+8
adamek 22 marca 2016 00:41


Ósma rano. Koniec świata. Wychodzę z międzynarodowego portu lotniczego Ushuaia. To że tu się w ogóle znalazłem to w sumie przypadek. Głupi i niewiarygodnie szczęśliwy. Dziewięć godzin wcześniej kładłem się spać na lotnisku Jorge Newbery w Buenos Aires. Lot był o 4:45. Budzik nastawiłem na 3:30, aby spokojnie nadać bagaż i zdążyć na samolot. Budzik nie zadzwonił. O 4:00 obudził mnie przypadkiem snujący się woźny. Jedno chrząknięcie. Mój anioł stróż. Gdybym mógł go wyściskać. Podziękować mu za to. Nie zdążyłem. Odbyłem najszybszy w życiu bieg z przeszkodami przez całe lotnisko, z plecakiem i po omacku – bez soczewek na oczach. Wybłagałem u pani na stanowisku LAN, żeby mnie jeszcze odprawiła. Udało się lecę. Gdyby nie mój woźny – stróż, nie byłoby tej przygody.



Koniec świata. Kraniec Ziemi Ognistej. Najodleglejsza część Patagonii. Sam koniec Ameryki Południowej. Najdalej wysunięte na południe miasto na świecie. To właśnie tu jestem. To ma być moja wielka przygoda. Kilkudniowa samotna wędrówka po Andach Ziemi Ognistej. Ta niesamowita kraina wita mnie powalającym widokiem ostrych szczytów górujących nad smaganym wiatrem kanałem Beagle. Surowy klimat: chłodne, wilgotne powietrze, ciemne gołe skały, pokryte śniegiem, niespokojna, spieniona woda. Czuję, że jestem daleko od domu. Najdalej. Dalej jest już tylko Antarktyda. To dziwne, bo Ushuaia leży na szerokości geograficznej zbliżonej do Gdańska, tyle, że na półkuli południowej. Bliskość Antarktydy, ogromne masy wód dwóch oceanów robią swoje.



Ushuaia to miasteczko. To chyba najdalej wysunięte na południe centrum turystyczne. Wesołe miasteczko, żyjące z tysięcy ludzi przybywających tu aby popłynąć na wycieczkę na Antarktydę za grube tysiące dolarów, zwiedzić park Tierra del Fuego, lub po prostu zrobić sobie zdjęcie z tabliczką Fin del Mundo (koniec świata). Wizyta tutaj oznacza ciągły odpływ pieniędzy. To, tamto, siamto. Ceny są z kosmosu. Wycieczki, jedzenie, pamiątki. Samo miejsce jest przepiękne. Byle jakie domki, kompletne pomieszanie stylów, kolorów, materiałów, ogólny rozgardiasz. Do tego protesty związków zawodowych, blokady ulic, obozy strajkujących. Wszystko to wciśnięte w absolutnie obłędną scenerię Ziemi Ognistej – góry, morze, wiatr oraz nieśmiało świecące zza chmur słońce.



Ja jestem tu tylko na jeden dzień. Mój plan to przygotowanie się do trekkingu, uzupełnienie zapasów i zarejestrowanie się, że jutro wyruszam na szlak, żeby w razie czego ktoś mnie szukał. Moja przygoda to Sierra Valdivieso Circuit. Znalazłem go przypadkiem gdzieś w Internecie. Przeczytałem całe dwie relacje ze szlaku. Jedyny rzetelny opis przejścia znajdował się w wydawnictwie Lonely Planet Trekking in the Patagonian Andes, które od wielu lat było niedostępne. Zupełnie przypadkiem dotarłem do Radka z bloga www.bognairadek.pl, który pożyczył mi upragniony rozdział i polecił mapę. W zasadzie uratował mi życie – okazał się kolejnym moim aniołem stróżem. W opisie szlaku pojawiają się takie określenia jak „unmarked little-trodden route”, „rugged, challenging country”, „self-reliant parites with good navigational skills”, „highly erratic weather”. Słowem to cholernie trudny, otwarty szlak. To 50-cio kilometrowa przygoda na 4-5 dni.



