+10
adamek 29 lipca 2014 00:44


Z bajkowego Arslanbob chciałem się koniecznie dostać na drugi koniec Kirgistanu – do leżącego u podnóża gór Tien Szan Karakol. Od początku podróży, to był punkcik na mapie, do którego musiałem się prędzej czy później dostać. Odkładałem to, bo każdego dnia telefon pokazywał mi, że w ciągu dnia jest tam -4 stopnie, w nocy -16. Nie miałem ciepłych ubrań. Nie na takie warunki. W końcu powiedziałem sobie, że nie może być tam aż tak zimno. Zebrałem się wcześnie rano i ruszyłem w podróż przez cały kraj – z zachodu na wschód.



Dzień transferowy. Calusieńki w podróży. Najpierw marszrutka z Arslanbob do Bazar Kurgon. Szybka przesiadka – niemal w biegu do marszrutki do Dżalal Abadu. Tam kolejna marszrutka do Osz. Na miejscu autobus na lotnisko. Lot do Biszkeku. Z Lotniska marszrutka na Osz Bazar. Potem marsz na dworzec autobusowy. Ostatnia marszrutka do Karakol. Zdążyłem! Sam nie wiem jakim cudem. Nie planowałem, bilety kupowałem ot tak, na miejscu. Pełen spontan. Tutaj da się nawet tak z samolotem! To był dzień busów, dworców, lotnisk. Ludzie w ruchu. Tłumy, krzyki, naganiacze. W uszach dźwięczały mi nazwy różnych miast i miasteczek wykrzykiwane na dworcach: Osz! Dżalal Abad! Naryń! Toktogul! Talas! Koczkor! Bałykczy! Ałmaty! Tyłek boli, nogi już zdrętwiałe i spuchnięte. Cały dzień siedzę. Z przerwami na bieganie z plecakiem. Wszystko ułożyło się jak po sznurku. Idealnie. Czułem, że szczęście mi sprzyja.



Uwielbiam podróżować. To jest to. Moje. Samolot, autobus, pociąg, statek. Nieważne. Ważne to być w ruchu. Przemieszczać się. Z miejsca na miejsce. Czuje wtedy, że przestaję być punkcikiem na mapie. Jestem gdzieś pomiędzy „tu” i „tam”. W tej dziurze w czasoprzestrzeni czuję się wolny. Wolny od wszystkiego. Jakby to zostawało „tu” i czekało na mnie z powrotem „tam”. Ale w podróży tego nie ma. Jakby faktycznie tożsamość odklejała się ode mnie wraz z przyzwyczajeniami, powinnościami, rolami, maskami, wszystkim co złe, wszystkim co czyha tam gdzieś i kiedyś. Ludzie często narzekają, że podróż jest długa, męcząca. Nie potrafią się cieszyć samą drogą. Ona potrafi dać nam więcej niż miejsce, do którego jedziemy, lecimy, płyniemy. Nawet spanie w drodze. Ten stan pół-jawy-pół-snu, kiedy nie wiemy co jest marą a co rzeczywistością, kiedy do głosu dochodzą nasze wrażenia, wspomnienia, przeżycia. Nie każdy potrafi delektować się podróżą.



No więc siedzę w marszrutce pędzącej do Karakol północną stroną jeziora Issyk Kul. Jezioro to jedna z największych atrakcji Kirgistanu. Drugie (po Titicaca) najwyżej położone jezioro na świecie. Woda ciepła, nie zamarza w zimie. Kąpać się raczej nie będę. Odpuszczam postój w którymś z kurortów na brzegu. Pędzę w góry. Do Karakol. Na miejsce dojeżdżam pod wieczór. Okazuje się, że jest tu 16 stopni. A w nocy kilka. Nie wiem jakim Karakole pokazywał pogodę mój telefon, ale na pewno nie w tym. Nie mam już siły na zwiedzanie miasta. Lecę piechotą do znalezionego po drodze Artisan Guesthouse (550 somów za noc). Po drodze kupuje lepioszki prosto z pieca. Wstępuję też do sklepu po coś do chleba. Chyba tylko w Kirgistanie spotkałem się z tym wyjątkowym podejściem pań sklepowych. Zdarzyło mi się to kilka razy, więc warto o tym wspomnieć. Otóż panie sklepowe, z zadziwiającą szczerością i opiekuńczością dbają o to abym się nie zatruł niczym nieświeżym. Na przykład prosząc o rybę, potrafiłem usłyszeć „Nie bierz ryby, jest nieświeża!” albo prosząc o kiełbasę, słyszałem, że „leży tu już drugi tydzień i lepiej wziąć tamtą – przyjechała wczoraj”. Po którymś razie, prostu zaczęło mnie to rozczulać.



