+32
adamek 23 grudnia 2015 01:33


Jest kompletnie ciemno. Gorąco i wilgotno. Grubo po drugiej w nocy. Wysiadam z busika, idę kilkadziesiąt metrów wzdłuż drogi i nagle jestem pośrodku niczego. Słyszę tylko psy ujadające na mój widok. W zasadzie, to nie mogą mnie widzieć, tylko czują. Jestem w El Nido. Przejechałem właśnie jakieś 5 godzin wypchanym vanem. Wcześniej jakieś 2 godziny czekania, godzina w samolocie z Manili, 4 godziny czekania na lotnisku w Manili, 8 godzin w samolocie itd. Słowem – zmęczenie. A tu niespodzianka. W tej ciemności okazuje się, ze nie mogę znaleźć hotelu. Miał być 300 metrów od dworca, wzdłuż drogi. Ten wyjazd nauczył mnie, że nie zawsze warto ufać mapom Google.



Błądzę w ciemnościach, przerażony ujadaniem psów. Udaję kozaka i głośno tupię, ale nie na wszystkie psy to działa. Mam nadzieję, że na te tak. Na szczęście. To tylko głośne, przestraszone kundle. W znalezieniu hotelu najbardziej jednak przeszkadza mi niebo. przepiękne czarne niebo, które jakby przygniatało cała okolicę. Na nim droga mleczna i nieskończenie wiele gwiazd. Hotel okazuje się być jakiś kilometr od dworca. Drogę wskazuje mi przypadkowo spotkany kierowca tricykla. Mały pokoik, w baraku przy plaży (słyszę szum wody), skrzeczące jaszczurki na ścianie, moskitiera, zimny prysznic. Chciałbym powiedzieć, że usnąłem, ale zwyczajnie urwał mi się film.



Uwielbiam docierać do celu podróży w środku nocy. Znajduję się tam nagle, jakby mnie ktoś wkleił. Nie wiem co jest naokoło. Nic nie widać. Wszystko słychać i czuć. Działa wyobraźnia. Próbuje złożyć sobie świat z dźwięków i zapachów. Ułożyć drzewa, niebo, domy, plaże. Aż w końcu nastaje dzień. Pac! Pac! Niespodzianka! Wszystko okazuje się inne niż te nocne wyobrażenia. Wstaję koło południa. Wychodzę z pokoju i okazuje się, że po 15 metrach jestem na plaży Corong. Wygrałem z tym noclegiem na loterii. Jestem w raju.



Widziałem trochę zdjęć z Palawanu kiedy tworzyłem sobie plan podróży. wiedziałem, że jadę w przepiękne miejsce. Jednak tak nagłe zderzenie z rajską przyrodą to coś niesamowitego. Z ciemności wyłonił się prawdziwy raj. Zatoka Corong z obu stron osłonięta jest ogromnymi wapiennymi klifami porośniętymi gęstym tropikalnym lasem. Przede mną rozpościera się widok na łodzie zakotwiczone gdzieś w oddali. W tle majaczą niewyraźnie sylwetki pobliskich wysp Miniloc, Inatula, Pangulasian i dziesiątek innych. Na plaży jest puściutko. Nie ma chmary turystów smażących się na brąz. Nie ma krzyczących handlarzy. Jest jeden rybak, który cumuje swoją łódź. Cały ten raj dosłownie kilka metrów od mojego łózka. Pomyślałem, że gdyby tylko mieli tu hamak, nie ruszyłbym się stąd. Znalazł się i hamak.



Wiem, że dzisiaj już nie mam szans na żadną wycieczkę na wyspy, więc mój jedyny cel to rozeznanie, zaopatrzenie i błogie lenistwo. Plaża Corong zachwyciła mnie swoim nieoczywistym pięknem. W końcu to tropiki więc, było łatwo. Ale jednak, to plaża przy miasteczku, więc czystość nie jest czymś oczywistym. Na szczęście ludzie o nią dbają. Nie ma tu idealnie białego piasku, ale to niesamowicie przyjemne miejsce. Wprost nie chce się stąd odchodzić. Widok zwyczajnie zachwyca. Jest idealna na opalanie, można się tu wykąpać, można spacerować wzdłuż brzegu. Można też zwyczajnie siedzieć na pniaku lub palmie i bezmyślnie patrzeć się w wodę, zapominając o bożym świecie. Wdychać świeży zapach morza, mrużyć oczy od lekkiego słonawego wiatru. Jak mi tego brakowało…