Na przygotowania poświęcam cały dzień. Zapasy uzupełniam w pobliskim sklepie. Próbuje wyciągnąć informacje na temat szlaku, pogody i warunków z każdej możliwej strony. Problem w tym, że mało kto z miejscowych o tym szlaku słyszał. A jeżeli już, to mówią, że jest trudny i lepiej wybrać się na jednodniową wycieczkę do pobliskiej Laguna Esmeralda. Jestem już prawie gotowy. Brakuje mi tylko jednego – kartuszy z gazem. Mam kuchenkę, ale jest niedziela – większość sklepów jest zamknięta a w tych otwartych są inne niż kuchenka. Oswoiłem się już z myślą, że nie będę miał opcji awaryjnej w postaci gazu. Będę musiał w 100% polegać na ognisku.



Poniedziałek 8:00 rano. Jestem gotów. Spakowany, przygotowany na wszystko. Kiedy schodzę już na dół do drzwi, moją uwagę w kuchni przykuwa nieduża niebieska bryła kryjąca się nieśmiało za stertą torebek na półce z napisem "free stuff”. Błysk w oku. Nie wierzę. To uczucie, kiedy wygrywasz. To kartusz. Dokładnie taki jakiego szukałem! Do połowy pełny. Wystarczy na 2-3 posiłki. Wczoraj go tu nie było. Przypadek? Nie sądzę. Zostawił go kolejny anioł stróż. Sprawdzam szybko czy pasuje, pakuję go do plecaka i szczęśliwy ruszam w drogę.



Szlak zaczyna się 16 km za miastem. Nie ma regularnego transportu, więc decyduję się na stopa. Zupełnie nie wiem dlaczego. Nigdy nie łapałem stopa. Może wydaje mi się, że na takim odludziu auta się będą zatrzymywać. W sumie to dlaczego nie? Aby złapać stopa, najpierw muszę się wydostać z miasta. Idę więc 6 km do granicy miasta. Tam na Ruta Nacional 3 zaczynam machać na rzadko przejeżdżające samochody. Łapanie stopa w takim miejscu kojarzy mi się z brudnym pikapem z robotnikami lub myśliwym, który zatrzymuje się i mówi: wskakuj na pakę! Po kilku minutach zatrzymuje się Fabio – dwudziestokilkulatek w nowym Fordzie Fiesta. W dosłownie kilka minut wysadza mnie w miejscu gdzie zaczyna się szlak.



W zasadzie powinien zacząć się szlak. Kluczowe słowo, aby go znaleźć do „gasoducto” czyli gazociąg. Szlak zaczyna się dokładnie w miejscu, gdzie biegnąca wzdłuż drogi rura przechodzi pod jezdnią. Informują o tym żółte znaki „Peligro” po obu stronach drogi. Dzięki temu udaje mi się wskazać miejsce, gdzie ma mnie wyrzucić. Zaczynam więc wcześnie. Jest lepiej niż myślałem. Początek szlaku zaczyna się kilkanaście metrów od drogi, miejsce ma być zaznaczone żółtą farbą na pobliskim drzewie. Oczywiście niczego takiego nie znajduję. Rozprasza mnie przepiękny widok na ogromną dolinę, a w zasadzie połączenie kilku dolin, za którymi rozpościerają się kolejne łańcuchy gór. Wszystko to ginie w gęstym lesie, który zaraz za drogą pochłania wszystko naokoło.



Las pochłania także mnie. Nie mam pojęcia gdzie zaczyna się szlak. Wchodzę w las, szukam, błądzę. Według mapy powinienem się kierować starą drogą dla jeepów. Ląduję w gęstym, podmokłym lesie. Po 20 minutach błądzenia, skakania po powalonych drzewach, omijaniu kałuż i podmokłych łąk, docieram do rwącej Rio Esmeralda, której nie ma szans przeciąć. Idę wzdłuż jej nurtu dopóki mogę. Po chwili jednak nie jestem w stanie. Las robi się tak gęsty, rzeka ucieka w kanionie, wszędzie podmokła ziemia. Do tego jest koszmarnie wilgotno.



Wracam do drogi. Zmieniam całkowicie mokre ciuchy. Siadam, kilka głębokich oddechów, spokój. Próbuje jeszcze raz. Po 15 minutach kręcenia się, znajduje owe drzewo. Zaczynam od nowa. Czasami tak jest. Żeby zrobić krok naprzód, trzeba się cofnąć. W ten sposób zaczyna się moja nauka pokory. Nauka samego siebie.