Na kolację na powitanie dostałem… domowej roboty powidła. Z róży. Nie lubię przetworów z róży, ale te powidła zwaliły mnie z nóg. Nie wiem jak oni to robią. Co dodają. Może to po prostu magia miejsca. To uczucie kiedy lepkie czerwone stróżki ściekają z chrupiącego chleba po palcach, po dłoni. A ja łapczywie je zlizuję, żeby nie zmarnować ani kropli. Tak powidła są absolutnym odkryciem tego wyjazdu. Coś tak prostego a zarazem bosko pysznego. To jest kolejny obraz. Kolejne piękne wspomnienie. Te konfitury śniły mi się tej nocy!



Wstaję o 6:00 rano. Chcę pobiegać po okolicy. Pogoda jest piękna. Błękitne niebo bez chmur. Kilka stopni. Idealne warunki. Biegam po okolicy ubrany w czarne getry i koszulkę do biegania. Wioski powoli budzą się do życia. Ludzie krzątają się po obejściach i po ulicach. A raczej ubitych drogach. Biegam po okolicznych posiołkach, które jeszcze 23 lata temu należały do jakiegoś gigantycznego kołchozu. Okolica przepiękna. od południa góry Teskey Ala-Too a za nimi Chiny. Od północy, w dali gdzieś za jeziorem pasmo Küngöy Ala-Too i Kazachstan. Naokoło tylko wysuszone pola, opuszczone kołchozowe budynki, jakieś stare fabryki. Minusem takich pokołchozowych wsi są wszędzie wałęsające się bezpańskie psy. Kiedy przebiegałem obok jakiejś bramy, jeden mnie próbował zaatakować. Nie wiem co to było, ale było ogromne i ujadając próbowało się przecisnąć pod bramą. Na szczęście było tak duże, że wyszło tylko do połowy. Byłem tak przerażony, że uciekając zaliczyłem spektakularną glebę, z zadrapaniami i ranami do krwi. Wszystko przez absolutnie nieprzewidywalne i zupełnie niestabilne „drogi” – pełne błota, kamieni i ogromnych dziur.



Rany opatrzyłem przy śniadaniu. Znowu komplet boskich konfitur, świeży chlebek, kefiry, sery. Przy takich śniadaniach można się naprawdę rozpuścić. Dzisiaj mam plan. Jadę parku narodowego w dolinie Karakol. Tam chcę pochodzić cały dzień. Przewodnik pisze o kilku przyjemnych trasach, ale konkretów nie ma. Zapowiada się dużo chodzenia. Ja po cichu marzę o jeziorze Ala Köl. Tak zachwyciło mnie zdjęcie z przewodnika. Szafirowe jezioro gdzieś wysoko w górach, otoczone nagimi skałami. Widok na lodowce. Tak, chcę tam dotrzeć. Na początek trzeba dostać się do parku. To jakieś 7 km od centrum. Jedzie tam marszrutka 102, która zatrzymuje się pod bazarem w centrum. Można też złapać ją na rogu ulic Toktogula i Gorkiego. Trochę trudno się dogadać. Kierowcy słabo mówią po rosyjsku, nikt nie rozumie kiedy się mówi „Karakol Park”, lepiej pytać o Karakol i łyżną turbaze (ośrodek narciarski). Po jakiś 20 minutach jazdy, busik dojeżdża prawie pod samo wejście do Parku Narodowego Karakol.