Późnym popołudniem zorientowałem się, że warto jednak coś zrobić, aby jutro móc rozkoszować się wyspami. Leń nie odpuszcza. Powolnym spacerem po plaży udaje się w kierunku El Nido w poszukiwaniu jedzenia i łodzi, która zabierze mnie na wyspy. Po kilkudziesięciu metrach natrafiam na skupisko domków, w których mieszkają miejscowi. El Nido kojarzy się raczej z hotelami, ja jestem w części, gdzie „dzieje się” życie. Tak. Czułem, że trafiłem z miejscówką. Zdaję sobie sprawę, że żyje się tu biednie. Naprawdę biednie.



Ta bieda jest jednak inna niż nasza. Tu jest życie. Tu są kolory. Tu nędza tak nie kłuje w oczy. może dlatego, że wszyscy żyją skromnie. Mimo wszystko wydaje się być jakaś nadzieja. To nie jest szara, ponura i złachana beznadzieja popegeerowskich osiedli. Może jestem ignorantem, ale tu ta nędza wydaje się łatwiejsza do przeżycia. Mniej upokarzająca. Tu jest morze, są ryby, jeżowce, małże. Tu biedni jedzą owoce morza, ananasy, banany, mango, papaje z pobliskiego drzewa. Tu zawsze da się coś znaleźć, złowić, wykopać maniok. Zbić szałas z bambusa. Przykryć go palmową strzechą. Tu da się przeżyć. U nas, w miastach, na wsiach: jak nie ma, to nie ma. Jak jest zima, to tym bardziej. U nas nędza to piętno.



Ze spokojnego Corong trafiam do centrum El Nido, po drugiej stronie klifu. Nagle znajduje się w paranoicznie głośnym, zatłoczonym i śmierdzącym spalinami mikroskopijnym miasteczku. El Nido jest nie do zniesienia. Nieco wytchnienia można złapać nad wodą, ale to już nie to samo. Przepiękny widok na pobliską Cadlao Island oraz majestatyczny klif El Nido, przysłaniają dziesiątki łodzi zacumowanych jedna przy drugiej przy nabrzeżu. Plaża służy za tutejszy deptak, przy którym są restauracje, które oprócz świeżo złowionych grillowanych ryb serwują też pizzę, makarony itp. Mimo tego turystycznego bałaganu i szpetnej architektury, która jedynie z wody – jako całość z otoczeniem – sprawia niezłe wrażenie, El Nido ma w sobie to coś. Znalazłem w nim swoje miejsce.





Miasteczko jest jednak męczące. Po około godzinie szukania wycieczek, zakupu kremu do opalania i kilku innych niezbędnych rzeczy, uciekam czym prędzej do Corong. Zdaję sobie sprawę, że nic jeszcze dziś nie jadłem. Zresztą pogoda jedzeniu nie sprzyja. Ponad 35 stopni i spora wilgotność sprawia, że myśli się tylko o piciu. Wody. Przechodząc obok budki z ogromna ilością grillowanego mięsa dostaję ślinotoku. Ogromny ruszt z kurczakami wirującymi wokół ogromnego paleniska. Obok zrumienione golonki i liempo – przepięknie zrumienione grube kawałki boczku w słodkiej, brązowej glazurze z cukru.



Miłość do jedzenia to coś dziwnego. Płakać chce mi się na sam widok. Nigdy w życiu nie zjadłem chyba niczego tak łapczywie jak tego boczku. Był po prostu idealny. Rozpływał się w ustach. Natarty lekko świeżym chili i skropiony sokiem z calamansi – lokalnego cytrusa wyglądającego jak miniaturowa miękka limonka z pomarańczowym miąższem. Ten dzień się udał. Załatwiłem sobie wycieczkę na jutro. teraz mogę z czystym sumieniem wrócić do Corong, usiąść na plaży przy hotelu i delektować się butelką – lub dwiema – zimnego San Miguela i patrzeć w morze.



