+20
adamek 10 grudnia 2015 23:38


Do Dubaju trafiłem trochę przez przypadek. To miał być przystanek po drodze na Filipiny. Plany ułożyły się tak, że miałem tu spędzić jedynie dwa dni. Nie specjalnie pociągał mnie przepych tego miejsca. Cel miałem jeden – Skydive Dubai – czyli skok na spadochronie nad Palm Jumeirah. Od zawsze chciałem skoczyć ze spadochronem. Albo grubo albo wcale. Wszystko załatwione. Przylatuje. Dzień zwiedzania, potem skok, znowu zwiedzanie i samolot do Manili.



No więc jestem. Wylądowałem w środku nocy, więc jedyne co mogę zrobić, to przespać się na lotnisku. Wyjście na zewnątrz kończy się niemal atakiem duszności. W środku nocy jest 30 stopni Celsjusza. Powietrze tak gęste, że można je pokroić. Sucho w ustach. Pić! To pierwsze co mi się kojarzy z Dubajem. Wieczne pragnienie. Co mnie zaskoczyło – woda w Dubaju jest tania. Na lotnisku półlitrowa butelka kosztuje 1 AED, czyli jakieś 1,1 PLN. A przecież woda to „najgorętszy” towar, który na lotniskach potrafi kosztować nawet 3,5 Euro! Czyżby Arabowie wiedzieli jak ważna jest woda na pustyni? Czy sprzedawanie jest z taką przebitką byłoby dla nich aż takim draństwem? Nie wiem czy tak jest, ale czułem, jakby punktem honoru dla gospodarzy było sprzedawanie jej po przystępnej cenie.



Pierwszy przystanek to dom mojego hosta. Paul mieszka w dzielnicy Jumeirah, niedaleko wybrzeża. Jest Filipińczykiem (przypadek!?) pracującym w Dubaju. Od razu się dogadaliśmy, bo jak się okazało, robimy w jednej branży. Docieram do niego w niecałą godzinę. Jest 8:00 rano a on ma wolne. Otwiera zaspany, wita mnie, pokazuje gdzie zostawić tobołek, daje klucze, bilet na metro, życzy miłego zwiedzania i wraca do spania. Więc idę zwiedzać. Mam dosłownie kilkanaście godzin a wygląda na to, ze będzie sporo łażenia. Paul mieszka w świetnej lokalizacji, tylko 20 minut piechotą do metra. Szybkim krokiem. Widok z jego podwórka na centrum robi wrażenie.



Dubaj jest ogromny. Na mapie miasto wydaje się w miarę kompaktowe, ale jest rozległe. Wszystko jest daleko od siebie. Do tego większość zdjęć zwyczajnie kłamie. Jedno ujęcie obejmujące Burj Khalifa wraz z dzielnicą Business Bay i chyba najbardziej charakterystycznym hotelem Burj al Arab to zwykły fotomontaż. Hotel jest tak daleko od centrum, że nawet go nie widać. Nie wspominam o mocno ograniczającym widoczność smogu i pyle znad pustyni.



Zwiedzanie zaczynam od punktu nr 1 na liście, czyli Burj Khalifa. Kto nie chciałby obejrzeć Dubaju z wysokości prawie 148 pięter. Aby się tam dostać, wybieram chyba najszybszy środek publicznego transportu – metro. Jedna stacja i niespodzianka. Oczywiście wsiadam nie do tego wagonu. Warto się rozglądać i czytać. W Dubaju na początku pociągu znajduje się specjalny wagon przeznaczony wyłącznie dla kobiet i dzieci. Każdy mężczyzna przyłapany w środku, płaci 100 AED grzywny. Mimo niespodzianek, metro jest moim ulubionym środkiem transportu, zapewniającym najlepsze widoki na miasto.



Aby się dostać do Burj Khalifa, muszę się przedrzeć przez ogromne centra handlowe. Nie wiem nawet ile ich było. Praktycznie od samej stacji, blisko kilometr, przemieszczałem się zamkniętymi przejściami, tunelami, pomostami. Wszędzie klimatyzacja. Za lekko przyciemnianymi szybami widać tylko skrawki miejskiej dżungli ze szkła i betonu. Błądzę w przejściach, które kręcą, przecinają kolejne wieżowce i centra handlowe. Jestem prowadzony po schodach i na taśmach do kolejnych świątyń konsumpcji.