Znajduję starą drogę dla 4x4. Docieram nią do miejsca, w którym da się po powalonych pniach przekroczyć tak niesforną kilkadziesiąt metrów dalej Rio Esmeralda. Dalej idę starym, mocno zapuszczonym duktem. Momentami przypomina to drogę dla jeepów. Coraz częściej jednak to grząski szlak, gdzie każdy fałszywy krok może kosztować błotną kąpiel. Coraz bardziej oddalając się od drogi – od resztek cywilizacji – coraz bardziej czuję się częścią tego świata. Las za mną kompletnie odcina to co zostawiłem. Tu nie ma nikogo. Jestem tylko ja – zdany na łaskę Ziemi Ognistej. Szlak, ze względu na trudność, jest mało popularny. Podobno w szczycie sezonu, chodzi tędy maksymalnie jedna grupa tygodniowo. W błocku dostrzegam ledwo widoczne ślady, zapewne sprzed kilku dni. Więc nie jestem tu sam.



Docieram do polany. Tak mi się przynajmniej wydaje. Polana okazuje się być podmokłym wrzosowiskiem. Ten typ roślinności nazywa się tu turbal. To coś w rodzaju gigantycznych, rudawych mchów, nasiąkniętych wodą. Chodzenie przez taką polanę oznacza zapadanie się po kolana w mokrej gąbce, która szczelnie otula nogi. Przypominam sobie opisy tej trasy. We wszystkich pojawiał się fragment, że buty są suche przez pierwsza godzinę. Potem trzeba o nich zapomnieć na 4 dni. Plusem jest to, ze wychodzę z gęstego lasu. Tutaj czuć przestrzeń. Zza drzew ukazują się szczyty otaczające dolinę ze wszystkich stron. Pogoda jest zupełnie nieokreślona. Niby nie pada, ale jakby się zbierało. Czuć niesamowitą wilgoć w powietrzu. Niby niebo spowijają gęste, ciężkie chmury, ale jednak jakby czuje słońce, które gdzieś tam się za nimi skrada.





Droga zaczyna się powoli wspinać pod górę. Mijam kolejne lasy i polany. Czyha na mnie coraz więcej pułapek. Według opisu mam podążać starą drogą 4x4. Z tego co widzę, jedynymi pojazdami jakie mogłyby tu dotrzeć, są ścigacze imperium z „Powrotu Jedi”. Nic tu nie jest w chyba w stanie dotrzeć, może jakieś naprawdę dobre quady. Tylko jak zabrać do nich wystarczająco dużo paliwa. Trafiam na pierwsze ślady bobrów – bohaterów i czarnych charakterów tego szlaku. To ich działalność przyczyniła się w dużej mierze do tego, że szlak jest taki trudny. Sprowadzone w XIX wieku z Kanady rozpleniły się po okolicy. Nie maja tu naturalnych wrogów, wiec szybko stały się szkodnikami. Budowane przez nich tamy skutkują tym, że okolice są permanentnie podmokłe lub wręcz zalane.





Po półtorej godziny marszu docieram do jedynego śladu cywilizacji na całym szlaku – Refugio Bonete. To domek, w którym według planu nocuje się na szlaku pierwszą noc. Jest tu piecyk – koza, łóżko na piętrze, kuchnia, jakieś zapasy. To przede wszystkim przepiękne miejsce na kraju lasu, u podnóża góry Bonete. Jest dopiero 13:00 więc nocowanie tu odpada. Nie rozumiem dlaczego to tutaj ma być nocleg. Po niecałych dwóch godzinach dość łatwego marszu. Może w zamyśle jest dozowanie tego piękna. Może za bardzo chcę więcej. Stąd rozpościera się oszałamiający widok na okolicę. Aż chce się tu zwyczajnie przysiąść i popatrzeć. Wystarczy kilka kroków, aby podziwiać przepiękną dolinę rzeki Beban. Na pewno to doskonałe miejsce na obiad.





Widoki są tak piękne, że z trudem udaje mi się w ogóle zjeść. Patrząc naokoło, trudno trafić ręką do ust. Trudno nawet powiedzieć, że czułem jakiś głód. W takich okolicznościach przyrody uczucie łaknienia chyba się zupełnie wyłącza. Człowiek w ogóle nie myśli o jedzeniu. Liczy się to co jest naokoło. Jakbyśmy energię czerpali z tego co nas otacza. Chłoniemy góry, lasy, strumienie, powietrze, chmury. Ruszam więc dalej. Od tego momentu droga się zmienia. Szlak jest otwarty. Tu już nie ma ścieżki, po której mam iść. Tutaj idę przed siebie. Szlak pozostawia dowolność. Liczy się wyobraźnia i przede wszystkim orientacja. Nie ma drogi jak po sznureczku, od znaku do znaku, od kupki kamieni do następnej. Te zdarzają się, owszem, ale wyjątkowo rzadko. Tutaj do gry wkracza kompas, mapa i punkty orientacyjne.





