+7
adamek 24 lipca 2014 00:39


Dzisiaj miało być idealne śniadanie. Lepioszka, kefirek, suszone owoce. Ławka w parku. Gorący poranek w Osz. Zieleń, ćwierkające ptaki, miasto powoli budzące się do życia. Specjalnie wstałem wcześniej. Niestety, nic z tego. Szaro, brzydko, ulewa. Pierwsza podczas mojego pobytu w Kirgistanie. I to tu. W oazie po środku pustyni. Czekam więc w hostelu jak najdłużej. Potem szybkie susy pod wiatę przystanku. Bus 122. Jestem w centrum. Teraz tylko trzeba doczłapać na dworzec autobusowy. Moim celem jest Arslanbob – uzbecka enklawa otoczona górami i lasami orzechowymi. Tak, zachwyciły mnie zdjęcia w przewodniku. Nie planowałem tam jechać na początku, ale czułem, że to może być dobry pomysł.

Nie ma bezpośredniego busa. Trzeba sztukować. Najpierw 2 godziny do Dżalal-abadu. Tam zmiana busa na ten jadący do Bazar-Kurgon, 45 min. Stamtąd już bezpośrednio do Arslanbob jakies 2,5 godziny. Brzmi OK, ale zakładam, że będę się tłukł cały dzień. Przesiadki, czekanie itd. Dzień wcześniej dowiedziałem się u przemiłej pani w okienku na dworcu, ze bus do Dżalal-Abadu odjeżdża o 8:30. Mając w pamięci jak punktualne są odjazdy w Kirgistanie jestem 15 po ósmej. Po drodze skakałem pomiędzy kałużami, przedzierałem się przez rowy z rwącą deszczówką i jeziora na pustych placach targowych. Droga miejscami przypominała tor przeszkód, albo jakąś zręcznościówkę. Żeby nie wpaść do bajora, trzeba było iść po odpowiedniej desce, skoczyć na odpowiedni kamień, złapać za odpowiednie rusztowanie czy opuszczony stragan. Oczywiście i tak cały zmokłem.



Na miejscu kupuje bilet, kierowca mówi, że ruszamy o czasie. Lecę szybko do przydworcowych sklepów. Nie lubię takich. Tylko alkohol, jakieś słodycze, chipsy i przeterminowane paczkowane żarcie. Gdzieś po drodze, w podwórku dostrzegam otwartą piekarnię. Zasadniczo, to za dużo powiedziane. W otwartej izbie stoi piec z chlebkami, obok facet w t-shircie umorusanym mąką i zaschniętym ciastem i skrzynia gorących jeszcze lepioszek. W zasadzie to wywąchałem to miejsce. Wiedziałem, że nie muszę już dalej szukać. Z prędkością światła podbiegłem do pana i poprosiłem o dwa gorące chlebki. Dostałem je prosto z ręki. Gorące, aż parzyły w dłonie. Przez niebieską grubą foliową torebkę. Poleciałem do busa zjeść je, zanim się zaparują i opadną. Biegnąc chroniłem je przed deszczem jak jakiś największy skarb.



Zdążyłem. Ruszamy. Kiedy wyjeżdżamy z krętych uliczek Osz, wyjmuję bufet. Powalający zapach świeżo upieczonej lepioszki momentalnie wypełnia cały bus. Wszyscy po kolei się odwracają w moją stronę. Ja jeden z tyłu z kartonem kefiru, torebką suszonych moreli i chlebkami. Wszyscy patrzą na mnie. Może popełniłem jakąś gafę? Może tu się nie je w busach? Nie przejmuje się tym. Z grzeczności pytam, czy ktoś nie chce się poczęstować – w nadziei, że odmówią. Uff. Nikt nie jest głodny. Droga mija szybko, przestaje padać, za oknami nuda. Szeroka dolina, domy, drzewa. Wszystko budzi się do życia po ulewnym deszczu. Po niecałych dwóch godzinach dojeżdżamy do Dżalal-Abadu.



