+13
adamek 26 grudnia 2015 23:32


Kolejny dzień w El Nido. Gwarny poranek. jest parę minut po ósmej a miasteczko wydaje się tętnić życiem od dłuższego czasu. Wszędzie tricykle, słychać klaksony, pokrzykiwania, jednym słowem – życie. Niestety minusem jest ciągły smród spalin, który w tropikalnym klimacie jest jeszcze bardziej uciążliwy. Dlatego uciekam czym prędzej na nabrzeże z upolowanym śniadaniem – gorącym siopao, wypełnionym wieprzowiną w słodkim sosie (siopao to istna inicjacja. Każdy za pierwszym razem zjada je z papierkiem). Nabrzeże o tej porze to oaza spokoju. Tutaj jeszcze mało się dzieje. Ludzi jest mało, więcej kręci się psów. Tu można spokojnie usiąść na lekko jeszcze wilgotnym piasku i w spokoju zjeść śniadanie patrząc na strzelisty, porośnięty dżunglą klif El Nido i magiczną zatokę na wodach której unoszą się dziesiątki łodzi czekających na wypłynięcie.



Jedzenie. To jeden z tych momentów, kiedy warto zwolnić, wyciszyć się. Szczególnie śniadania. Jest w nich jakaś magia. To jak zaczynamy dzień, ma bez wątpienia wpływ na to co się stanie. Dlatego warto celebrować ten pierwszy – najważniejszy posiłek. To właśnie przy śniadaniu zawsze rozmyślam, próbuję zaplanować i ustalić co się danego dnia wydarzy. Gdzie pojadę, co zobaczę. Oczywiście rzadko kiedy cokolwiek z tego wychodzi – podróże to jeden wielki zbiór niespodzianek i zbiegów okoliczności – można planować, ale prawdziwą radochę przynosi to co nas zaskakuje i to czego nie przewidzieliśmy. I to jest piękne.



Nie musiałem się nawet spieszyć ze śniadaniem, bo tak jak myślałem, wycieczka wyruszyła spóźniona o jakieś 40 minut. Ale płyniemy. Dzisiaj Tour C – najdroższa ze wszystkich, ale najdalsza i chyba najładniejsza. Chociaż naprawdę trudno wybrać najlepszą z wycieczek. Najlepiej zaliczyć je wszystkie, na prywatnej łodzi oczywiście. Poprzednia wycieczka była spokojna – oprócz mnie na łodzi były dwie pary emerytów z Islandii i Japonii i para z Kanady. Tym razem trafiłem na wyluzowaną młodą parę z Tajwanu i trójkę Hiszpanów, którzy głośnością i prędkością mówienia zawstydziliby niejednego komentatora meczów Primera Division. Towarzyszy mi jeszcze rosyjska siatkarka Jekaterina, którą poznałem w Hostelu. Na łodzi jest głośno, ale wesoło.



Pierwszy przystanek to Dilumacad Island. Zwana także – ze względu na swój kształt - Helicopter Island. Mam dość dobrą wyobraźnię, helikopter, to dla mnie dość swobodne skojarzenie. Wyspa słynie z przepięknej, 300-metrowej plaży pokrytej idealnie gładkim białym piaskiem. Jest więc idealnym miejscem na piknik, opalanie lub po prostu leżenie i zachwycanie się rajskimi widokami naokoło. Przy brzegu pod szmaragdową taflą wody rozpościera się rafa. Niestety nie jest w najlepszym stanie, ale mimo to, bogactwo ryb zachwyca. Wszystkie możliwe kształty i kolory. Dla uważnych znajdzie się nawet maleńki Nemo.





Cieplutka słona woda i piękne widoki w połączeniu z przepiękną plażą i niemiłosiernym żarem lejącym się z nieba powoduje, że już po pół godzinie wszyscy są zmęczeni i rozleniwieni. To pierwszy przystanek a już wszyscy pytają o krem do opalania. Tutaj to produkt pierwszej potrzeby. Wiedzą o tym wszyscy, dlatego w sklepach przebitka na produktach do opalania jest co najmniej 50%. Każdy skrawek cienia jest na wagę złota. Jesteśmy na istnej patelni. Ja czuje się jak w niebie. Nigdy nie wierzyłem w środki do opalania i w to, że można się spalić. Do momentu, kiedy wylądowałem kiedyś w szpitalu i zrzuciłem warstwę skóry niczym wąż. Od tamtego czasu, zawsze mam dużo kremów z filtrem. W takich warunkach wodoodporną 30-stką trzeba się psikać co 20 minut. To ważne, szczególnie gdy tak piękne miejsce nie sprzyja koncentracji.