Chcę chociaż na chwilę uciec. Wyjść na świeże powietrze. Już zapomniałem o niemiłosiernym upale sprzed kilkudziesięciu minut, kiedy to spragniony przedzierałem się przez miałki piasek do stacji metra. Brnąłem wzdłuż drogi, bez chodnika – niepotrzebny – tu każdy ma samochód. 20 minut wystarczyło aby moja blada listopadowa skóra zaróżowiła się, pomimo kremu z filtrem 30 SPF. Znajduję drzwi ewakuacyjne. Naciskam klamkę, pcham drzwi. Do środka wlewa się oślepiające światło. Uderza mnie znowu morderczy upał. Wychodzę. Chce walczyć z upałem. Próbuje iść wzdłuż przejścia. Niemożliwe. Nie ma chodników. Przejścia przez ulice chronią krzaki. To nie jest miasto dla pieszych. I jeszcze to ciągłe pragnienie. Wszyscy się chowają w klimatyzowanych przejściach. Wracam do środka.



Wchłania mnie ogromne centrum handlowe. Nie znoszę takich miejsc. Mnóstwo sklepów. Chodzenie, oglądanie, marnowanie czasu. Obrastanie tłuszczem niepotrzebnych rzeczy. Jest tu wszystko. Dosłownie wszystko co można sobie wyobrazić. Wystarczy mieć miliony. Idę po znakach, ale te co chwila zwodzą mnie i ląduje w ślepych alejkach. Odbijam się od sklepu Gucci, potem Armani, Hermes, LV. Jest jeszcze sklep Nutella i dziesiątki innych. Zastanawiam się czy zagorzali mułłowie zarzucający „Ameryce” konsumpcjonizm i zepsucie, wiedzą jak wygląda Dubaj. Zbytnio się pod tym względem od „Ameryki” nie różni.



Po blisko godzinie poszukiwań, trafiam do kasy Burj Khalifa, tylko po to, żeby się dowiedzieć, że wjazd na górę kosztuje ponad 500 PLN. Spodziewałem się, że tanio nie będzie, ale chyba nigdy moje marzenia nie zostały tak brutalnie podeptane i zmieszane z błotem jak tu. Tym razem nie wejdę. Na razie Burj Khalifa pozostanie dla mnie widzianym z dołu ostrzem przecinającym niebo tak pięknie, że dosłownie można nań patrzeć godzinami. Czy to przez przyciemnianą szybę jednego z klimatyzowanych przejść czy z ogródka Paula.



Chcę zobaczyć prawdziwy Dubaj. Taki sprzed 20 lat. Udaję się za Dubai Creek, do dzielnicy Al Ras. To już zupełnie inny świat. Pomimo nieznośnego upału, dzielnica żyje. Na ulicach tłumy. Gwar. Wzdłuż rzeki stoją statki transportowe. Na nabrzeżu masa towarów różnej maści – od pomarańczy i worków z ryżem, przez materace aż po ogromne klimatyzatory. Ludzie czekają na łodzie. Wożą na wózkach towary. Rozmawiają, krzyczą, targują się. Tu jest życie. Zupełne przeciwieństwo pustych, sterylnych ulic centrum.



Obijam z nabrzeża, żeby przyjrzeć się życiu na ulicach. Momentalnie czuję się z powrotem jak w kraju arabskim. Jest głośno, tłoczno. Kolory, ciągły ruch. Rzeka ludzi. Wszędzie ktoś czymś handluje. Co chwila trafiam na souki – wielkie arabskie targowiska. Nad tym z przyprawami unosi się odurzający wręcz zapach wymieszanych ziół. Przebija aromat kardamonu, suszonej kolendry i charakterystycznego, trochę aptecznego ziołowego zapachu, na który natrafiam w każdym arabskim kraju i nie mogę go zidentyfikować.



