się zatrzymał. Jakbym wpadł w jakaś pułapkę.



Mijam kolejne mikroskopijne miasteczka, rozległe pola. Zaczynają się pojedyncze góry, z których co i raz spływają ogromne ilości wody w postaci widowiskowych wodospadów. Zwracam szczególną uwagę na dwa – okazuje się, że to Seljandfoss i Skogafoss. Ich widok w środku nocy, dyskretny szum dochodzący przez uchylone okno to czysta magia. Zatrzymuję się po jakiś 200 kilometrach. Jest wpół do drugiej w nocy. Zostawiam auto przy szlabanie, zabieram plecak i ruszam ciągnącą się 4 kilometry drogę. Idę w magicznym półmroku przez czarną pustynię. Wszystko robi się czarno białe. Jakbym oglądał film sprzed 100 lat. Jedyna różnica to głos. Pod nogami delikatnie chrzęszczą drobne kamienie. Naokoło widzę niewyraźne sylwetki gór nad którymi unoszą się niskie, gęste chmury. Wieje lekki wiatr. Zmęczenie daje o sobie znać. Trzyma mnie tylko ekscytacja. Czuje się jakbym był w jakimś półśnie. Jakbym z każdym kolejnym krokiem odkrywał rąbek jakiejś tajemnicy. U kresu tego marszu miało czekać na mnie coś niesamowitego. Zwieńczenie tego dziwnego snu. Snu drogi.



I tak właściwie jest. Zza czarnej wydmy wyłania się nagle wrak samolotu od 43 lat samotnie leżący na rozległej plaży. Nie stoi za nim żadna niesamowita historia. Żadne dramaty, walka o życie. O tym samolocie raczej nie da się nakręcić filmu. Po prostu, kiedy wracał do bazy, zabrakło paliwa. Pilot lądował awaryjnie na plaży. Wszyscy przeżyli. Samolot został sobie tam gdzie wylądował. Oczyszczony z wszelkiej aparatury i sprzętu. Samotna skorupa na środku niesamowitej kamiennej pustyni, trawiona przez czas i turystów rozszarpujących ją na pamiątki. A mimo to, kiedy zobaczyłem ją parę lat temu, zapragnąłem tu być. Wiedziałem, że to miejsce, które po prostu muszę odwiedzić przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ten wrak siedział we mnie cały czas. Dlaczego? Nie wiem. Ale stoję tu w środku nocy, zmęczony, patrzę na niego i przechodzi mnie niesamowity dreszcz. Z rodzaju tych, które chcemy, żeby przechodziły co i raz. Jakby energia przepełniająca całe ciało. Po prostu coś niesamowitego. Namiot rozkładam zaraz obok. Celuję tak abym leżąc mógł cały czas patrzeć na samolot.







Jak zahipnotyzowany cały czas patrzę. Nawet kiedy rozstawiam namiot tyłem do wraku, co i raz się odwracam, jakbym chciał się upewnić, że on tam jest. Zasypiam wpatrzony w tą tajemniczą kompozycję. Kiedy się budzę, namiot jest szczelnie zamknięty, smaga nim dość mocny wiatr. Nie wiem nawet kiedy zamknąłem namiot. A może zrobiłem to od razu, tylko mi się śniło, ze patrzyłem na samolot. Nie wiem. To jedno z tych miejsc, w których chyba traci się głowę. Miejsce magiczne i tajemnicze. Jedyne w swoim rodzaju. Rano samolot wygląda jeszcze bardziej niesamowicie. Okolica tonie w chmurach i wilgoci. Nie widać gór naokoło, trudno nawet dostrzec morze. Słychać tylko jego szum. W tej mgiełce widzę tylko wrak, który na mnie patrzy. Zawsze staram się jeść w pięknych miejscach. Tego śniadania nie zapomnę długo, jeśli w ogóle.