Wejście do parku kosztuje 250 somów. Nie lubię przepłacać. Postanawiam wykorzystać sztuczkę, której w At Baszy nauczył mnie Zuu. Kiedy podchodzę zapłacić za wejście i pan w okienku pyta mnie skąd jestem, odpowiadam, że z Polski, ale że jestem wolontariuszem. „Wolontjor” to słowo klucz! Magiczne hasło, dzięki któremu za wszelkie bilety wstępu płaci się tyle co miejscowi. Czyli 5 somów. Teraz niejeden powie, że to cwaniactwo, wykorzystywanie itd. Po co tak w ogóle robić? Oto moje uzasadnienie. Wjeżdżając do Kirgistanu, wymieniłem 200 dolarów na somy. Założyłem, że wydam je wszystkie. Nie będę przywoził nic z powrotem. Wszystko co mam zostawię. Zamiast zostawiać to w parku, wolę to zostawić ludziom na bazarze, w marszrutce, czy jakimś sklepie. Dlaczego? Park to instytucja państwowa. W Kirgistanie jest bałagan. Państwowe znaczy niczyje, można okradać. Na pewno nikt stąd tych pieniędzy by nie zobaczył. Tymczasem, za zaoszczędzone 245 somów mogłem kupić 5 lepioszek (za 50 somów), 3 samsy (za 75 somów), pół kilograma suszonych moreli (za 80 somów) i litr kefiru (za 40 somów). Zarobiło tyle osób. Kasa poszła w obieg.



Nie ma żadnych biletów, żadnych map. Zakładam, ze nie wszędzie zadziałają Mapy Google, więc przezornie robię zdjęcie tablic, na których wypisane są szlaki z ich długością oraz orientacyjna mapę, żeby wiedzieć gdzie jestem i dokąd idę. Niezbyt pociesza mnie to co widzę. Nad jezioro Ala Köl jest 19,5 km w jedną stronę. Jest 10:30 rano. Będzie ciężko. Chyba sobie odpuszczę.



Karakol do długa, ciągnąca się kilkanaście kilometrów dolina. Jest dość wąska – z obu stron otaczają ją dość strome góry. Ich zbocza porastają przepiękne ogromne świerki i sosny Tien-Szan o piramidalnym kształcie. Jeżeli chodzi o szlaki, nie jest ich dużo. Najprostsza i najmniej wymagająca trasa to spacer samą doliną. Można iść kilkanaście kilometrów w głąb potem wrócić. Mimo że nie ma wspinaczki, widoki są obłędne. Bardziej wymagające szlaki zaczynają się w dalszej części doliny, ale to jest już konkret. Najdłuższy ma 40 km w jedną stronę. W dolinie można się na pierwszym odcinku poruszać samochodami, bo jakieś 3 pierwsze kilometry droga jest utwardzona. Później trzeba mieć już co najmniej Ładę Nivę. Potem pozostają już tylko konie i nogi.



Nagle jakbym się przeniósł w przestrzeni. Z odległego Kirgistanu gdzieś w środku Azji, na alpejskie łąki. OK, nie byłem nigdy w Alpach. Ale tak właśnie je sobie wyobrażam. Idę dróżką powoli pnącą się do góry wzdłuż rzeki. Naokoło pastwiska. Na nich konie, krowy, owce. Droga ciągnie się kilka ładnych kilometrów.



To niby cały czas jedna dolina, ale co jakiś czas zmieniają się krajobrazy. Po kamienistych, wysuszonych pastwiskach, nagle znajduje się w środku świerkowego lasu. Przed sobą w oddali cały czas mam ośnieżone ostre szczyty Tien Szanu. Nagle trafiam na wilgotną alpejską łąkę. Na niej stoi opuszczony barakowóz. Zamknięty na cztery spusty. Naokoło walają się tylko stare butelki po wódce z już wyblakłymi etykietkami. A więc to tu śpią pasterze doglądający swoich owiec, koni czy innej trzody.



