+12
adamek 29 grudnia 2015 01:21


Palawan to przede wszystkim woda. To przepiękne wyspy, plaże, rafa. Przez cztery dni dosłownie upajałem się wodą w każdej możliwej postaci. Były rejsy na wyspy, był kajak, snorkling, spacery po plaży, brodzenie w szmaragdowej wodzie. Czułem jednak, że ta wyspa to coś jeszcze. Że oprócz tego wygładzonego i wypacykowanego raju dla turystów i podróżników z całego świata, jest jeszcze prawdziwa wyspa. Bez barów z karaoke. Bez pizzy i spaghetti carbonara i sałatki cesarskiej.



Najlepszym sposobem, żeby odkryć wyspę – chociaż trochę – będzie własny środek lokomocji. Najlepszy jest oczywiście motor. Myśl o jeździe jednośladem po wyspie napawała mnie nieco przerażeniem. Moje jedyne doświadczenie to skuter na południu Francji. Tu znajduję Hondę XRM, czyli najprostszą 125-tke – u nas dostępną bez konieczności posiadania prawa jazdy kategorii B. teoretycznie więc każdy rozumny człowiek może tym pojechać. Przy wypożyczaniu, stary Australijczyk ostrzega mnie: „tutaj ludzie jeżdżą jak chcą, nie używają kierunkowskazów, trąbią na wszystko, na drodze jest pełno psów. Po prostu uważaj jak cholera. I cały czas trąb.” Był przekonywający. A ja byłem przerażony.



Ale przygoda czekała. Motor rusza. Na początku sam. Okiełznanie tego niepozornego malucha zajmuje mi chwilę. Po kilkunastu minutach prawdziwego przerażenia, jestem wolny. Czuję, że wyspa należy do mnie. Mogę pojechać gdzie chcę, kiedy chcę i jak chcę. Dostaję oczywiście instrukcje jak dostać się do Nacpan Beach. Tu jadą wszyscy, którzy pożyczają skuter. Ja zamierzam zwiedzić północną część wyspy. Nie mam planów. Chcę się zwyczajnie zgubić. I odnaleźć gdzieś, gdzie będę mógł się znowu zgubić. I tak w kółko. Chcę korzystać z mojej wolności. Chcę się cieszyć wyspą. A przynajmniej jej maleńką częścią.



Wnętrze wyspy to przede wszystkim pola ryżowe przeplatane górami i pagórkami. Dookoła pół rozsiane są pojedyncze domki z bambusa. Wszędzie też rosną przepiękne i zgrabne palmy kokosowe i ociężałe bananowce. Poza główną – utwardzona drogą, po wyspie poruszać się można jedynie po umownie ubitych traktach. Z powodu ciągłych ulew (a przynajmniej w porze deszczowej), powierzchnia przypomina tarkę. Jeżdżenie po tym na motorku to ma-sa-kra. Tyłek boli już po 15 minutach. I nic się nie da z tym zrobić. Nie da się tego ominąć, objechać. Trzeba cierpieć. Uważając przy tym, żeby się nie wywalić. Wiele osób narzekało na stan dróg na Palawanie i na to w jak tragiczny i przykry sposób kończyły się ich wycieczki motorowe.



Po zjechaniu z głównej drogi, przenoszę się do innego świata. Cofam się w czasie. Tu nie ma już samochodów, nie ma barów, naganiaczy, kolorowych straganów z pamiątkami. W mijanych wioskach natrafiam co najwyżej na malutkie kioski, w których do kupienia oprócz benzyny w butelkach po Fancie jest piwo, woda, jakieś kolorowe napoje gazowane i różnorakie przekąski: od ciasteczek po chipsy. Co chwila mijam rolników poganiających swoje bawoły. Zwierzęta ciągną pługi. Ludzie są przyjaźni, uśmiechają się. Mijane dzieci skaczą, machają, krzyczą radośnie. Filipińska wieś. Mieszkańcy zdają się żyć prosto i ubogo, ale radośnie. Na ich twarzach nie widać, żalu. Widać cholernie ciężką pracę. U wszystkich – tych starszych, ale także i młodszych.





Oczywiście przejechałem zjazd na Nacpan, nawet tego nie zauważając. Jadę dalej na północ. Otoczenie zmienia się nie do poznania. Droga pnie się w górę. Silnik w mojej 125-tce rzęzi coraz głośniej, ciągła zmiana biegów robi się coraz bardziej uciążliwa. Z czasem jednak odkrywam w tym niesamowitą frajdę. Droga przecina coraz gęstszy las. Teraz jestem w prawdziwym lesie tropikalnym. Zieleń. Tyle niesamowitej, soczystej zieleni daje nie lada ukojenie po głębokim błękicie oceanu, po szmaragdowych wodach rafy, po złocie plaż. To po prostu miła odmiana. Zieleń dzisiaj wygrywa. Przynajmniej przez chwilę.