Z niechęcią zwijam namiot i ruszam z powrotem do auta, co i raz się oglądając. Wrak szybko znika za wydmą, jakby w ogóle go nie było. Jakby się tylko wydawał. Wracając jeszcze bardziej doceniam to co przeżyłem. Mogłem się rozkoszować tym niesamowitym miejscem w samotności, mieć je tylko dla siebie. Wczoraj gdy szedłem wpół do drugiej, mijałem ostatnich turystów wracających z wraku. Teraz przed 8:00 rano mijam już całe tabuny ludzi zmierzających go oglądać. Cieszę się jak głupi, że tak mi się udało. Założę się, że i na nocowanie pod wrakiem znajduje się sporo amatorów. Ja trafiłem na wolny piątek! Rozradowany docieram do samochodu i ruszam na wschód.





Początkowo droga to płaska dolina z jednej strony oblewana przez morze, z drugiej opierająca się o góry. Z lodowców spływa wzburzona woda, na ostatnim odcinku zamieniająca się w wodospady strzelające lodowatą, spienioną wodą. Z czasem niewyraźne, blade trawy przykrywają gęste krzaki, zioła i kwiaty. Jest soczyście zielono. Zaczynają się pagórki. Na ich zboczach, niczym powtykane zabawki, tkwią maleńkie domki. Niektóre z nich w ogródkach maja kilkudziesięciometrowe wodospady. Zatrzymuję się co kilkaset metrów, żeby pooddychać tym przepełnionym wilgocią, zapachem ziół i solą morską powietrzem. Chyba nici z moich ambitnych planów objazdowych. W końcu droga odbija w stronę morza. Mój cel to plaża Reynisfjara.





To imponująca plaża z czarnego piasku i drobnych kamieni. Od wschodniej strony, góruje nad nią ponad 300-metrowy strony klif porośnięty zieloną trawą. Wokół niego aż wrze od krążących rybitw i maskonurów. Małe białe lub biało-czarne punkciki wzbijają się, krążą nad wodą po czym wracają i znikają gdzieś w trawie. Na dole klif podtrzymuje kupa bazaltowych kolumn wyszczerbionych tak, iż wydaje się jakby u podnóża stały gigantyczne organy, lub jakieś abstrakcyjne wielowymiarowe schody.





Niestety na plaży jest sporo turystów. Cały czas ich przybywa. Niestety w postaci autokarów pełnych Azjatów. Uciekam od tłumów w głąb plaży na wschód. Idę przepiękną wąską wstęgą piasku u podnóża surowych skał. Znowu czuję się jak w czarno-białym filmie. Zieleń znika gdzieś w górze. Skały i niebo są bladoszare. Ziemia jest czarna jak smoła, a spienione fale mlecznobiałe. Idę zachwycony, w pewnym momencie nawet nie zauważam, jak zalewa mnie fala. Ładnie, buty mokre już na początku pierwszego dnia – przemyka mi przez głowę. Ale tylko na chwilę. Nieważne. Tym będę się martwił później. Teraz jestem tu.





Docieram do samego końca. Ślepy zaułek. Dalej już tylko śnieżnobiałe morze i czarne, ostre skały. W tle Reynisdrangur – samotnie wystające z widy obeliski. Według miejscowej legendy, to trolle, które dały się zaskoczyć przez słońce i zostały zamienione w kamień. No cóż, biorąc pod uwagę atmosferę tego miejsca, chyba nie chciałbym się przekonać czy to tylko legenda. W końcu to na Islandii przy wytyczaniu dróg bierze się pod uwagę miejsce zamieszkania elfów. Po woli wracając, widzę ciągnącą się parę kilometrów rozległą czarną plażę zwieńczoną cyplem Dyrhoaley, który jest jedną z najbardziej charakterystycznych atrakcji tej części wyspy. Spacer tą plażą to jak tajemniczy sen, który utkwił nam gdzieś głęboko w podświadomości, ale nie pamiętamy jego szczegółów, a tak bardzo chcielibyśmy je sobie przypomnieć. Nie wiemy dlaczego, ale chcemy. Bo wiemy, że coś w nim było, czujemy to, ale nie potrafimy nazwać. Tak właśnie jest z Islandią. Wiem to już teraz – po niecałych 12 godzinach.