Taki sowiecki akcent w kirgiskiej kulturze. No bo po co stawiać jurty, skoro jest barakowóz? Mimo wszystko nie jest to widok żałosny. Na myśl przychodzi mi zdjęcie ze zekranizowanej później książki Johna Krakauera „Into the Wild”. Młody Chris „Supertramp” Mccandless siedzący na tle starego autobusu w środku pustkowia. Kręciłem się wokół tego wozu i próbowałem jakoś wdrapać się na dach. Marzyło mi się jakieś super ujęcie, ale byłem sam. Samowyzwalacz tego nie udźwignie. Do tego wejście na ten barakowóz graniczyło z cudem. Wszędzie jakieś sterczące pręty, ostra blacha, drzazgi. No cóż. Wkrótce mam nadzieję zrobić sobie zdjęcie z oryginalnym autobusem Mccandlessa na Alasce.



Po jakichś siedmiu kilometrach marszu, dolina się zwęża, a koryto rzeczki zdecydowanie poszerza, wypełniając jakąś połowę przestrzeni pomiędzy zboczami. Robi się jakoś więcej przestrzeni. Jakoś tak bardziej górsko. Kiedy wychodzę na tą przestrzeń, aż robię – wow! To jeden z tych momentów kiedy po prostu się zatrzymujesz, milczysz i patrzysz. Patrzysz na wodę, na góry, na drzewa. Słuchasz szumu wiatru, delikatnego szmeru kołyszących się świerków, plusku wody, która powoli, jakby od niechcenia płynie szerokim korytem. Delektujesz się przepiękną, dziewiczą przyrodą. A do tego słońce miło liże cię po twarzy.



Po kolejnych trzech kilometrach docieram do drewnianego mostka, z którego odchodzi szlak nad jezioro Ala Köl. Mimo żwawego marszu, przez częste postoje i absolutne delektowanie się przyrodą, trochę mi zeszło na dotarciu tutaj. Jest po 13. Patrzę na mapkę, przeszedłem już jakieś 10 km, zostaje prawie drugie tyle. Tylko, że pod górę. I to ostro. Zakładam, że to jakieś 3 godziny marszu. Trochę na górze, potem jakieś 2,5 w dół. Potem kolejne 2,5 godziny do wyjścia z parku. Wychodzi na to, że będę wracał po ciemku. Odpuszczam. Jestem sam. W górach. Nie minąłem absolutnie nikogo. Nie widziałem żadnych śladów ludzkiej obecności. Nie ma co.



Tylko przejdę za mostek. Zobaczę jak tam jest. Za mostkiem las. Gesty. Do tego krzaki. Widzę szlak malowany czerwoną farbą na drzewach. Zobaczę tylko jak się idzie. Ciężko. Co chwila gubię ścieżkę w krzakach. Chodzę po kamieniach, powalonych pniach drzew. Co za droga!? Nie no już wracam. Tylko co ja będę robił tam w dole. Jeszcze kawałek… Dobra IDĘ! Gepard Chester wygrał. To nie tak, że jestem nieodpowiedzialny, beztroski, szalony czy zwyczajnie głupi. Przekalkulowałem szybko w głowie, że do jakiejś 19:30-20:00 muszę być z powrotem tu na dole. Przez dolinę przecież mogę iść nawet po ciemku. Droga jest prosta, dość szeroka. Co najwyżej potknę się i upadnę w błoto. Zapas wody – mam 1,5 litra. Plus litr kefiru. Do jedzenia chleb, czekolada, suszone morele i jakieś cukierki. No cóż, nie będzie wykwintnego obiadu w restauracji, białych obrusów i porcelany. Będzie jedzenie na szlaku brudnymi rękami. Taaaak! No więc żegnam na razie prostą, szeroką drogę doliną i odbijam pod górę. Jezioro czeka na mnie.



Pierwszy odcinek to droga przez las, krzaki i ogromne pole głazów narzutowych. Co chwila gubiłem szlak i go odnajdowałem. Starałem się szukać wydeptanej, ledwo widocznej ścieżki między drzewami, krzakami i głazami. W końcu wychodzę na pnącą się pod górę łąkę. Jest ciężko. Stromo. I ile skakanie po kamieniach przypominało radosne pląsanie, o tyle droga po wijącej się między niskim, ostrymi krzakami ścieżce to ostra tyrka.