Mam szczęście. Jestem tu w ciągu dnia. Jest niemal pusto. Mogę spokojnie przejść przez kolejne souki. Spokojnie to pojęcie względne. O ile w części gdzie hurtowo handluje się ryżem, nic się nie działo, o tyle w tej z ubraniami, plastikiem i wszelkiego rodzaju kolorowym barachłem, nie mogłem przejść bez zaczepek i nagabywania. Kupić mogłem wszystko – od garnituru szytego na miarę, po Rolexa za 10 dolarów. Wolę nie myśleć co tu się dzieje wieczorem.



Stary Dubaj tak mnie pochłonął, że zupełnie zapomniałem, że nic nie jadłem cały dzień. w każdym kraju arabskim, za punkt honoru stawiam sobie zjedzenie kebaba. Tak jest i w przypadku Dubaju. Moja zasada jest prosta i niezmienna. Szukam miejsc, gdzie widać samych miejscowych. Gdzie jest kolejka. Gdzie przygotowujący jedzenie są na tym skupieni. Gdzie widać, że traktują swoją pracę jak misję, że są w tym najlepsi. W ten sposób znajduję niepozorną stołówkę dla robotników, gdzie oprócz normalnego menu, można dostać kebab. Samo obserwowanie kucharza doprowadziło mnie do ślinotoku. Krojenie mięsa, grillowanie pity, aromatyczne zioła i ten niesamowity żar bijący od pieca. Ten cały rytuał. W końcu jedzenie odrywanego po kawałku kebaba i widok na gwarne nabrzeże i stare drewniane rzeczne barki.



Po obejściu starej części Dubaju, wracam do centrum. W zasadzie trudno powiedzieć gdzie tu jest centrum. Można by je zdefiniować jako pas wieżowców o wymyślnych kształtach, ciągnących się wzdłuż linii metra. Jest coś w tej kolejce, co przyciąga. Widok na miasto. Pierwszy wagon jest zarezerwowany dla posiadaczy złotego biletu. Taka pierwsza klasa, z widokiem na panoramę centrum. Widok jest, bo nie ma maszynisty. Metro jest sterowane automatycznie. Drugi wagon jest dla kobiet i dzieci. Ostatni z kolei jest ogólnodostępny. Wymyśliłem więc, że aby podziwiać widoki z ostatniego wagonu, trzeba przejechać na drugą stronę centrum i wsiąść w pociąg w kierunku centrum, kiedy to ostatni wagon staje się pierwszym.



Dojeżdżam aż do Mariny. Sam widok przepięknych, filigranowych i błyszczących drapaczy chmur Mariny wprawił mnie w podniecenie. To miejsce obok którego zwyczajnie nie da się przejść obojętnie. Niby osiedle mieszkalne dla dość bogatych ludzi. Bloki ze szkła i stali. A jednak. To jedno z tych miejsc, które uśmiechają się do Ciebie, sprawiają, że dobrze się w nich czujesz. Nie wiem co sprawiło, że się tak poczułem. Widziałem podobne osiedla w Doha. Pomimo przepychu i rozmachu ziały pustką, chłodem i bylejakością. Dubai Marina robi wrażenie. Jest dobrze rozplanowane, estetyczne, cieszy oko.



Nie pomyliłem się co do metra. Wracając do centrum trafiam na jeden z najbardziej niesamowitych i wymownych widoków jakie w życiu widziałem. W miarę jak pociąg zbliża się do centrum, z różowo-szarej chmury smogu i pustynnego pyłu, powoli wyłaniała się sylwetka Dubaju. Nieśmiało przebijają się zarysy kolejnych wieżowców o wymyślnych kształtach. Całość wydaje się tak nierzeczywista, że zaczynam się zastanawiać czy ja to naprawdę widzę. Tak właśnie wyobrażam sobie fatamorganę. Może to ona? W końcu jestem na pustyni. Stoję pochylony z nosem dosłownie przyklejonym do szyby. Trochę się rozpycham, ale ludzie stojący obok chyba nawet nie mają odwagi zwrócić mi uwagi. A może to robią, tylko ja nie słyszę.