Wracam na zachód. Moim celem są wodospady. Po drodze postanawiam zjechać kawałek na Solheimajokull – jeden z najbardziej dostępnych lodowców w okolicy. Kawałek od głównej drogi zostawiam auto na parkingu i ruszam łatwym kilometrowym szlakiem. Zawsze trochę inaczej wyobrażałem sobie lodowce. Śnieżnobiałe masy, poprzecinane szafirowymi prześwitami firnu. Najlepiej kiedy ogromne masy odrywają się i z hukiem wpadają do morza. OK, tak wygląda to w Patagonii. Tu lodowiec to brudnoszara masa wciśnięta w równie ponure surowe górskie otoczenie. Wypływa spod niej brudna woda, która zbiera się w brunatnym rozlewisku.









No ale w końcu po to podróżujemy. Żeby się uczyć, zdobywać wiedzę, obalać mity. Czasami to oczywiście boli. To trochę jak niebieska pigułka z Matrixa. Dostajemy prawdę, która nie jest może piękna, ale jest prawdziwa. Po zbliżeniu się do lodowca – oczywiście wbrew znakom, które ostrzegają przed niebezpieczeństwem i zakazują wchodzenia na lodowiec. Nie wchodzę na niego, ale oczywiście podchodzę pod samo czoło, aby obejrzeć z bliska tą niesamowitą siłę natury. Przeskakując pomiędzy licznymi brudnymi kałużami i strumieniami bijącymi spod lodu, krążę wśród lodowych zakrętasów. Lodowiec, faktycznie biały i szafirowy w środku, z zewnątrz pokryty jest pyłem wulkanicznym, między innymi z pobliskiego Eyjafjallajökull, który w kwietniu 2010 sparaliżował ruch lotniczy na niemal całej półkuli północnej. Krajobraz księżycowy. Czuję się jakbym oglądał czarno-białe fotografie z Apollo 11. Niesamowite miejsce. Niestety bez sprzętu i przewodnika nie zaryzykuję chodzenia po lodowcu. Chyba jestem już za stary.





Jadę dalej do pobliskiego wodospadu Skogafoss. Widziałem go już wczoraj w nocy, kiedy przejeżdżałem pobliską drogą. W dzień wodospad robi równie piorunujące wrażenie. Szeroki jęzor białej, spienionej wody widać już z daleka, jadąc przez miasteczko Skogar. Przy samym wodospadzie jak zwykle sporo ludzi, ale nie dziwi mnie to wcale. Miejsce jest doskonałe. Ogromne ilości wody spadające z kilkudziesięciu metrów z wielkim hukiem, który odcina nas od wszystkiego naokoło. Zbliżam się stopniowo do wodospadu i pochłania mnie stopniowo delikatna chmura wilgoci. Skogafoss przyciąga niczym magnes. Dopiero u podnóża wodospadu czuje, że jestem cały mokry. Nic dziwnego, spędziłem tu dobrych kilka minut, patrząc na spowity chmurą wodospad i słuchając tego elektryzującego huku. Niechętnie odchodzę i wspinam się pobliskim szlakiem na górę.





Pokonanie 60 metrów, dość stromymi schodami okazuje się nie lada wyzwaniem. Na górze trzeba jeszcze pokonać kilka płotków. Służą temu specjalne schodko-drabinki rozstawione nad drutami. W końcu nagroda. Z góry rozpościera się widok na całą okolicę. Na południu widać daleko morze, do którego prowadzą zielone pola traw i ziół. Pod skarpą mikroskopijne miasteczko, bliżej parking, od którego ciągnie sznur turystów. Na górze widać tylko zieleń. Pofałdowane łąki przecięte strumieniem. Ciągną się aż po horyzont. Dobre miejsce na lunch. Siadam na lekko wilgotnej zielonej trawie, wyciągam resztki mojego prowiantu i robię sobie piknik. Potem jeszcze krótki spacer, droga w dół po stromych schodach i jadę dalej.