Po wjechaniu na górę, droga jak na złość stromo zjeżdża w dół. I znowu rzężenie silnika, znowu wachlowanie lewą noga i zmiana biegów. Ale to nic. Widzę jakiś znak. „Duli Beach” i strzałka. Więc jadę za strzałką. Czuję się jak w cyrku. Na arenie. Droga zamienia się w prawdziwy tor przeszkód. Błoto i korzenie na dzień dobry. Zaraz potem wąziutka kładka. Na zabłoconych oponach – cud miód po prostu. Korzenie. Jeszcze więcej korzeni. Potem już tylko wąska na jakiś metr droga między płotami z drutu kolczastego. Wystające pnie, dużo piachu i ląduję na Duli Beach. Co by nie mówić – warto było!



Znajduje się na rozległej plaży. Wokół, ani żywej duszy. Ogromne połacie gładziutkiego wilgotnego piasku przechodzą w lustrzaną taflę wody. Tak płynnie i tak idealnie, że nie wiem gdzie kończy się plaża a gdzie zaczyna ocean. Piasek zjadają wijące się dziesiątkami metrów, zielone pnącza przechodzące w regularną trawę. Dalej plaża odcięta jest lasem nieregularnie posadzonych palm kokosowych. Czyjeś podwórko. Krzywo zbity płot. Niewielki domek z bambusa, pokryty palmową strzechą. W „ogródku” jeszcze więcej palm kokosowych, papaje, dalej z tyłu bananowce. Wszędzie walają się jakieś graty – stary silnik, rama od motoru. Na plaży leży mała łódka. Całość tworzy niesamowity obraz. Siadam na gorącym piasku pomiędzy rozgrzebanymi szuwarami i chłonę.



To miejsce, w którym można spędzić kawał czasu. zwyczajnie siedzę, patrzę, oddycham, co chwila odganiam robaki, które na mnie wchodzą. To przepiękne, odludne miejsce. Ja chcę więcej. Po jakiejś godzinie jadę dalej na północ. Las się przerzedza. Kolejna górka i zjazd w dół, do maleńkiej wioski Verde Safari. Kilkanaście domów z bambusa, kolejny maleńki kiosk. Dużo palm. Tutaj są już same palmy. Jest coraz goręcej. Południe. Z nieba leje się żar. Prawdziwy ogień. Nie pomaga delikatna bryza wiejąca od morza. Droga na plaże to ponowna walka z korzeniami, pniakami, piachem, drutem kolczastym, błotem i koleinami – w różnej kombinacji.







Jeżeli Duli beach to piękna plaża, to Verde Safari jest PRZE piękna. PRZE w każdym tego słowa znaczeniu. Oczywiście nie jest to plaża w stylu kurortowym – biały piasek, leżaki, parasole i cała infrastruktura. Verde Safari to lokalna wioskowa plaża. Miejscowy plac zabaw dla dzieci, przystań dla łódek. Na szczęście – jeszcze nie śmietnik. Jedyne śmieci jakie tu widać pochodzą z morza. Niestety jest ich sporo, ale doskonale maskują je zielone pnącza okalające plażę. Jest w tym miejscu coś magicznego. Jego cisza i spokój. Jego własne tempo. Tutaj nie chce się nic. Takie błogie lenistwo wzmaga upał. Rozkładam się na plaży i chłonę życie, które mnie otacza. Małe dziewczynki bawiące się przy łódkach pozostawionych na brzegu





Jest coś w takich opuszczonych łodziach. Jakieś tajemnicze piękno. Nie wiem dlaczego, ale nie mogę oderwać wzroku od łodzi. Jeszcze więcej magii mają te roztrzaskane, stare, zapewne porzucone, zjadane stopniowo przez zielone pnącza. Pomimo powolnego, stopniowego rozkładu, wydają się zachowywać godność i dostojność. A to przecież zwykłe łodzie. Miejscowi tak pewnie nie myślą. To ich życie. Ich utrzymanie. Inna scena – dwóch brzdąców z siecią. Ida do wody, zarzucają sieci, po chwili je wyjmują. Siedzą na piasku i wyciągają małe rybki do wiadra. Po skończonej pracy, wracają weseli do wioski. Ganiają się, śmieją, krzyczą. Uwielbiam patrzeć na życie. Na ludzi. Co robią, jak żyją. Nikt zdaje się nie zwracać na mnie uwagi. Widzę, że są ciekawi, ale nie podchodzą, nie zaczepiają. Dzieci machają, uśmiechają się. Mogę tak na to patrzeć godzinami.