Po prostu patrzę jak z pustyni wyłania się Dubaj. Nagle błysk gdzieś na niebie. To Burj Khalifa przecinający niebo. Centrum miasta widać coraz wyraźniej. W świetle powoli zachodzącego słońca, całość skąpana jest w różowo-szaro-złotym kolorze. Przez chwilę nie wierzę oczom. Wszystko jest jakby w delikatnej sepii. Tego nie ma na wyretuszowanych pocztówkach. Widok najbanalniejszy z możliwych. Z pociągu. Jeżeli miałbym komuś polecić zobaczenie Dubaju tylko z jednej perspektywy, jednego ujęcia, bez wahania poleciłbym to. Widok Dubaju wyłaniającego się powoli z nicości.



Przyklejony do szyby oczywiście przejeżdżam moją stację. Więc postanawiam przejść się piechotą. Nie jest to łatwe. Dubaj to nie jest miejsce dla pieszych. Przejście kilometra to naprawdę wyzwanie. Trzeba kombinować, przebiegać przez jezdnie uważając na kierowców o iście arabskim temperamencie, a nawet przeskakiwać przez krzaki. Spacer umilają parkingi, na których można podziwiać najdroższe samochody w ilościach hurtowych. Oglądanie w kółko aut, które normalnie widuje się w „Top Gear” jest dziwne. Nagle coś abstrakcyjnego zamienia się coś co mijasz w kółko na ulicy.



Samochody samochodami, prawdziwa rozkosz dla oczu to panorama Business Bay. Biznesowa dzielnica Dubaju to zbiór kilkudziesięciu wieżowców o przeróżnych kształtach. Geometria przestrzenna na poziomie eksperckim. Jedne budynki tu zakręcają, inne się wiją. Niektóre przypominają żagle na wietrze, inne wyglądają jakby były nadmuchane i miały zaraz pęknąć. Niektóre przeczą co najmniej kilku prawom fizyki. Na pewno prawu grawitacji. Nad wszystkim gdzieś w oddali góruje Burj Khalifa. Chodzenie z głową zadartą do góry jest w Dubaju niebezpieczne. Można wpaść pod samochód. Prawie mi się zdarzyło kilka razy. Lepiej się zatrzymać i po prostu na spokojnie popatrzeć. Mieszkańcy chyba tego nie doceniają. Kiedy siadam na ziemi i po prostu wgapiam się w miasto, przechodnie patrzą na mnie ze zdziwieniem. Ja się dziwię jak taki widok może spowszednieć?



Wracam do domu Paula, a ten od progu przeprasza mnie, że rano był mało wylewny, ale był nieprzytomny. Jak ja to rozumiem. Po pół godzinie jesteśmy już jak starzy znajomi. Wraz z dziewczyną szykują filipińską kolację – ryż z dziwnym sosem, który później okaże się być adobo – popijana Jackiem z colą. Opowiadają mi o życiu w Dubaju, pozwoleniach na kupowanie i picie alkoholu, o piknikach na środku pustyni, wreszcie o swojej ojczyźnie. Wieczór kończymy oglądaniem najnowszego odcinka Walking Dead. Prawie północ. Nieźle, biorąc pod uwagę, że ostatnie 2 doby spędziłem w podróży.



To ważny dzień. Dziś skaczę. Dziwię się, że w ogóle zmrużyłem oko. Jednak zmęczenie jest silniejsze od podniecenia. To po to tu przyjechałem. Mam się stawić niedaleko Mariny w samo południe. Więc ruszam. Nie zdążyłem nawet dotrzeć do metra, kiedy daje o sobie znać głód. Kolacja była raczej lekka. I ciągle miałem ochotę na coś słodkiego. Wtedy pojawia się Dunkin' Donuts. Zło w najczystszej postaci: cukier i tłuszcz. I do tego kofeina. Siadam na krawężniku parkingu i opróżniam torbę donutów wpatrzony w panoramę centrum. Znowu. Ten widok ma coś w sobie. Nie przeszkadza mi nawet upał. Jest przyjemny lekki wiatr. Super pogoda. Jak na razie.