Następny przystanek to pobliski Sejlandfoss. Kolejny wodospad z islandzkich pocztówek. Od poprzedniego różni się tym, że można się przejść jaskinią pod strumieniem spadającej wody. Niby mało, a jednak! W przejściu za wodospadem jest coś niesamowitego. Jakby to był jakiś rytuał, magiczne drzwi do innego świata. Jakby po drugiej stronie wodospady było coś nowego. Jakby świat oglądany zza lustra wody nabierał nowych nowej głębi, wymiarów, kształtów. Szedłem w kolejce ludzi w kolorowych kurtkach, którzy właśnie tak chcieli spojrzeć na ten świat – z drugiej strony. A może wcale nie chcieli. Większość szła jakby od niechcenia, przechodziła, przebiegała, czasem zatrzymując się i robiąc sobie selfie. Ze słuchawkami w uszach. Zawsze widząc coś takiego zastanawiam się – po co? Po co lecieć tyle kilometrów, jechać, iść… Żeby odhaczyć? Powiedzieć: byłem, widziałem? Veni vidi vici? Na pewno nie po to, żeby przeżywać. Kiedyś myślałem, że to brak szacunku dla natury, jej piękna i potęgi. Ale to chyba też brak szacunku dla samego siebie.





Jadę jeszcze kawałek na zachód i odbijam z głównej drogi w głąb Islandii, do Pjorsardalur – doliny największej rzeki wyspy – Pjorsy. Najpierw droga prowadzi pomiędzy zielonymi łąkami pełnymi kwiatów i ziół. Nie mijają mnie żadne samochody. Tu już nie ma autokarów, wypożyczanych samochodów. Skończyły się główne szlaki i jednodniowe wycieczki z Reykjaviku. Jestem sam. Otwieram okno, czuję zapach wyspy, w twarz uderza mnie jej świeże powietrze. Z czasem krajobraz zmienia się w coraz bardziej surowy. Trawa jest coraz niższa i suchsza, kamienia coraz liczniejsze i większe. W końcu kończy się asfalt. Kolejne kilka kilometrów tłukę się po wybojach. Całe szczęście, że mam 4x4 i wysokie zawieszenie.





Przecinam rzekę na wysokości elektrowni wodnej Blaskogar i zawracam na południowy zachód drugim brzegiem rzeki. Okolica zmienia się. Nagle na tej dzikiej kamiennej pustyni wyrastają słupy wysokiego napięcia, betonowe kanały, którymi spiętrzona woda spływa do pobliskiej siłowni Burfell. Chyba najbardziej, w Islandii nie mogę zrozumieć tego rozdarcia pomiędzy dziką naturą i historią z jednej strony a nowoczesnością z drugiej. Tutaj elektrownia wodna, słupy, zbiorniki, masa betonu, to jakby naturalny element tego krajobrazu. A jednak bardzo kłuje w oczy. I zastanawia mnie jak Ci ludzie do tego dopuścili. Dlaczego wykorzystują tyle energii geotermalnej, wykorzystują jeszcze wodę. Niszcząc tym samym tak piękne dziewicze tereny. I robią to ludzie, którzy ponoszą tyle wyrzeczeń po to by chronić swoja dziewicza naturę.







Na szczęście elektrownia i cała jej infrastruktura znika tak szybko jak tylko się pojawiła. Teraz przede mną rozciągają się wzgórza w kolorze piasku poprzedzierane maleńkimi dolinami delikatnie kiełkującymi gdzieś w oddali nieśmiałą zielenią. Zjeżdżam z głównej drogi w stronę Stong – ruin jednego z najstarszych domów na Islandii. Samo miejsce to odkryte pozostałości ogromnego domu Wikingów z XI wieku, obudowane tak, że z daleka wygląda jak zwykły duży dom. Nie ma tu żadnych kas ani biletów, wchodzi się samemu, wpisuje w księdze gości i ogląda. Dla jednych to sterta kamieni, dla innych żywa historia. Dotykając przypalonych wielkich kamieni można sobie wyobrazić jak żyli mieszkańcy Islandii tysiąc lat temu. Nic dziwnego, że ktoś wybrał to miejsce na dom. Okolica tonie w zieleni, w powietrzu unosi się świeży zapach trawy, naokoło rozpościerają się przepiękne widoki na odległe góry otaczające dolinę.