Po pokonaniu pierwszego odcinka – naprawdę wymagającego. Droga staje się łatwiejsza. Zmienia się widok. Jest coraz mniej drzew. Słońce grzeje dość mocno, a mimo to, coraz częściej pojawiają się plamy śniegu. Tutaj rządzą skały i kamienie. Wszędzie szarość skał, na której wręcz rażą po oczach jaskrawo czerwone plamy farby wyznaczające szlak. Oczywiście nie przeszkadza mi to co chwila gubić szlaku. Na szczęście zaraz go odnajduję.



Teraz droga jest prosta. Widzę gdzie idę według mapy sprzed wejścia i Google, muszę się kierować na ścianę skalną wysoko przede mną, po prawej stronie. Tam na górze będzie jezioro. A więc prę do przodu. Przechodzę przez gigantyczne gruzowisko skał, które zsunęły się ze zbocza. Na szczęście jest już w miarę płasko. Droga polega na skakaniu z kamienia na kamień, uważając, żeby się nie poślizgnąć, nie obsunąć, zwyczajnie nie zabić albo połamać. Byłby problem. Właśnie zauważyłem, że w telefonie nie ma zasięgu. Jedyne ślady świadczące o ludzkiej obecności tu, to jakieś wyblakłe papierki po batonach i puszki po piwie z poprzedniego sezonu. A więc jestem sam! I wcale się nie boję.



Po jakiś 2/3 drogi na górę, natrafiam na jakąś chatę nad rzeką. Super miejsce. Zabudowana żerdziami wiata, kryta blachą. W środku palenisko, na podwyższeniu miejsce do spania. 6-10 osób może tu spokojnie zatrzymać się na noc w drodze nad jezioro. Obok strumień z – wydaje się – krystalicznie czystą wodą. Miejsce jest przeurocze. Chciałbym się tam dłużej zatrzymać, posiedzieć. Chciałbym tu nawet nocować! Gdybym wiedział, wziąłbym śpiwór. Ale nie da rady. Jutro wracam do Biszkeku i lecę do domu. OK, po krótkim postoju idę dalej.



I tak zaczyna się chyba najtrudniejszy odcinek trasy. Szlak wspina się teraz ostro pod górę po gołym niemal zboczu usłanym kamieniami różnej wielkości. Droga to męczarnia. Jest bardzo stromo. Grząska ziemia ucieka spod butów. Kamienie się zsuwają. Zjeżdżam. Ślizgam się. Prawdziwa zabawa będzie przy schodzeniu. Droga kręci. Trzeba przecinać coraz większe, śliskie łaty śniegu. To w zasadzie nie śnieg ale twarda jak lód, ubita skorupa. Trudno w nią wbić nogę. O przechodzeniu przez to nie ma mowy, trzeba omijać. Kilka razy musiałem schodzić, żeby okrążyć takie jęzory. Do tego okazuje się, że czasem spod nich, lub spod kupy kamieni, nagle wypływa strumień, który trzeba przeskoczyć.



Ostatni – mam nadzieję – odcinek jest już cały pokryty śniegiem. Po pas. Tu się zaczyna zręcznościówka. Wspinam się na kamienie i skaczę z jednego na drugi wystający ponad śnieg. Parę razy nie trafiłem lub się poślizgnąłem. Nurkowanie w mokrym śniegu to nic przyjemnego. Szczególnie gdy okazuje się, że pod metrową warstwą, płynie strumień. Buty mam już zupełnie mokre. Podejście wydaje się już naprawdę niemożliwe, ale nie daję za wygraną. Po prostu za dużo już przeszedłem. W końcu jestem! Docieram na górę. Wchodzę na grań. Patrzę na drugą stronę i widzę jezioro. Nie ma szafirowo zielonej wody. Jest wielka biała plama. Jestem za wcześnie, jezioro jeszcze nie odmarzło. Caluteńkie pokrywa jeszcze śnieg.