Spędzam na Safari Verde kilka ładnych godzin. Jestem z dala od całego świata. Tutaj nie ma śladu turystów, Europejczyków, żadnych przyjezdnych. Ledwo tu można trafić na ludzi z wioski! Wyjątkowość tego miejsca to oczywiście jego niezaprzeczalne piękno. to także jego niedostępność dla przeciętnego turysty. Żeby się tu dostać, trzeba się tłuc godzinę na motorze po drodze o nawierzchni tak złej, że najlepiej poruszać się tu konno. Tricykl tu nie dojedzie. Do tego upał, kurz, pot, słońce. Nie ma sklepów. Wszystko nie tak. A może jednak? To miejsce to nagroda. Dla tych, którzy nie zadowalają się tym co podane na tacy. Nie łykają łapczywie tej drobnej mielonki dla turystów. Dla tych, którzy cały czas szukają. Chcą więcej. Chcą poznać innych. Dostrzec prawdziwe piękno tego miejsca. I nie boja się spocić, przypalić czy pokiereszować. Dla podróżników!





Jadę z powrotem na południe. Podróż motorem nie przebiega tak szybko jak myślałem i nie zdążę dojechać na północny czubek wyspy i wrócić. A chcę spędzić trochę czasu w mijanych miejscach. Docieram do osiedla Barangay Bucana. To największe skupisko w tej części wyspy. Dojeżdża tu nawet jeepney. Tym niemniej to nadal skupisko domków z bambusa – tyle że już kilkudziesięciu, szkoły kilku małych sklepów. Wioska tętni życiem. Wszystko się rusza. Ludzie pracują na podwórkach, przy budowach i remontach swoich domów. Wszędzie słychać stukanie i pukanie. Jadę wzdłuż wsi aż do samego nabrzeża i chyba wywołuję sensację, bo kiedy się zbliżam, ludzie przerywają pracę i zaczynają mnie obserwować „kto to jest”, „co tu robi”, „po co”. Czyli robią ze mną dokładnie to co ja chciałem zrobić z nimi. Tu chyba nie mam szans na obserwowanie czyjegoś życia.





Wioska okazuje się jak najbardziej potrzebna. Wskazówka poziomu paliwa już dawno przekroczyła czerwone pole rezerwy i zaczyna tulić się do literki E. Czas zatankować. Oczywiście nikt tu nie słyszał o stacji benzynowej – najbliższa, jest ukryta w El Nido 25 km stąd. Benzynę kupuje się tu w sklepach. Rozlana w butelki po napojach gazowanych lub te po najsłynniejszej filipińskiej brandy - Emperador. Może to głupie, ale wobec takiego wyboru nie mogłem się zdecydować, z czego nalać. Chciałem uraczyć mój motor najlepszym trunkiem. Pani sprzedająca była mocno zdziwiona moim wybieraniem i przebieraniem. Na mojej short-liście została Coca Cola, Fanta i właśnie Emperador. Wygrała Cola. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że zawsze miałem słabość do kształtu butelki. Benzyna okazała się czysta, pamiętałem o wyczyszczeniu szyjki butelki z farfocli przed tankowaniem. Mogę jechać dalej.



Chcę jeszcze sprawdzić ową sławną Nacpan Beach. Zrozumieć dlaczego wszyscy przyjeżdżają właśnie tu. Czy to na motorze, czy tricyklami. Droga prowadzi przez wsie i pola ryżowe. Żeby się dostać na plażę, trzeba być spostrzegawczym. Droga odbija nagle, jest znak, ale średnio widoczny. Ostatni odcinek przed Nacpan, to znowu kilka kilometrów po błocie, piachu, korzeniach, kamieniach i wszystkim co naprawdę po trafi obrzydzić początkującym jazdę na motorze. Plaża od samego początku pachnie komercją. Już na wjeździe do wsi – przy jedynej drodze – stoi bramka, przy której pobierany jest haracz za wjazd na plażę. 50 PHP to nie majątek, ale sam fakt, że za wstęp na plażę trzeba płacić, budzi we mnie mieszane uczucia. Szczególnie po tym gdzie dziś byłem i co widziałem.





Plaża jest oczywiście piękna. Gładki, drobny piasek. Rząd przepięknych palm kokosowych. Idealna sceneria do leniuchowania i opalania. Obok wiaty ze stolikami i ławkami. Oczywiście do wynajęcia. Dalej bar serwujący kolorowe drinki oraz przekąski na kieszeń i gust gości z Europy, Ameryki i Australii. Uciążliwym elementem są też dzieciaki, które oferują wszystkim pilnowanie motorów. Niezależnie od tego czy ktoś zapłaci 20 PHP czy nie, bawią się na wszystkich motocyklach, bez wyjątku. Co i raz przegania je jakiś sfrustrowany turysta, który obawia się o wypożyczony motor. Pomijam komercyjna oprawę plaży, która jest i tak – w porównaniu z El Nido – bardzo subtelna i zwyczajnie padam z całym moim straganem na gładziutkim piasku. Cały dzień jeżdżenia trochę mnie zmęczył, jest już około 14, mam ochotę się wyleżeć, jeszcze bardziej opalić i wymoczyć w wodzie aż pomarszczy mi się skóra na dłoniach. Tak! O tym właśnie marzyłem!