Niesamowite są te momenty kiedy możemy po prostu sobie usiąść i popatrzeć w dal. Odetchnąć głęboko, rozejrzeć się naokoło i zachwycić pięknem otaczającego nas świata. Nigdy nie mogę pojąć w jaki sposób powstały takie miejsca. Jak zebrał się kamyczek do kamyczka. To ważne doceniać w życiu każdą drobnostkę, cieszyć się każdą pierdółką. Szumem morza, palmą wyginającą się na wietrze. Przecież to sprawia, że nasze życie jest piękniejsze. Te momenty, te piękne miejsca. To takie ćwiczenie na docenianie codzienności i zwyczajności otoczenia. To stymuluje nasze zmysły, sprawia, że chcemy dalej patrzeć, więcej słyszeć, wąchać, dotykać, przebierać palcami u nóg piasek na plaży. I tak do nocy. A w nocy niebo pełne gwiazd.



Czas na wyspy! Dosłownie wszędzie w El Nido można kupić wycieczki na pobliskie wyspy. Mam wrażenie, że gdziekolwiek nie pójdziesz , i tak trafisz do jednego z kilku operatorów. Są cztery wycieczki: A, B, C i D, wszędzie kosztują mniej więcej tyle samo: 1000-1400 PHP. W cenie zazwyczaj jest 10-cio dniowy bilet wstępu do parku morskiego (200 PHP). Na pierwszy ogień idzie pakiet Tour A. oczywiście wycieczka, która miała się zacząć o 9:00 zaczyna się grubo po 10:00. Na Filipinach trzeba się przyzwyczaić do dużego upału i filipińskiego zegara, nieodłącznie związanego z tym upałem.



Rzadko zdarza się, że już po 15 minutach wycieczki ma się pewność, że to były dobrze wydane pieniądze. Gdy docieramy do 7 Commando, wiem, że NAJLEPIEJ. Plaża znajduje się na cyplu pomiędzy El Nido i Corong. Jest niedostępna od storny lądu, odcięta pionowym klifem. Piękno i cukierkowość tego miejsca mnie zwyczajnie rozwala. To tak jakbym nagle wskoczył do środka folderu z jakiegoś biura podróży. biały, mięciutki, drobny piasek. Palmy kokosowe wyginające się na wietrze. Lazurowe morze idelanie błękitne niebo i dziesiątki wysp pokrytych dżunglą na horyzoncie. Oto 7 Commando. Miejsce, które spokojnie może konkurować ze wszystkim co widziałem: Hawaje, Borneo, Belize, Australia, Fidżi, Floryda. Jedna liga. To miejsce jest tak idealne, że gdybym miał gdzieś siedzieć przez tydzień w jednym miejscu, to właśnie tu.



Miłe spotkanie. Podczas półgodzinnej eksploracji plaży, wpadam na Sabrinę – Niemkę, którą poznałem w nocnym vanie z Puerto Princessa. Ona postawiła na wylegiwanie się. Nie dziwie się. Ma za sobą 2-miesięczny objazd po Azji a jeszcze tydzień temu była w Korei Północnej. Jako jedna z nielicznych osób ma wizę DPRK wklejoną do paszportu, czym nie omieszkała się pochwalić podczas wspólnej podróży. Uświadomiła mi, że wjazd do Korei jest możliwy i wycieczki nie są tak drogie jak myślałem. Kilka godzin opowiadała o tym „nieziemskim doświadczeniu”. Zaraziła mnie pomysłem na spędzenie tam kilku dni. Dobrze, że na nią wpadłem, od razu dała mi namiary na biuro podróży – Young Pioneer Tours.





Niestety pół godziny w 7 Commando to ciut mało. Ustawiamy się z Sabriną na później. Mnie czeka kolejna atrakcja - Secret Lagoon. Nazwa wskazuje na to, że to jakies odludne, kameralne miejsce. Niestety nie przy kilkunastu łodziach z takimi jak ja. Mała laguna ukryta pomiędzy ostrymi jak brzytwa wulkanicznymi skałami jest faktycznie przepiękna. To taki kociołek. Malutka łata złotego piasku i lazurowa woda. Wszystko schowane przed światem, dostępne przez wąskie przejście. Niestety razem z dziesiątkami turystów, doświadczeni zamienia się trochę w brodzenie w ciepłej zupie z wody morskiej i kremów do opalania. Lepiej jest już na maleńkiej plaży obok laguny.





Znowu za mało czasu. Jednak dotarcie tu samodzielnie, wiąże się ze znacznie większymi kosztami, więc zaciskam zęby, wsiadam z powrotem na łódkę i płyniemy dalej na Shimizu Island. Poza tym pora na lunch. Wyspa to kolejny kawałeczek raju wciśnięty gdzieś pomiędzy większe wyspy. Plaża, na której lądujemy ma może 50 metrów długości. Poza tym ostre skały porośnięte gęsta roślinnością. Z góry miejscami zwisają tylko liany lub gałęzie z liśćmi o finezyjnych kształtach.