Idę kilkaset metrów za Stong ścieżką wijącą się wśród pagórków, docieram na brzeg skarpy. Zatrzymuje się na brzegu i patrzę w dół. Przede mną Gjain – przepiękna maleńka dolina ukryta pośród szaroburych wzgórz Pjorsardaluru. Widok przypomina mi magiczny ogród wciśnięty w małą, stojącą na biurku kulę wypełnioną płynem i srebrnymi płatkami. Wystarczy ją złapać w dłoń i potrząsnąć aby całość tonęła w srebrzystym śniegu. Mała dolinka, poprzecinana strumykami, wodospadami, jeziorkami. Cała skąpana w soczystej zielni traw, z których co i raz wystrzeliwały kwiaty: białe, żółte, różowe. Wąskie ścieżki, małe drewniane mostki – wszystko jakby idealnie zaplanowane pod bajkową scenerię. Schodząc do Gjain wyobrażałem sobie, że zaraz wpadnę na śpiącą królewnę Disneya, albo na najlepszym przypadku na elfy grające na fletach.







Na dole czuć magię tego miejsca jeszcze bardziej. Błądzę maleńkimi, kręcącymi ścieżkami, skaczę po kamieniach nad wodą, przeskakuje strumyki, brodzę w lodowato zimnej wodzie, próbuję orzeźwiającej wody spadającej ze ścian wąwozu, zaglądam do ciemnych jaskiń. Chcę zajrzeć wszędzie, wszystko zobaczyć, magia tego miejsca dodaje mi siły. Samo przebywanie tutaj, napełnia mnie energią. Siadam nad maleńkim wodospadem i czytam o Gjain. Okazuje się, że ta mała dolina służyła jako sceneria w pierwszych odcinkach czwartej serii Gry o Tron. Serialu akurat nie oglądałem, ale to tłumaczy dlaczego jest taki popularny. Czas mija nieubłaganie. Orientuje się, że jest już zdrowo po 20 a ja nawet nie myślałem o spaniu. W zasadzie mi to nie przeszkadza. Nie mam tej presji, że zaraz się ściemni. Najlepiej byłoby tu w Gjain, ale znaki zakazują obozowania. Nie chcę łamać zakazu, chyba nie ze względu na kary, ale jakoś to miejsce wydaje mi się zbyt „magiczne”. Jeżeli faktycznie na Islandii żyją jakieś elfy, trolle czy inne temu podobne stworzenia, to nie zdziwiłbym się, gdyby mieszkały właśnie w tu.





Z wielkim żalem opuszczam Gjain obiecując sobie, ze tu wrócę. Może w towarzystwie łatwiej będzie tu przenocować. Wtedy, jeśli spotkam jakieś dziwne mityczne stworzenia, to przynajmniej ktoś mi uwierzy. Postanawiam jechać dalej w dół rzeki. Niedaleko Gjain trafiam zupełnie przypadek na podwójny wodospad Hjálparfoss. Otoczony jest chropowatymi skałami, których struktura przypomina statek obcych. Razem ze mną ogląda go dwóch młodych Włochów, którzy uparli się aby swoją Yariską dotrzeć do Gjain. Kiedy powiedziałem im, że to dolina z Gry o Tron, westchnęli unisono a w oczach pojawił się błysk. Musiałem ostudzić ich zapał, bo z takim samochodem skończyli by przygodę 50 metrów od głównej drogi, zostawiając miskę olejową na pierwszym lepszym kamieniu. Zasada na Islandii jest prosta: po drogach opisanych jako 4x4 lepiej jeździć takimi właśnie autami. I to też niestety nie na wszystkich.