Płyniemy dalej, do odległej Matinloc Island i Tapituan Island. Reszta wycieczki to pływanie wzdłuż tych dwóch wysp, m.in. w przesmyku pomiędzy nimi. Droga na wyspy prowadzi przez konkretniejsze, otwarte już wody. Łódź coraz bardziej się buja i kołysze na falach. Załoga łodzi na szczęście wczuła się w wesoły klimat pasażerów i przymykając oczy na kwestie bezpieczeństwa, pozwala nam chodzić po pokładzie, aby lepiej widzieć mijane wyspy. Kwestie bezpieczeństwa są tu generalnie traktowane z lekkim przymrużeniem oka. Na szczęście jesteśmy niedaleko brzegu, więc nie ma czego się obawiać.



Docieramy do Hidden Beach. Wbrew nazwie, jest tu już kilkanaście łodzi, które rozładowały już hordy turystów. Plaża faktycznie jest nieźle ukryta. Z wody praktycznie jej nie widać. Po podpłynięciu do brzegu, w odpowiednim miejscu, widać dość wąski przesmyk pomiędzy czarnymi, pionowymi skałami. Taka piaskowa płycizna prowadząca do niewielkiej plaży na końcu. Miejsce jest naprawdę przepiękne.



Przeprawa przez płyciznę jest nie lada wyzwaniem. Woda jest płytka, za płytka żeby płynąć – czy to wpław, czy kajakiem. Podłoże nie należy do najprzyjemniejszych. Pomijam kwestie estetyczne rafy i wrażenie związane z dotykaniem dziwnych miękkich, włochatych czy chropowatych powierzchni goła stopą. W większości jednak podłoże nie nadaje się do chodzenia gołą stopą. Do ujścia trzeba dopłynąć, więc branie klapków, a szczególnie japonek, odpada. Każdy kto próbował pływać w klapkach, wie dlaczego. Jedyne rozwiązanie aby komfortowo dotrzeć do plaży to buty do chodzenia po rafie. Kto nie ma, płacze.



Minusem tego miejsca jest tylko liczba ludzi, którzy chcą je zobaczyć w tym samym momencie. Momentami idąc w tłumie po płytkiej wodzie, czułem się trochę jakbym przechodził z całym Izraelem przez Morze Czerwone. Niestety, z powodu tłumów, nie da się skupić, nie da się kontemplować tego miejsca. Nie można spokojnie usiąść i rozejrzeć się dookoła. Nie można chłonąć. Trudno nawet zrobić zdjęcie tak aby w kadr ktoś nie wszedł. Nie na zorganizowanej wycieczce.



Czas na kolejne punkty wycieczki. Wpływamy w kanał pomiędzy Matinloc i Tapituan. To jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałem. Połączenie wody, nieba, brzegu. Niesamowite, ostre kolory, ciepło, świeżość, szczęście i niesamowitość tego miejsca, plasują je naprawdę wysoko w moim rankingu na równi z tymi z archipelagów Mamanca i Yasawa na Fidżi. To najbardziej pocztówkowe miejsce jakie widziałem podczas tej podróży. Jest po prostu idealne. W każdym miejscu, czuje się jak na pocztówce. Swoją drogą, pocztówki z El Nido sprzedawane w sklepach nie oddają piękna tego miejsca nawet w 10%.





Uciekając przed tłumami, zmieniamy plan wycieczki. Podczas gdy wszystkie łodzie rzucają się na Star Beach – kolejna bajkową plaże – my spokojnie odpływamy kilkadziesiąt metrów dalej i rzucamy kotwicę kilkadziesiąt metrów od brzegu na skraju rafy. Rozglądam się dookoła i dosłownie podskakuje z radości. Cieszę się jak dziecko. Woda naokoło ma zabójczo piękny szmaragdowy kolor. Takiego odcienia chyba jeszcze nigdy nie widziałem. Z samolotu owszem, ale nie z tak bliska. Nigdy tak, żeby móc się rozpędzić i do niej wskoczyć. Bez chwili wahania, po kolei z rozpędu skaczemy z dziobu łodzi do wody. Wszyscy są zachwyceni.