Tak więc, początkowo punktem nawigacyjnym jest góra Punta Navidad, na którą idę przez kolejny podmokły turbal, starając się omijać zamaskowane kałuże i oczka wodne. Następnie idę po kompasie na północny zachód w głąb doliny. Tylko tyle. Problem w tym, że co i raz pojawiają się przeszkody. Po podmokłych wrzosowiskach, pojawia się meandrująca rzeka i kolejne bobrze rozlewiska. Znowu kilka kroków naprzód. Kilka do tyłu. Sprawdzanie podłoża, szukanie przejścia przez rzekę. Skakanie z kępy gęstych krzaków na drugą. Omijanie oczek wodnych i kałuż. Staram się odnaleźć szlak. Idę przed siebie, staram się zdawać na intuicję. Początkowo jestem nieco zdezorientowany. Niby droga prosta a jednak. Szlakiem jest tu to co zostawi po sobie osoba, która szła przed tobą. Czyli niewiele. Cały czas się rozglądam. Zapominam o znakach. Mapę mam w głowie, kompas w kieszenie. Idę wzdłuż doliny.





Żeby znaleźć drogę wytężam zmysły. Otwieram się na przyrodę. Obserwuję. Szukam jakichkolwiek śladów. Rzeczy, na które nigdy przedtem nie zwracałem uwagi. Wgnieciona trawa, złamany krzak, ślady na błocie. Zauważam, że idzie mi coraz lepiej. Mam wrażenie, że z mieszczucha powoli zamieniam się w dzikusa. Zaczynam rozróżniać rodzaje błota. Gładkie i błyszczące jest twardsze i płytsze niż to matowe i pomarszczone. To najciemniejsze jest najgorsze. Uczę się po których krzakach można skakać, bo są na tyle twarde, żeby mnie utrzymać. Rozpoznaje już te małymi kolcami ukrytymi pod liśćmi. Poznaje po kolorze kępy trawy po których można przechodzić przez bagno jak po kamieniach.





Bycie kompletnie samemu w tak dzikim i odludnym miejscu jest niesamowitą szkołą życia. Przede wszystkim będąc kompletnie sam na sam, człowiek uczy się czuć komfortowo w swoim towarzystwie. To ważne i nie takie oczywiste. Ludzie zazwyczaj nie maja okazji doświadczać samego siebie z taką intensywnością. W takiej sytuacji możemy się wiele dowiedzieć o sobie. Nic nie mówiąc, tylko czując. W ekspresowym tempie człowiek uczy się także zaufania do samego siebie. Każda, najmniejsza decyzja oznacza stuprocentową odpowiedzialność za nasz los. Jeżeli popełniamy błąd, nie możemy nikogo za to winić. Jesteśmy tylko my. To także lekcja pokory. Sprawdzamy siebie, odkrywamy i oceniamy.





Pokonuję ogromne rozlewisko, kolejne bobrze tamy i docieram do ogromnego zniszczonego lasu. wygląda jak nawiedzony przez wszystkie możliwe żywioły. Po części podtopiony, po części powalony przez huraganowy wiatr. Gdzie indziej jeszcze strawiony przez ogień. Znowu błądzenie od zatopionych łąk po strome zbocze usiane ogromnymi, powalonymi konarami drzew. Mijam wodospady, lasy, jeszcze więcej łąk i nieskończonych pól kłujących krzewów. Widzę już koniec doliny. Kieruję się na Monte Falso Carbajal i spływający z niej lodowiec. Teraz moja droga to wybór pomiędzy podmokłą łąką a sięgającymi do pasa krzakami – w zasadzie nie do przejścia. Błądzę więc podchodząc i schodząc co i raz po zboczu, starając się omijać co gorsze odcinki.