Tak też robię. Plaża jest bardzo przyjemna. Jest na niej niedużo ludzi. Swoje robi odległość od El Nido i fakt, że żeby się tu dostać, trzeba wynająć motor lub wziąć tricykl. W obu przypadkach dotarcie tu, po przeszło pół godziny wytrząsania. Może to zniechęca ludzi. W sumie to dobrze. Dzięki temu plaża jest nadal kameralna i czysta. Spędzam tu prawie godzinę leżąc i prażąc się w popołudniowym słońcu. Dla osoby z takim ADHD jak ja, to prawdziwy wyczyn. Postanawiam się wymoczyć w ciepłym oceanie za wszystkie czasy. Zwyczajnie kładę się w wodzie i po prostu leżę. Chciałbym móc powiedzieć, że się chłodzę, ale woda jest tak ciepła jak ja. Po ponad godzinie jestem przyjemnie zmęczony. Skóra na moich dłoniach jest pomarszczona od wody. Przypomina mi się dzieciństwo, kiedy mogłem się kąpać w ukochanym Jezioraku godzinami. nie zważając na lodowato zimną wodę. Brakowało mi tego uczucia. Tego widoku – śladu dzieciństwa.





Na koniec spotykam na plaży Jekaterinę – rosyjska siatkarkę, z którą dzień wcześniej byliśmy na łódce. Przyjechała tu tricyklem. Proponuję, że ją zawiozę z powrotem na motorze, ale panicznie boi się jeździć jako pasażer. W sumie się nie dziwię – sam byłem przerażony trzy dni wcześniej kiedy miejscowy chłopak wiózł mnie 2km z Corong do El Nido. Zbieram się powoli, przede mną jeszcze pół godziny jazdy do miasteczka. Wracam dumny z siebie. W kilka godzin nauczyłem się jeździć na motorze. Z porannej jednośladowej łamagi stałem się w miarę normalnym uczestnikiem nienormalnego filipińskiego ruchu. Potrafiłem już wyprzedzać, odkryłem, że za dwójka jest trójka i czwórka. No i ten klakson. Słyszałem go cały czas. Na kciuku zrobił mi się aż odcisk od wciskania „trąbki”. Przede wszystkim udało mi się nie skrzywdzić. Siebie ani nikogo. Wracam bogatszy o nową umiejętność.



Wracam do Corong i oddaję skuter. Lecę na plażę. Jak co wieczór siedzę tu i patrzę na powoli zniżające się słońca. Na łódki leniwie kołyszące się na wodzie. Myślę o tym co zobaczyłem. Co poczułem. Ta mała żółta pyrkawka dała mi wolność. Dzięki niej miałem okazję dotrzeć w miejsca, o których większość przybywających tu ludzi nawet nie słyszała. Mogłem upajać się samotnością na przepięknej odludnej plaży. Byłem tylko ja, morze, palmy i łodzie porozrzucane na piasku. Nie było barów ani leżaków z parasolami. Były Filipiny. Prawdziwe, niekomercyjne, nieudawane. Byli ludzie. Z krwi i kości. Żyli jak co dzień. pozwolili mi uszczknąć trochę ich życia. Zobaczyć, poczuć, zabrać ze sobą do domu. Bez tego dnia, mój pobyt na Palawanie nie byłby pełny.




Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie


Dodaj Komentarz

Komentarze (5)

lubietenstan 29 grudnia 2015 11:04 Odpowiedz
zdj nr 5 miazga! :)
yaacek 4 stycznia 2016 22:02 Odpowiedz
hej spalem w nacpan beach. zadnego haraczu za wjazd zadnego haraczu dla dzieciakow. raczej miales pecha :) te plaze w corong, takie sobie, mnie nie powalily. ale zachod slonca ok moze dlatego , ze przyjechalismy z okolic san vincente, gdzie 4 kilometrowe, puste plaze nas oczarowaly. swietne forki i opis. duzo dobrej pracy.
mateusz-fafinski 16 stycznia 2016 19:28 Odpowiedz
Jaka cena wypożyczenia skutera na Palawanie?
adamek 16 stycznia 2016 23:59 Odpowiedz
mateusz-fafinskiJaka cena wypożyczenia skutera na Palawanie?
500 PHP/dzien
cypel 17 stycznia 2016 22:09 Odpowiedz
adamek
mateusz-fafinskiJaka cena wypożyczenia skutera na Palawanie?
500 PHP/dzien
taka sama honda 125 w cliffside cottage kosztuje 400 PHP za dzień