Po chwili lecą do nas maski i rurki i dziecięce pluskanie i pływanie po szmaragdowej tafli zamienia się w pełen skupienia snorkling. Nad wodą unosi się delikatny zapach dymu i pieczonej ryby. To z naszej łodzi. Podczas gdy my zachwycamy się szmaragdową wodą i tętniącą życiem kolorową rafą, załoga przygotowuje dla nas lunch. Znowu czekają na nas lokalne pyszności. Słodkie jak miód ananasy, banany, które niczym nie przypominają tego co jemy u nas. Przepyszna grillowana ryba – o wyraźnym dymnym smaku, skropiona sokiem z calamansi i niesamowitym sosem do ryby na bazie sosu sojowego z warzywami i octem.



Mimo, że takie proste, zupełnie nie wyszukane, to był jeden z najciekawszych posiłków. Najważniejsze jest przecież nie to co jemy a w jakich okolicznościach. Ja jadłem zwykła rybę z ryżem i owocami. Jadłem ją w jednym z najpiękniejszych zakątków Ziemi. Na łodzi kołyszącej się lekko na szmaragdowej tafli Pacyfiku. Otoczony dziewiczą przyrodą. Z ludźmi, których co prawda poznałem kilka godzin temu ale już zdążyliśmy się zakumplować. Słuchałem przygód Rosjanki samotnie podróżującej po Maroko, opowieści pilota Ryanaira i przygód szefa jednego z hoteli na Tajwanie. A po lunchu, najedzeni i szczęśliwi, znowu weszliśmy do wody. Tym razem pełni i rozgrzani, wiec tylko złapaliśmy się bambusowych elementów łodzi i leżeliśmy w wodzie, kontynuując swoje opowieści.



Po leniwym lunchu, ruszyliśmy dalej. Dopływamy do Secret Beach. Plaża jest faktycznie ukryta doskonale. Podpływając do brzegu wydaje się, że nie ma tu nic oprócz pionowych, chropowatych i ostrych jak brzytwa skał wulkanicznych. Dopiero wprawne oko dostrzeże małą dziurę do połowy zalaną wodą. Przez którą przy niskim poziomie wody można się przedostać do małego płytkiego zbiornika wodnego otoczonego ze wszystkich stron skałami. Na jego końcu znajduje się maleńka łata piachu. Tak jest w idealnym świecie. Tutaj, wejście do Secret Beach można poznać po łodziach zakotwiczonych przy skałach. Znowu dziesiątki turystów, unosząca się na wodzie warstwa rozpuszczonego kremu do opalania, mieniąca się na słońcu kolorami tęczy niczym wielka plama benzyny czy innych chemikaliów. Znowu korki, czekanie, mijanie się przy ostrych skałach, w wąskich przejściach. I jeszcze bateria mi padła w aparacie, więc wspomnienia z Secret Beach mam tylko w głowie. Nic, nawet tłumy turystów nie są w stanie zepsuć piękna ego miejsca.





Dopływamy w końcu do ostatniej atrakcji wycieczki. Dla mnie absolutnie najlepszej – Matinloc Shrine. To niesamowita, opuszczona świątynia idealnie wkomponowana w tropikalną wyspę. Wprost nie chce się wierzyć, ze coś takiego istnieje. Podpływamy do świątyni od strony maleńkiej, prześlicznej plaży. Całość odsłania się stopniowo. Najpierw maleńka dosłownie kilkumetrowa plaża wciśnięta pomiędzy szare ostre skały. Za nią wyrastają palmy i w końcu zabudowania świątyni. Mijam kolejne rzeźby świętych, krzyże, ołtarze. Jestem w opuszczonym kościele. To nie kościół, to cały kompleks. Ogromy dom, kaplice, jaskinie z figurami świętych, jest nawet keja. Co tu się stało.



Opuszczony. Opustoszały. Upadły. Zaniedbany. To najlepsze słowa, które opisują to miejsce. Jego historia jest dziwna. W zasadzie owiana tajemnicą. Nikt nie był mi w stanie wytłumaczyć co stało się z tym miejscem. Dlaczego praktycznie nowe budynki zostały opuszczone i tak zdemolowane. Zbierając informacje od różnych osób w El Nido, dowiedziałem się, że kompleks został zbudowany na początku lat dziewięćdziesiątych. Wkrótce po skończeniu okazało się, że nie ma jakiś pozwoleń i nie spełnia jakiś norm ochrony środowiska. Został więc zamknięty i z dnia na dzień opuszczony. Od tego czasu, niszczejący stał się dziką atrakcją turystyczną.