Idealne miejsce na lunch. Podczas gdy załoga zajmuje się rozpalaniem ogniska i grillowaniem naszego jedzenia gdzieś pod skałami, my mamy czas na opalanie, snorkeling lub po prostu moczenie się w cieplutkim lazurowym oceanie. A widok na wyspy jest bezbłędny. Kolejne miejsce, które widokiem wygrywa. Po pół godzinie, na stół wjeżdżają świeżo zgrillowane ryby z rodziny makrelowatych. Ich mięso nie jest szlachetne jednak fakt, że są świeże i dopiero co opalone na grill, sprawia, że smakują niesamowicie. Ten smak i to miejsce zostaną na długo w pamięci.



Kolej na największe ponoć atrakcje tej wycieczki, czyli Big i Small Lagoon. Obie znajdują się na przeciwległej Miniloc Island. Do dużej laguny prowadzi długi kanał. Przy obecnym, niskim poziomie wody, łodzie ledwo wpływają. Część z nich – te większe, zwyczajnie stoją na mieliźnie a wycieczki nieporadnie brodzą kilkadziesiąt metrów wzdłuż przesmyku. Nam się udaje. Trzeba tylko lekko popchnąć.





W środku laguna jest faktycznie obszerna. Jako całość nie robi szczególnego wrażenia. Na uwagę zasługuje szczególnie malutka zatoczka we wschodniej części. To właśnie z tego miejsca pochodzi większość zdjęć z Big Lagoon, które przyprawiają o szybsze bicie serca. To właśnie tu woda jest inna niż gdzie indziej. Na płyciźnie doskonale widać przepiękny szmaragdowy kolor. Zieleń przecinają co i raz łaty rafy. Całość tworzy niesamowite połączenie. To jedno z tych miejsc, w którym można zapomnieć o całym świecie. W takich miejscach czasu jest zawsze za mało.



Kolejny, ostatni już przystanek to Small Lagoon. Przez wielu uważana za najładniejszą. Według mnie nieco jednak ustępuje swojej większej siostrze. Co nie znaczy, że nie jest przepiękna. niesamowite wrażenie robi już samo wejście do laguny. Gdyby nie łodzie, byłoby to jedno z najpiękniejszych miejsc w okolicy. Nieskazitelnie czysta, lazurowa woda, nieco zniszczona, ale nadal przepiękna rafa, kolorowe ryby. A to dopiero początek.



Do laguny można się dostać jedynie wpław lub na kajaku. Przewodnicy oczywiście zachęcają do wypożyczenia kajaka. Zniechęcają do pokonania dystansu wpław. Mówią o ostrych jak brzytwa skałach, zdradliwych falach i agresywnych rybach, które potrafią ugryźć niczego nie świadomego pływaka. Oczywiście to ściema. Kajak kosztuje 300 PHP za godzinę. Za tą kwotę, w El Nido można mieć kajak na pół dnia, ale nie da się tu nim dopłynąć. Po zrzutce w 2-3 osoby to nie jest taki zły pomysł.



W środku laguna jest faktycznie dość mała. Sprawia wrażenie jakby się płynęło przez kanion. Ze względu na dość wysokie skały, światła jest tu już mniej. Woda w kolorze płótna na stole bilardowym jest tu dość głęboka, jednocześnie przejrzysta. Da się tu wpłynąć wpław – co zrobiłem – jednak, lepiej chyba było wziąć kajak. Siedząc ma się lepszą perspektywę – mimo wszystko znad wody – niż płynąć w niej. Przy tak głębokiej wodzie można też się nabawić nieco stracha, szczególnie dopływając do skał, które pod wodą schodzą pionowo w dół. Niespodzianką mogą być też małe skorupiaki o bardzo kosmicznych kształtach chodzące po skałach. Po bliższym przyjrzeniu się, wydaje się, że cała ściana się rusza, więc lepiej się jej nie przyglądać jeśli zamierza się dotykać.