Niedaleko przed końcem doliny, no rozwidleniu rzeki, mapa każe mi odbić na zachód do kolejnej doliny. Przecinam więc niewielką przełęcz i ląduje w sąsiedniej dolinie, idąc dalej wzdłuż rzeki Beban. Z oddali dostrzegam niewielkie kępki lasu oraz porozrzucane wokół rzeki głazy narzutowe. Tam według przewodnika są osłonięte miejsca, w których można rozbić obóz. To mniej więcej połowa drugiego dnia marszu. Miejsce wygląda tyle obiecująco co magicznie. Poza tym jestem już dość zmęczony, zaczyna się robić chłodno i zanosi na deszcz. To dobry moment na rozbicie obozu. Przez myśl mi jeszcze przeszło forsowanie przełęczy Paso Beban, która była przede mną, ale zbierające chmury odwiodły mnie od tego głupiego pomysłu.




Rozbijam namiot, rozpalam ognisko, siadam przy nim. Wreszcie mogę zdjąć buty, które stawały się powoli częścią mojego ciała. Nie czułem jak były mokre, dopóki miałem je na nogach. Teraz mogę je wysuszyć przy ognisku. Mogę uwolnić się ze skorupy ubrań. Ogrzewać gołe stopy przy ognisku. Łapczywie popijam herbatę o magicznym aromacie dymu miejscowego drzewa lenga czyli buku południowego. Ma w sobie coś z natury. Coś dzikiego. Piekielnie mocna i piekielnie gorąca. Menażka parzy w usta, jednocześnie życiodajny, bursztynowy płyn napełnia mnie przyjemnym ciepłem. Teraz zaczynam czuć głód. Naprędce zjedzone w ciągu dnia kanapki i batony, mój organizm dawno zamienił na energię. Teraz czas na ucztę.





Na ruszt wjeżdżają gorące grzanki z żółtym serem i szynką. Palone na ognisku, bosko stopione, przyrumienione, o zapachu dymu. Pochłaniam je bez opamiętania. Potem łyżka i opakowanie boskiego dulce de leche, które mógłbym jeść aż do zemdlenia. Siedzę tak sobie przy ognisku i patrzę jak dolinę stopniowo pochłaniają schodzące z gór chmury. Biały, gęsty puch przedziera się powoli przez szczyty i przełęcz Beban i zalewa dolinę. Myślę o tym co mnie spotkało. O ludziach. O szczęściu. Podczas tej wyprawy uwierzyłem w szczęście. I w ludzi. W to, że ci niepozorni mogą przynieść nam szczęście. Przypadkowe spotkania, krótkie chwile, małe gesty, które wpłynęły na moją przygodę i sprawiły, że w ogóle doszła do skutku. Radek, który ot tak pożyczył mi opis szlaku, woźny na lotnisku, ktoś od kartusza, zupełnie niestereotypowy Fabio, który mnie podwiózł…



W końcu chmury ogarnęły całą dolinę. Na zmianę wiał wiatr i zaczął padać deszcz. Wkrótce potem było już jedno i drugie. Buty na szczęście zdążyły wyschnąć. Namiot, wbrew wszelkim zasadom, rozłożony pod gęstymi drzewami lenga, miał mnie ochronić przed deszczem i wiatrem. Schowałem się więc w nim i przygotowałem na chłodną noc. Wokół mnie słychać było szum wiatru, szelest drzew i delikatne pyknięcia kropli deszczu rozbijających się o namiot. Nadchodziła noc. Byłem sam. Tylko ja i Andy Ziemi Ognistej. Pierwsza noc na szlaku dopadła mnie znienacka. Bosko zmęczony, po prostu odpłynąłem.


Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie


Dodaj Komentarz

Komentarze (5)

ewaolivka 22 marca 2016 17:34 Odpowiedz
Jesteś prawdziwym Podróżnikiem! Wielki szacunek za to. Zdjęcia piękne :)
dawids 22 marca 2016 20:20 Odpowiedz
gdzie kolejny wyjazd? Himalaje :P?
adamek 23 marca 2016 09:46 Odpowiedz
dawidsgdzie kolejny wyjazd? Himalaje :P?
Himalaje są w planach, ale raczej odległych. Na razie Kaukaz :)
don-bartoss 24 marca 2016 19:55 Odpowiedz
Klasa. Nic dodać, nic ująć. Uwielbiam, UWIELBIAM, takie klimaty. Idę czytać dalej bo widzę, że jest 2. część.
adamek 25 marca 2016 11:31 Odpowiedz
don-bartossKlasa. Nic dodać, nic ująć. Uwielbiam, UWIELBIAM, takie klimaty. Idę czytać dalej bo widzę, że jest 2. część.
hehe, rozumiemy się. Klimaty NAJLEPSZE :)