Wsiadam do metra i jadę na południe do Mariny. Oczywiście w ostatnim wagonie, znowu przyklejony do szyby. Oglądam ten sam spektakl co poprzedniego wieczoru, tyle że w innym świetle i odwrotnej kolejności. Piękny, dumny i majestatyczny Dubaj stopniowo oddala się. Robi się coraz mniejszy i zanika w lekkiej chmurze pyłu. Drapacze chmur są coraz mniej wyraźne. Powoli znika Burj Khalifa, potem kolejne budynki. Całość pogrąża się w nicości pustyni. Znika jak fatamorgana. Rozpływa się w powietrzu. Pozostają tylko tory kolejki znikające na horyzoncie. Mimo że to miasto. Betonowe, zimne, trochę sztuczne i raczej niezbyt przyjemne, widok jest magiczny. Mój numer 1 w Dubaju.



Docieram do Skydive Dubai. Raczej dobiegam, brykam, jakkolwiek nazwać ten sposób poruszania się. Jestem tak podniecony, że już widzę jak ubrany w kombinezon pakuje się do samolotu, startuje i skacze przyczepiony do kogoś… Całość już mam ułożoną w głowie. Już nawet w myślach wybieram zdjęcie z GoPro, które wrzucę na Facebooka, żeby zebrać jakąś setkę lajków. Wchodzę, lecę do rejestracji, ćwierkam radośnie, że ja na 12:30, rejestruje się i nagle spada na mnie kubeł zimnej wody. „Z powodu pogody, loty są wstrzymane”. Mam czekać. Obok tłum. Ludzie, którzy mieli skakać od 8:30 rano, co pół godziny kręcą się nerwowo i czekają aż skoki będą wznowione.



To ten cholerny lekki wietrzyk, który sprawił, że poruszanie się po mieście przestało być mordęgą, tu nad wodą zamienił się w konkretniejszy wiatr, który uniemożliwia skakanie ze spadochronem. Mam czekać. Co pół godziny maja być komunikaty. Nie można się nigdzie ruszyć. Trzeba być na miejscu. Pytam dziewczyny w recepcji jakie są realne szanse, że dzisiaj skoczę. Kręci głową, mówi, że poczekają do 14:30, jeżeli się nie poprawi, to zamykają na dziś. Wiem już, że nic z tego, ale muszę i tak czekać. A może zdarzy się cud. W końcu nie odwołali. Może nagle wiatr ustanie i skoczę.



Wychodzę na zewnątrz. Jak na złość, upał niemiłosierny. Telefon pokazuje 35 stopni. Wiatr jakby ustał. Cały czas łudzę się, że już nie wieje, że zaraz ogłoszą start, przebiorę się i polecę. Tymczasem nie pozostaje mi nic innego jak balsam do opalania i leżenie plackiem. Na szczęście widok jest doskonały – Dubai Marina w całej swej okazałości. Mój absolutny typ to Cayan Tower – zakręcony budynek przy ujściu mariny. Co prawda, pomysł nie jest nowy – Turning Torso w Malme stoi już ponad 10 lat i w przeciwieństwie do tego, obraca się o całe 90 stopni. Za to Cayan Tower jest o 19 pięter wyższy. W końcu to Dubaj. Tu wszystko jest naj.



Nigdy dwie godziny tak mi się nie dłużyły. Nie mogłem się oddalić, żeby w razie czego nie stracić kolejki. W końcu wybiła godzina prawdy. „Wszystkie loty dzisiaj odwołanie”. To jeden z tych momentów, kiedy wszystkie plany, marzenia nagle są składane w kosteczkę jak T-shirt i odkładane na półkę z napisem „później”. Czyli kiedy? Nie znoszę tego. Nie znoszę później. Za 8 godzin wylatuje. Oczywiście tupię nogą i mruczę pod nosem „gupi wiatr!”. Przy okazji zdaję sobie sprawę, że od 3 dni nie słyszałem polskiego i zapomniałem już trochę jak brzmi. Patrzę jak obsługa przykrywa cały sprzęt płachtami, wypisuje formularz „refund” i odchodzę. Na tarczy. Tak mi się wydaję.



Po drodze do metra kręcę się po mojej ukochanej Marinie. Nie wiem co jest w tym miejscu. Siadam na ławeczce, wypijam duszkiem jakiś litr wody i rozglądam się. Wtedy przez głowę przetacza mi się potok myśl. W końcu mówię „gupi ja!”. tak często narzekamy, martwimy się, jesteśmy źli, że coś nie wyszło, że się nie udało. Olaboga! Koniec świata! Nie udało się! Nigdy już nie zrobię tego, tamtego… Takie marudzenie wszystko psuje, sprawia, że nie zauważamy tego co mamy.