No więc to niezupełnie to co widziałem w przewodniku, ale zupełnie nie czuje rozczarowania. Znowu jestem na górze. Znowu sam. Świeci słońce, wieje delikatny wiatr. Jest 16:00. Liczę, ze mam jakieś pół godziny, żeby sobie tutaj posiedzieć. Ściągam mokre buty i skarpetki i suszę je na słońcu. Sam zabieram się za jedzenie. Trasa była wyczerpująca. Gorąco, stromo. Od wejścia do parku 19,5 km. Drugie tyle z powrotem. Leżę rozglądam się, rozkoszuje widokiem, rozmyślam. To w sumie ostatnia moja wycieczka na tym wyjeździe.



Biorę przewodnik i przeglądam. Patrzę gdzie byłem, co widziałem. Ktoś się może zastanawiać po jaką cholerę targam książkę – dodatkowy kilogram w plecaku – skoro mogę mieć przewodnik na e-booku. Otóż nie mogę. Książka to magia. Papier. Dotyk, zapach. I coś jeszcze. Z przewodnikami tak jest, że z każdą naszą podróżą, stają się coraz grubsze. Wypełniamy je naszymi przygodami, przeżyciami, wspomnieniami. Można w nich znaleźć piasek z hawajskiej plaży, pył z wulkanu Pacaya, ziele dzikiej pietruszki zerwane gdzieś na Maderze, kartkę z Barcelony, etykietę tajskiego „Chianga” czy bilet autobusowy z Malezji. Książki się brudzą, ale to szlachetny brud. Wylana Margarita, zielone curry, plamy spoconych i brudnych dłoni na kartkach. Papierowe przewodniki są świadkami naszych podróży. E-booki są lekkie, ale puste. Nic w nich nie zostaje. Nie istnieją. Dlatego ja zawsze będę woził książki.



Pół godziny mija jak chwila. Skarpetki i buty jeszcze mokre. Trudno. Czas schodzić w dół. Droga powrotna wcale nie jest łatwiejsza. Strome zejście w dół po śniegu. Jeszcze wybrałem złą drogę. Nagle robi się stromo i ślisko. Jakieś kamienie. Boję się, że się potłukę. Decyduje się zrobić kontrolowany zjazd na tyłku. Trochę strachu. Jakoś się udaje. Potem zsuwanie się po kamieniach. Trochę łatwiej idzie na płaskich odcinkach. Nadrabiam. Po drodze skończyła mi się woda. A pić się chce. Upał, wysiłek. Wpadam na pomysł, żeby napić się wody ze strumienia. Próbuje najpierw trochę. Przypomina mi się to co Zuu mówił w At Baszy o strumieniach z rtęcią. Co więcej, po drugiej stronie gór jest chiński poligon atomowy. Ale woda wypływa z jeziora górskiego, musi być czysta! Kiedy po jakiś 15 minutach nic mi się nie dzieje z brzuchem. Nalewam całą butelkę. Woda dziwnie smakuje. Jakoś tak mlecznie. Dopiero po jakimś czasie zdaję sobie sprawę dlaczego. Piję ją z niedomytej butelki po kefirze… tak czy siak, była pyszna!



Walka z czasem. Słońce schodzi coraz niżej. Musze dotrzeć do doliny przed zmrokiem. Nie wyobrażam siebie skakania po skałach albo drogi przez po ciemku. Pamiętałem, że ciemno robi się o 20:00. Zapomniałem, że w górach słońce chowa się za nie wcześniej. Byłem więc w plecy o jakąś godzinę. Nerwowo leciałem w dół. Żeby tego było mało, na ostatnim odcinku słyszałem coś w drzewach. Jakiś zwierz. Zastanawiałem się co to może być. Pierwsze co przyszło mi do głowy to niedźwiedź. Zastanawiam się cóż mógłbym zrobić w razie spotkania. Jedyne co przyszło mi do głowy to hałas. Walenie pustymi butelkami PET – jedna o drugą. Dziwne myśli. Kiedy słońce schowało się już za górami, docieram na dół. Musiałem gdzieś w lesie źle skręcić i wyszedłem w dół strumienia, daleko za mostkiem. Bliżej wyjścia, tylko że po złej stronie. Nie chce mi się wracać. Idę wzdłuż i szukam miejsca, w którym będę mógł przejść strumień.