Dalej droga powoi wyprowadza mnie z dolin porośniętych suchą pożółkła trawą. Kępki krzaków i karłowate drzewa pojawiają się najpierw nieśmiało, potem już coraz odważniej. Migoczące w oddali zielone klify przybliżają się coraz bardziej. W końcu nie wiadomo kiedy wjeżdżam w zieloną krainę pastwisk rozsianych na wzgórzach. Z drogi słychać owce. W powietrzu unosi się już wyraźny zapach łąk. Tu zieleń to już nie pojedyncze plamki. Tu zieleń rządzi. Tu niemal nie widać ciemnej ziemi. Pjursa, a raczej jej szerokie rozlewisko jest coraz bliżej. Teraz droga prowadzi niemal przy samej linii wody. W powietrzu zapach trawy miesza się z wilgocią rzeki. Patrzę na zegarek. Jest 22:00



Zjeżdżam zupełnie przypadkiem w boczną dróżkę prowadzącą do podnóża samotnie stojącej góry. Nie wiem dlaczego. Po prostu pomyślałem, ze może tam będzie dobre miejsce do rozbicia obozu. Zatrzymuję samochód na skarpie pod górą. Rozglądam się. Naokoło mnie ogromna przestrzeń – ziemia, woda, powietrze. Przepiękny widok na całą okolicę. Odruchowo wykopuje spod nóg kamienie, które mogłyby przeszkadzać w spaniu. Sprawdzam czy ziemia nie jest mokra. Chyba już podjąłem decyzję. Worek z namiotem ląduje na ziemi. Po 5 minutach jestem rozstawiony. Kiedy wszystko jest przygotowane, rozkładam jedzenie i jem kolacje z widokiem na dolinę Pjursy, rozlewiska, zielone klify i wzgórza. Pode mną ruiny jakiegoś starego domu i pusta droga. Nade mną wzgórze na którym pasą się owce. Wokół mnie tylko szumi wiatr. Jest późno, jestem zmęczony, ale słońce znowu oszukuje mój organizm. Wcale nie chce mi się spać. Jednak próbuję. Kiedy kładę się, czuję odurzający zapach ziół i kwiatów, które rosną wokół mojego namiotu. To chyba pomaga…


Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie


Dodaj Komentarz

Komentarze (7)

jasiek1212 4 sierpnia 2016 08:28 Odpowiedz
Super relacja, bardzo ładne zdjęcia. Inspirująco :)
adamek 4 sierpnia 2016 09:52 Odpowiedz
jasiek1212Super relacja, bardzo ładne zdjęcia. Inspirująco :)
to kupuj bilety i leć, dopóki jest w miarę ciepło! :)
podbijacz-serc 6 sierpnia 2016 00:02 Odpowiedz
Witam serdecznie! Mógłbym prosić o maila w celu kilku pytań? Pozdrawiam!
adamek 7 sierpnia 2016 16:45 Odpowiedz
podbijacz-sercWitam serdecznie! Mógłbym prosić o maila w celu kilku pytań? Pozdrawiam!
hej, pisz przez wiadomości na F4F :) pozdr!
podbijacz-serc 7 sierpnia 2016 18:00 Odpowiedz
Niestety wcześniej nie udzielałem się na portalu, więc nie mogę napisać Tobie wiadomości na whisp. Kocham podróże, a wnioskując z tekstu powyżej, Ty z pewnością też. Chciałem zapytać o loty, a dokładnie o skuteczne ich wyszukiwanie ;)
jollka 28 sierpnia 2016 14:42 Odpowiedz
Ciekawa podróż, tylko ta pogoda :)
adamek 29 sierpnia 2016 09:44 Odpowiedz
jollkaCiekawa podróż, tylko ta pogoda :)
pogoda super, przecież prawie nie padało :)