Small Lagoon to magiczne miejsce. Momentami nieco przerażające. Całość – jak przy wszystkich punktach wycieczki – psuł oczywiście tłum. Niestety nie da się go tu uniknąć. Trzeba się pogodzić z tym, że sporo ludzi chce raczyć się pięknem Filipin. Szkoda, że nikt tego nie usystematyzował, tak żeby każdy mógł się beztrosko cieszyć pięknem przyrody zamiast czekać w kolejce na łódce lub przy przejściu przez skały. Ta wycieczka zmieniła trochę moje nastawienie do łodzi. Do tej pory filipińska łódź – tak jak te w Tajlandii czy Wietnamie – była dla mnie symbolem tego przepięknego miejsca. Teraz wiem, że za taka łódź oznacza co najmniej 8 osób. A co kiedy łodzi stoi 10?



Tak czy siak, nie mam dość wody. Zaraz po powrocie do El Nido, bez wahania biorę kajak z wypożyczalni na plaży i od razu z powrotem płynę na wyspy. Najbliżej leży Cadlao Island. To takie małe Tahiti na wyciągnięcie ręki. Zaskakujące, że tak blisko miasteczka znajduje się kilka z najpiękniejszych plaż w okolicy. Do tego większość z nich jest przez większą część dnia pusta. Zapełniają się jedynie na chwilę, kiedy przypływają tu łodzie z Tour D. Teraz wszystkie wycieczki się skończyły, więc po 20 minutach wiosłowania jestem sam na Paradise Beach.



Zawsze myślałem, że plaża to plaża. Po prostu smażalnia ciał. Tymczasem tu każde kolejne miejsce staje się dla mnie nowym doświadczeniem. Każda z odwiedzonych przeze mnie dziś plaż jest inna. Na Paradise Beach, oprócz kompletnej pustki, zachwyca mnie bujna roślinność i przestrzeń. Ta plaża jest zdecydowanie największa ze wszystkich. To już konkretna łata piachu, którą od skał oddziela już konkretna dżungla. Plaża jest na wyciągnięcie ręki od El Nido i jest przepiękna. Nie rozumiem dlaczego nie ma tu ludzi. Generalnie plaże w tej okolicy są pustawe. To dobrze. Można mieć coś dla siebie. Taki kawałek Filipin.



Zawsze marzyłem o tym, żeby być samemu na plaży w tropikach. W takim pięknym miejscu. Zazwyczaj są na to małe szanse. Bo wszyscy tak chcą. Tu Filipińczycy chętnie pomagają spełniać takie marzenia. Pakujesz się na łódkę z wycieczką i płyniesz w rajskie miejsce. No i niestety z raju zostaje lekki niesmak. Wprawdzie byłeś w raju, ale zamiast brodzić w Secret Lagoon, moczyłeś się w zupie z kremu do opalania po kilkuset osobach, które były tu tego samego dnia. Nie ma miejsca na wyciszenie się, na chwilę refleksji.



Tak działają Filipiny i inne tego typu miejsca. Wszędzie gdzie można się dostać szybko i łatwo, będzie tłum. To normalne. Ale wystarczy znaleźć miejsce, do którego, żeby się dostać, trzeba się choć trochę wysilić. Na przykład: wypożyczyć kajak i wiosłować przez pół godziny. Po drodze wiatr, fale, słońce i w ogóle nie wiadomo co jeszcze. Większość odpada. I to jest właśnie miejsce dla podróżników. Nie dla turystów. Warto się wysilić. Warto iść piechotą zamiast brać tricykla. Warto popłynąć kajakiem zamiast na zorganizowaną wycieczkę. Warto cały czas szukać, sprawdzać, kombinować. To właśnie dzięki temu możemy sobie samemu siedzieć na rajskiej plaży i cieszyć się tym, że mamy to co dla tak wielu wydaje się nieosiągalne. A to przecież nic takiego. Warto cieszyć się z każdej małej rzeczy.



Widzę jeszcze jeden punkt, do którego chce się dzisiaj dostać. Naprzeciwko, u podnóża klifu wznoszącego się nad El Nido. Gdzieś po drodze do 7 Commando. Mała łata piachu. Stamtąd na pewno będzie dobrze widać zachód słońca. Pakuję więc na kajak i po 30 minutach wiosłowania – już zdecydowanie cięższego – jestem na Ipil Ipil Beach. Widzę w oddali jakiś dom, zapewne hotel. Ale ludzi nie ma. Nawet na piasku widzę tylko ślady psów.