Dłubiemy w tym co było i czego nie było i nie dostrzegamy ludzi, którzy się do nas uśmiechają, psa, który podchodzi i obwąchuje i zaczyna lizać po ręce. Nie widzimy pięknych kwiatów gdzieś w czyimś oknie, zadowolonych ludzi naokoło. Tylko naburmuszeni zamykamy się w sobie i użalamy. A tym czasem świat jest piękny i ma nam tyle do zaoferowania. Wystarczy tylko podnieść głowę, przestać myśleć o tym co się nie udało i pracować aby udało się w przyszłości. Ja wiem, że tu jeszcze wrócę. Właśnie po to żeby skoczyć. A jak się nie uda, przyjadę jeszcze raz. I jeszcze. Aż do skutku. Chyba, że znajdę ciekawsze miejsce.



Żadnego metra! Wracam nad wodę i wsiadam w autobus jadący wzdłuż wybrzeża. Tak mi się przynajmniej wydaje. Chcę dotrzeć do Burj al Arab, który przez wiele lat był ikoną Dubaju. Zdetronizował go dopiero Burj Khalifa. Jeden z najbardziej luksusowych hoteli świata dla mnie jest przede wszystkim ciekawostką architektoniczną. Nie kręcą mnie złote ubikacje, całe piętro na wyłączność i osobisty concierge. Podoba mi się za to budynek w kształcie żagla. Biały jakby był pucowany raz na miesiąc przez ekipę szlifierzy-alpinistów. Po prostu klasa.



Dotarcie do hotelu zajmuje mi około godziny. Autobus dosłownie grzęźnie w korkach przejeżdżając przez kolejne dzielnice: Media City, Internet City, Knowledge Village. Zaletą jest to, że mogę oglądać jak żyje Dubaj. Jak pracuje. Dużo i intensywnie. Dojazd do hotelu kończy się nie lekkim rozczarowaniem. Tej perełki architektury niestety nie ma jak podziwiać. Hotel jest obstawiony z jednej strony przez gigantyczna budowę, z drugiej przez park rozrywki Wild Wadi. Do Burj al Arab prowadzi jedna ulica. Oczywiście zamknięta. O przejściu nie ma co marzyć. Ochrona przegania nawet ludzi próbujących robić zdjęcia hotelu sprzed samej bramy, żeby w kadrze nie było żadnych dźwigów.



Błądzę naokoło, niestety nie udaje mi się znaleźć miejsca, z którego można by zrobić ładne zdjęcia hotelu. Marzyło mi się takie jak na pocztówkach. No cóż, te będą musiały wystarczyć. Docieram na publiczną plażę, z której w końcu widać hotel. Wbrew temu co można przypuszczać, plaża jest dość swobodnym miejscem jak na kraj muzułmański. Stroje kąpielowe nie są może przesadnie skąpe, ale do konserwatywnych również nie należą. Plaża jak w USA – Vanity Fair bez golizny.



Przechodzę całą plażę i siadam na kamieniach falochronu. Z widokiem na Burj al Arab. Na horyzoncie nieśmiało przez lekką mgiełkę przebijają się budyneczki Jumeirah Palm i majestatyczny Atlantis który wieńczy szczyt palmy. Oprócz tego Marina i dziesiątki wysokich dźwigów. Dubaj to jedna wielka budowa. Pnie się w górę bez opamiętania. Każdy kolejny budynek musi być wyższy, droższy, piękniejszy, bardziej wyszukany. Szybciej, więcej, teraz! W takim miejscu jem kurczaka kupionego gdzieś po drodze w Carrefour i znowu piję hektolitry wody. Niestety na ukochane zimne piwo muszę jeszcze poczekać.