Trochę mi to zajęło, ale w końcu się udało. Znalazłem miejsce w którym strumień się rozdzielił na kilka mniejszych, w płytkich miejscach (po kostki) przeszedłem go w poprzek. W butach. I tak były mokre. Pomyślałem, ze nic się nie stanie. Byłem prawie w domu. Zostało mi jeszcze jakieś 9 km do wejścia do parku. Więc szedłem. Robiło się już ciemno. Droga niby ta sama, ale zupełnie inna. To niesamowite jakie figle potrafią nam płatać zmysły, kiedy jesteśmy sami w tak odległym miejscu, po zmroku.



Co chwila widziałem przy drodze jakieś zwierzęta. To wilki, to niedźwiedzie. To jakieś dziwne ptaki, czy węże. Wszystkie one okazywały się kamieniem, cienie, jakimś pniakiem, czy wygiętą gałęzią. Czułem się jak w jakiejś bajce. Szedłem cały czas sam. Nie spotkałem w parku, przez cały dzień ani żywej duszy. Wracając mijałem tylko konie na pastwiskach zbierające się do snu. Jedna myśl nie dawała mi spokoju – jak konie śpią!? Na stojąco czy na leżąco? Nie czekałem. Kiedy wychodziłem z parku było już zupełnie ciemno. Przez ostatnie 3 km podziwiałem gwiaździste kirgiskie niebo. nie pomagało mi w marszu. Na wyjściu z parku pan pytał gdzie byłem, że tak późno wychodzę. Powiedziałem, że na Ala Köl. Nie uwierzył mi. – Przecież tam i z powrotem to dwa dni...



Uwierzył dopiero kiedy pokazałem mu zdjęcia. Tak. 39 km marszu w górach. Zrobiłem coś co wprawił w zdumienie kogoś stąd. Wszedłem tam i z powrotem. Nie jest to łatwy szlak. To w sumie było trochę głupie. Byłem sam. Trasa była naprawdę mocno wymagająca. Chyba najcięższa jaką kiedykolwiek zrobiłem. W sumie jestem mocny. Trzy tygodnie wcześniej przebiegłem maraton poniżej 4 godzin. Mam zacięcie. Chyba jednak nie polecam robienia tej trasy w 1 dzień bez przygotowania. Lepiej rozłożyć to na dwa dni z noclegiem z chałupie. I do tego zejść drugą stroną. To musi być dopiero trasa!



Przy wejściu do parku okazało się, że nie kursują już żadne marszrutki. Miałem więc jeszcze 7km spacer do hostelu w Karakol. W zupełnych ciemnościach. Po przedmieściach. Nie wyobrażałem sobie chodzenia po 22:00 gdzieś po obrzeżach jakiegoś miasta w Kirgistanie. A jedna. Nie bałem się. Nie ludzi. Po prostu nie czułem zagrożenia. Do tego to piękne gwieździste niebo. Obiecałem sobie wtedy, że się nauczę robić zdjęcia nocnego nieba. Jedyne na co musiałem uważać to ciemność. Na drogach lubią w niej czekać niespodzianki. Człapiąc po ciemku po chodniku wpadłem np. na… pasącego się konia. Tego wieczora udało mi się jeszcze ze 3 razy wpaść w – dosłownie – wyrwę, półmetrowej głębokości na skraju drogi. Warto uważać, często po środku chodnika nagle pojawia się dziura, w której leży jakiś złom, np. stary silnik, jakieś pręty, ostra blacha. Aż strach pomyśleć co by się stało.
Do hostelu dotarłem po 12 godzinach od wyjścia. Przemoczony, brudny, pokiereszowany, zakrwawiony, z obtartymi nogami. Wykończony i głodny ale szczęśliwy. Zasnąłem jak zabity. Nazajutrz czekał mnie transfer do Biszkeku i dłuuugi powrót do Polski przez Stambuł i Lwów. Tak kończy się moja mała kirgiska przygoda. Pierwsza, na pewno nie ostatnia.