Środek budynku jest kompletnie zdemolowany. Na ziemi porozbijane szkło – trudno zwiedzać na bosaka. Drzwi wyrwane z framugi, kable powyrywane ze ścian. Powolny, stopniowy rozkład. Przerażający zapach opuszczenia. I ta dziwna cisza w środku. To miejsce straszy. Przebywanie tu sprawia, że czuję w środku jakby zadrę. Jak jakaś niedokończona sprawa. Jakbym wszedł do czyjegoś dziwnego, paranoicznego snu. Z zacienionego dusznego wnętrza wychodzę na taras i od razu uderza mnie żar. Tu jest lepiej. Tutaj to miejsce tak nie boli. Dostrzegam jakąś wyrwaną i wygiętą kratę, obok postawiona jakaś beczka. Wygląda jak droga na dach. Bez chwili wahania robię susa i jestem na dachu.



Muszę biegać, tak rozgrzana jest papa. Robię susy do zacienionych miejsc. Podchodzę na krawędź budynku skąd rozpościera się widok na okolicę. Po niepokoju towarzyszącym mi wewnątrz budynku, to bardzo energetyzujący i kojący widok. Przepiękny kanał pomiędzy wyspami, palmy, kopuła pobliskiej kaplicy i skała z zardzewiałym i zniszczonym przez pioruny, złamanym krzyżem. Widok nie ze tej ziemi. Spędzam na dachu chyba za dużo czasu, bo wszyscy zaczęli już mnie szukać. To jedno z tych miejsc do których ciągnie. Pomimo niepokoju jaki budzi wnętrze świątyni, jej otoczenie jest magiczne. Czuć jakąś nieokreśloną bliżej, pozytywną energię tego miejsca. Być może dlatego ktoś wybrał je na świątynię. Co więc poszło nie tak?





Przed powrotem chce się jeszcze wspiąć na ostre skały osłaniające świątynie od kanału. Z czubka skał sterczy połamany krzyż. Widok ten robi niesamowite wrażenie, niezależnie w co kto wierzy. Wspinam się ostrożnie po stromych schodach. Potem kilka stopni po ostrych skałach. Bez butów to nie jest dobry pomysł, ale im wyżej, tym lepszy widok. W końcu jestem. Takie bocianie gniazdo. Wyżej się nie da. Na pewno nie bez butów. Walka z czasem i innymi wycieczkami. Widzę powoli sunące łodzie. Płyną tu. Za chwilę zaroi się od wycieczek. Dziesiątki ludzi z aparatami, harmider, zgiełk. Zadaje sobie pytanie jak nam się udało tu dotrzeć i być przez tyle czasu samym. Zdałem sobie sprawę, że przez ostatnie pół godziny nie wpadłem nawet na nikogo z mojej łodzi. Pora wracać do domu. Do El Nido.



Znowu kołysanie się na falach. Znowu mijamy wielkie, porośnięte dżunglą skały kolejnych wysp i wysepek. Słońce jest już nisko. Nie ma takiego upału. Przede wszystkim, wieje orzeźwiający wiatr co i raz wspomagany rozbryzgującymi falami. Zachwyceni opowiadamy sobie o tym co widzieliśmy, co nas zachwyciło. Najlepsze jest to, że każdy widział co innego. Dla każdego ta wycieczka to był zestaw innych obrazów, innych doznań i wspomnień. Jedno jest wspólne. Mimo że każdy jest z innego świata, wszyscy byli zachwyceni tym co widzieli, słyszeli, czuli, czego dotknęli. Kiedy dopływamy do El Nido pożegnanie jak każde po takim dniu jest długawe i niełatwe, ale wszyscy wiemy doskonale, że wpadniemy na siebie jeszcze nie raz. Miasteczko jest naprawdę małe.



A po powrocie. Czas zwolnić. Zatrzymać się na chwilę. Przysiąść spokojnie i przeżyć wszystko jeszcze raz. Starannie poukładać przeżycia w moim osobistym pudełku ze wspomnieniami. Idę więc wzdłuż brzegu aż docieram do nasypu z kamieni tuż obok portu. Tam przysiadam z butelką zimnego San Miguela i patrzę na El Nido tętniące życiem. Słońce już dawno schowało się za klifem. Miasto pogrążone jest w różowawej poświacie zachodu. Słychać wieczorny gwar. Statki wracają z rejsów, załogi zbierają rzeczy. Z barów dobiega już muzyka. Nad nabrzeżem unosi się siwy dym. To grille rozpalane przed barami i restauracjami. To tu będą grillowane przepyszne ryby i owoce morza.