Tak sobie siedząc i oblizując tłuste palce po kurczaku, próbuje podsumować te dwa intensywne dni w tym jakże dziwnym miejscu. W zasadzie nie miałem zbyt wiele oczekiwań co do Dubaju. Traktowałem to miejsce jako przesiadkę w drodze na wakacje. Postój był raczej z ostrożności, w razie jakby któryś lot miał się opóźnić. Mile się zaskoczyłem. Dubaj to przede wszystkim ogromne miasto. Nie znalazłem tu historii, zabytków, pozostałości po dawnych czasach. Natrafiłem natomiast na wiele dowodów na to, że człowiek może prawie wszystko. To bardzo budujące. Podnosi nasze ludzkie ego. W Dubaju jest dużo perełek, natomiast trudno je wyłuskać. Trzeba poświęcić na to trochę czasu, mieć dużo cierpliwości, no i szczęścia.



Dubaj to wielki żywy organizm produkujący pieniądze. To świątynia pieniądza w najczystszej postaci. Da mnie to kasyno gdzie w pokera grają przeciwko sobie apokaliptycznie bogaci szejkowie z młodymi, ambitnymi i zdolnymi expatami. Przybysze myślą, pragmatycznie – przyjeżdżają tu, mieszkają parę lat, zarabiają pieniądze i wyjeżdżają. Nie związują się z tym miejscem. Traktują je jak dojną krowę. Wydoić i zostawić. Zresztą sam Dubaj ich do tego nie zachęca. Z drugiej strony mamy Szejków, którzy zamknięci w swoich pałacach, willach i jachtach liczą tylko pieniądze, którzy zarabiają dla nich sprowadzeni z zagranicy pracownicy. Czy to nie jest trochę takie współczesne niewolnictwo? Z tą tylko różnicą, że „niewolnicy” nie zdają sobie z niego sprawy i myślą, że to oni wygrywają. To jest po prostu Dubaj. Trzeba tu przyjechać i to zobaczyć. Nie ma chyba gwarancji, że wszystko się zrozumie.



Przez to myślenie prawie się spóźniłem na samolot. Rajd do Paula po torbę. Szybkie pożegnanie – uściski i obietnica rychłego ponownego spotkania i lecę! Filipiny czekają!


Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie

Dodaj Komentarz

Komentarze (8)

ewaolivka 11 grudnia 2015 07:27 Odpowiedz
Piękne zdjęcia i dobry (refleksyjny...) tekst :-). Zachęciłeś do zobaczenia.
jik 11 grudnia 2015 08:19 Odpowiedz
Na zdjęciu z samochodami (parking) w tle widać knajpę. Polecam. Jadaliśmy tam z żoną i znajomymi.
don-bartoss 11 grudnia 2015 09:40 Odpowiedz
Chyba najbardziej przemyślany opis Dubaju, jaki tutaj czytałem. Powodzenia! :)
cypel 11 grudnia 2015 14:55 Odpowiedz
Ładne zdjęcia Żeby było jeszcze śmieszniej to na DXB są poidełka z darmową wodą, zdatną do picia. Jeśli Dubaj to tylko stary, DEIRA, tam można faktycznie poczuć trochę arabskiego klimatu. Poza tym dużo knajpek, barów z pysznym żarciem za psie pieniądze. Kompletnie nie rozumiem fascynacji nowym Dubajem.
adamek 11 grudnia 2015 15:05 Odpowiedz
cypelŁadne zdjęcia Żeby było jeszcze śmieszniej to na DXB są poidełka z darmową wodą, zdatną do picia. Jeśli Dubaj to tylko stary, DEIRA, tam można faktycznie poczuć trochę arabskiego klimatu. Poza tym dużo knajpek, barów z pysznym żarciem za psie pieniądze. Kompletnie nie rozumiem fascynacji nowym Dubajem.
No cóż... dla mnie nowy Dubaj, to fatamorgana. Zimny, bezduszny, rozgrzebany plac budowy z błyskotkami dla obrzydliwie bogatych. Ale trzeba przyznać, że momentami oko cieszy. Mam słabość do ładnych budynków, a tam ich dostatek.
kinka 15 grudnia 2015 11:32 Odpowiedz
Namówiłeś mnie! Właśnie kupiłam bilety :D
pestycyda 24 grudnia 2015 13:07 Odpowiedz
Piękny tekst...Dziękuję i pozdrawiam :)
krystoferson112 24 grudnia 2015 14:35 Odpowiedz
Mój wpis będzie mało merytoryczny... zaje....sta relacja.