Warto zobaczyć Kirgistan póki jeszcze jest prawdziwy. Póki dzieci uśmiechnięte ustawiają się do zdjęć. Póki ludzie zaczepiają Cię, pytają, opowiadają o sobie. Póki po autostradzie biegają owce. Póki szaszłyki podaje się na kartkach wyrwanych z książek z rosyjską poezją a nie na plastikowych talerzykach. Póki to jest jeszcze Kirgistan.

Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie

Dodaj Komentarz

Komentarze (7)

tomwie 29 lipca 2014 07:16 Odpowiedz
No, no... I znowu jestem pod wrażeniem. Tym razem też Twoich możliwości. Gratulacje. Następnym razem proponuję jednak wysiąść nad Issyk-kulem. Magiczne jest to jezioro. Jeszcze raz dzięki za przywołanie moich własnych kirgiskich wspomnień. Czekam na Twoją nową relację z innego krańca świata.
grzegorz40 29 lipca 2014 10:41 Odpowiedz
ale pięknie; najlepsze zostawiłeś sobie na koniec ;-)
krasnal 29 lipca 2014 19:33 Odpowiedz
Łapa w górę za akapit o papierowych przewodnikach.
krystoferson112 30 lipca 2014 11:28 Odpowiedz
"Uwielbiam podróżować. To jest to. Moje. Samolot, autobus, pociąg, statek. Nieważne. Ważne to być w ruchu. Przemieszczać się. Z miejsca na miejsce. Czuje wtedy, że przestaję być punkcikiem na mapie. Jestem gdzieś pomiędzy „tu” i „tam”. W tej dziurze w czasoprzestrzeni czuję się wolny. Wolny od wszystkiego. Jakby to zostawało „tu” i czekało na mnie z powrotem „tam”. Ale w podróży tego nie ma. Jakby faktycznie tożsamość odklejała się ode mnie wraz z przyzwyczajeniami, powinnościami, rolami, maskami, wszystkim co złe, wszystkim co czyha tam gdzieś i kiedyś. Ludzie często narzekają, że podróż jest długa, męcząca. Nie potrafią się cieszyć samą drogą. Ona potrafi dać nam więcej niż miejsce, do którego jedziemy, lecimy, płyniemy. Nawet spanie w drodze. Ten stan pół-jawy-pół-snu, kiedy nie wiemy co jest marą a co rzeczywistością, kiedy do głosu dochodzą nasze wrażenia, wspomnienia, przeżycia. Nie każdy potrafi delektować się podróżą." Świetnie napisane, może być mottem podróżników. Super!
prosiakt 2 sierpnia 2014 12:51 Odpowiedz
Super relacja , fajne fotki - chce się czytac i oglądać :) mozesz mi powiedziec jak długo byłes w Kirgistanie i ile poszło Ci na to pieniędzy ? w opisie znalazłem że miałeś 200 dolarów , czy jeszcze coś dodatkowego ?
adamek 5 sierpnia 2014 11:40 Odpowiedz
prosiaktSuper relacja , fajne fotki - chce się czytac i oglądać :) mozesz mi powiedziec jak długo byłes w Kirgistanie i ile poszło Ci na to pieniędzy ? w opisie znalazłem że miałeś 200 dolarów , czy jeszcze coś dodatkowego ?
Byłem tam w sumie 8 dni na miejscu. Bilety z Lwowa 280 USD, dojazd do Lwowa z Warszawy 160 zł RT, na miejscu miałem 200 USD. Dodatkowo wydałem na bilety lotnicze Biszkek-Osz-Biszkek 40 EUR. Na miejscu noclegi to koszt 300-500 somów (15-25 zł) za noc. Jedzenie to ok. 100 somów / dziennie. Transport to max. 350 somów za bilet (Biszkek - At Baszy). Generalnie jest niedrogo.
edytinha 6 stycznia 2016 22:15 Odpowiedz
Cudownie się czyta i ogląda! Gratuluje!