El Nido jest piękne. Pomimo tego zgiełku. Pomimo smrodu spalin. Pomimo niekwestionowanej brzydoty. To miejsce to wrota do innego, pięknego świata. Trzeba tylko wsiąść na łódkę, spojrzeć przed siebie i chcieć odkrywać. Tak, jest tam pełno turystów, tłok i komercja, ale wszystkie miejsca są nadal przepiękne i dziewicze. Nie zepsute. To piękno można łatwo odkryć. Wystarczy tylko chcieć i nieco wysiłku. Na pewno warto spróbować póki takie miejsca jeszcze istnieją. Trzeba szukać sposobów aby je odnaleźć i zobaczyć. Poczuć i przeżyć.


Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie


Dodaj Komentarz

Komentarze (12)

pwanda 5 stycznia 2016 16:47 Odpowiedz
Masz wspaniały dar opowiadania?
pwanda 5 stycznia 2016 16:48 Odpowiedz
Bez pytajnika to stwierdzenie :)
margarites 9 stycznia 2016 19:39 Odpowiedz
Po pierwsze niesamowicie podziwiam to, że podróżujesz sam i to po tak odległych miejscach... Po drugie: bardzo przyjemnie się czyta Twoje relacje. I wspaniale, że się dzielisz swoimi emocjami i przemyśleniami. Zdjęcia przepiękne! Po prostu zazdroszczę, pozytywnie oczywiście:) Wszystkiego dobrego!
fraflakes 13 stycznia 2016 11:14 Odpowiedz
Jeżeli ma się szczęście to za tym opuszczonym budynkiem można trafić na radośnie skaczące po drzewach makaki :D
pawe 13 stycznia 2016 14:58 Odpowiedz
ale zdjęcia!
alicjamr 15 stycznia 2016 11:39 Odpowiedz
Piękne zdjęcia, możesz napisać jak wygląda transport (z Manili na wyspy i na miejscu inna niż wynajęty samochód )?
adamek 15 stycznia 2016 11:57 Odpowiedz
alicjamrPiękne zdjęcia, możesz napisać jak wygląda transport (z Manili na wyspy i na miejscu inna niż wynajęty samochód )?
Na wyspy najlepiej dostać się Cebu Pacific - za lot MNL-PPS zapłaciłem jakieś 40 PLN. Na miejscu - vany i autobusy do El Nido, Pierwsze 500 drugie 380 PHP. Jest tego sporo, szczególnie na północ od Puerto. Potem najlepiej wziąć motor lub próbować Jeepneyami, ale to może zająć spooooro czasu. O samochodzie zapomnij. Szkoda nerwów :)
alicjamr 15 stycznia 2016 16:50 Odpowiedz
dzięki :)
matias 19 stycznia 2016 02:28 Odpowiedz
Pytanko z mojej strony - nieco pod kątem praktycznego z mojej strony pracowania trochę na miejscu - jak w El Nido wygląda kwestia dostępu do internetu? Jest, nie ma, jest dla chcących? :)
adamek 19 stycznia 2016 09:52 Odpowiedz
matiasPytanko z mojej strony - nieco pod kątem praktycznego z mojej strony pracowania trochę na miejscu - jak w El Nido wygląda kwestia dostępu do internetu? Jest, nie ma, jest dla chcących? :)
W hotelach i knajpach jest zazwyczaj za free dla gosci. Jest slabe, ale jest. Wiec dla chcacych. Praca w takich warunkach dla mocno zdeterminowanych, cierpliwych i o stalowych nerwach. Tylko.
hubert-widomski 16 lutego 2016 15:52 Odpowiedz
ile mniej więcej trzeba hajsu na taką wycieczkę ?
adamek 16 lutego 2016 16:02 Odpowiedz
hubert-widomskiile mniej więcej trzeba hajsu na taką wycieczkę ?
To był mój najtańszy wyjazd ever tak daleko: Warszawa - Lwów - Warszawa 100 PLN, Lwów - Dubaj - Lwów 800 PLN Dubaj - Manila - Dubaj 103 PLN, Manila - Puerto - Manila 80 PLN. Na miejscu wszystko zależy od Ciebie ile wydasz. Da się ogarnąć naprawdę tanio. Całe Filipiny (15 dni) zamknąłem w dwóch tys., włączając w to 2 dni w Dubaju, dojazdy, jedzenie, promy, motor itp.