Kolejna bezludna plaża. Kolejna cząstka raju niezniszczona przez masową turystykę. Siadam sobie na piasku i rozkoszuje się widokiem. A ten jest naprawdę niesamowity. Wyspy w okolicy El Nido są przepiękne. Mając za sobą doświadczenia wielu „rajskich” miejsc wiem, że oczekiwania podsycane kolorowymi zdjęciami z internetu często powodują najzwyklejsze rozczarowanie. Często nawet nie chcemy się do tego przyznać przed samym sobą. Oczywiście nie ma co się wtedy użalać, tylko szukać miejsc, gdzie nie ma tyle ludzi. Gdzie możemy mieć chwilę na odetchnięcie. Na chłonięcie tego co nas otacza. Lecąc na Filipiny nie miałem wygórowanych oczekiwań. Byłem przygotowany na to, że życie to nie fotki z Internetu. A tu miłe zaskoczenie. Tyle do odkrycia i tak niewiele wysiłku trzeba.



Ciekawość i wrodzone ADHD prowadzi mnie do pobliskich skał. W nich znajduję małe przejście. Oczywiście nie waham się ani przez chwile i w jednym momencie jestem na najmniejszej plaży jaką widziałem. Dosłownie kilka metrów mięciutkiego złotego piasku otoczonego z trzech stron skałami. W miejscach takich jak te czuję się szczególnie dobrze. Jakbym je znalazł przez przypadek i było tylko dla mnie. Nie chce się wierzyć, że 500 metrów stąd jest duża plaża z hotelem, barem i restauracją. Dlaczego tu nie ma ludzi? Czyżby to miejsce czekało specjalnie na mnie. To miejsce. Ten czas. Właśnie takich momentach czuje szczególnie mocno wyjątkowość moich podróży. Nagle sobie zdaje sobie sprawę, że znalazłem coś wyjątkowego. Odkryłem skarb. Taki, który najchętniej zamknąłbym w dłoniach, schował przed światem, żeby nikt tu nie trafił. A może to zwykłe miejsce a ja po prostu potrafię się cieszyć nawet z małych rzeczy?



Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie

Dodaj Komentarz

Komentarze (9)

osk 25 grudnia 2015 19:39 Odpowiedz
Moje ślady sprzed miesiąca,moje miejsce na Ziemi...Piękna relacja,gratulacje. Dla zainteresowanych - warto w Corong Corong popytać lokalsów o private boat-za tą samą cenę układasz plan wycieczki,albo zmieniasz jej kolejność dzieki czemu ominiecie tłumy.
piotrek-podroznik 26 grudnia 2015 11:30 Odpowiedz
Jeżeli jesteś jeszcze na Palawanie to koniecznie udaj się do Sabang zobaczyć jeden z nowych siedmiu cudów świata natury czyli podziemną rzekę w Sabang, do tego jest tam obok bardzo fajna wycieczka na las namorzynowy. Gorąco polecam.
grzegorz84 5 stycznia 2016 16:49 Odpowiedz
zdjęcie zapierają dech w piersiach, nie mogę się doczekać, też tam lecimy
benhen 5 stycznia 2016 16:52 Odpowiedz
Bede za miesiac , licze na takie same doznania.Wspaniala relacja,gratki.
kinka 7 stycznia 2016 21:54 Odpowiedz
Rewelacyjnie się czyta! A tak z ciekawości, czym zdjęcia robione?
adamek 8 stycznia 2016 12:53 Odpowiedz
kinkaRewelacyjnie się czyta! A tak z ciekawości, czym zdjęcia robione?
Dzieki, foty robione ajfonem :)
fraflakes 8 stycznia 2016 13:21 Odpowiedz
Jak zwykle relacja znakomita! Czekam na kolejną część z Central Visayas :D
hanka-skakanka 16 stycznia 2016 23:04 Odpowiedz
Hej, swietna relacjal! Tylko utiwerdzil mnie w przekonaniu ze dobrze zrobilam wybierajac baze w Corong Corong a nie w sercu El Nido. Gdzie dokladnie zatrzymales sie na Corong Corong?
adamek 17 stycznia 2016 00:03 Odpowiedz
hanka-skakankaHej, swietna relacjal! Tylko utiwerdzil mnie w przekonaniu ze dobrze zrobilam wybierajac baze w Corong Corong a nie w sercu El Nido. Gdzie dokladnie zatrzymales sie na Corong Corong?
Dormitels.ph - najlepsze value for money na jakie trafiłem. Prosto i bez luksusow, ale TANIO i nad sama woda.