Na miejscu – szczęście – bus do Bazar-Kurgon odjeżdża za 10 minut. Kupuję bilet, zostawiam plecak w aucie i lecę szukać toalety. Po dramatycznej podróży powrotnej z At-Baszy wolę być pewien, że ruszam z pustym pęcherzem. Trafiam na toaletę dworca autobusowego w Dżalal-Abadzie. To miejsce mnie skrzywdziło. Nie jestem francuskim pieskiem. Nie potrzebuję luksusów. Ale to na co trafiłem na dworcu po prostu wryło mi się w psychikę i pozostanie tam do końca życia. Już wiem jak Dante wyobrażał sobie najniższy krąg piekła. Miejsca tak strasznego nie wymyśliłby nawet scenarzysta horrorów. Nawet nie będę się starał opisywać tego miejsca. Nieopisany fetor. Brak ścianek – przestrzeń publiczna. Narciarze. Brak bieżącej wody. Niecałe 2 minuty wyjęte z życia. Żadne przydrożne kible Ukrainie, Białorusi w Rosji, nawet w Maroko czy Egipcie nie mogą konkurować z tym co tam zobaczyłem. Otrząśnięcie się z tego doświadczenia zajęło mi parę minut. Stałem przy rurze z wodą pod drzewami nieopodal i próbowałem doprowadzić tętno do normalnych wartości.



Wracam do busa i wydawało mi się, że wygląda jakoś inaczej. Już daleka dziewczyna – na oko dwudziestoparoletnia Rosjanka – z obsługi dworca krzyczy do mnie – „Biegnij, Twój bus odjechał!”. Moja pierwsza myśl „co k..a?!” Jak to odjechał? Z moim bagażem? Nie zdążyłem zebrać myśli, kiedy znowu krzyknęła. – No biegnij! – Ale gdzie? Tam – na ulice, złapiesz go jeszcze! Tam jest! Szybko się rozejrzałem. Bus wyjeżdżał drugą stroną dworca był już za szlabanem. No tak szybko jeszcze chyba w życiu nie biegłem. Wyleciałem na ulice i modliłem się dosłownie lecąc między samochodami, żeby bus zjechał w moją ulicę. W sumie to nie miałem pojęcia dokąd pojedzie, więc zwyczajnie biegłem 3 pasmową ulicą prosto na niego. Mijając jadące samochody. Nie wiem jakim cudem żadne mnie nie trafił. Stanąłem przed busem z rozłożonymi rękami. Kierowca zatrzymał się jak gdyby nigdy nic i otworzył mi drzwi. Wszedłem zziajany do środka, a wszyscy współpasażerowie zwyczajnie się ze mnie śmieli. Kiedy opadło ciśnienie zastanawiałem się – jak on mógł ruszyć beze mnie!? Zastanawiałem się też czy czasem nie wyładowali mojego plecaka z bagażnika. Ta myśl nie dawała mi spokoju przez resztę drogi, czyli jakieś 45 minut. Już sobie planowałem jak resztę wyjazdu spędzę z jedną parą majtek, skarpet, w rozwalonych butach. Jedne spodnie, jeden T-shirt. Pysznie!



W Bazar-Kurgon okazało się, że wszystko jest. Uff. Tym bardziej zastanawiam się, co by się stało z moimi rzeczami, gdybym nie zdążył na busa! szybka zmiana busa na ten do Arslanbob. Czekanie 10 minut. Tym razem nie ruszam się spod busa. jestem zadowolony ze tak mi się wszystko ułożyło, nie ma jeszcze 11:30 a ja już prawie jestem na ostatnim odcinku. Już bez przygód, jak zwykle w tej części Kirgistanu – o czasie – bus rusza. Jedziemy długie 2 godziny, niewygodnym starym Mercedesem „kaczką” poprzez doliny, wzdłuż rwących rzek i potoków z przewieszonymi nad nimi mostami linowymi. W drodze jak zwykle próbuję coś poczytać ale co i raz krajobrazy za oknem mnie rozpraszają. Znowu zaczyna padać. Soczysta zieleń. Nisko zawieszone, ciężkie chmury. Atmosfera senna, ale spać się nijak nie da.



Po 2 godzinach docieramy do Arslanbob. To mała górska wioska. Centrum koncentruje się wokół niewielkiego rynku ze statuą lwa, kilkoma sklepami i pobliskim bazarem. Akurat się przejaśnia, zza chmur widać błękitne niebo i przebijające się nieśmiało ośnieżone szczyty górujące nad wioską. W końcu powoli chmury ustępują i wyłaniają się zza nich konkretne pięciotysięczniki. Gęba mi się cieszy i nóżka wierci od tego co widzę. Góry! Zawsze kiedy je widzę, jestem zwyczajnie szczęśliwy. Chce szybko znaleźć jakieś miejsce, zostawić plecak i lecieć na rekonesans. Nie mam żadnego noclegu więc postanawiam się rozejrzeć. Idę do biura informacji turystycznej. Oczywiście zamknięte, bo nie sezon. Kiedy wracam na rynek, dogania mnie jakiś gość i mówi, że to on prowadzi to biuro i już je otwiera dla mnie. W środku jeden pokój, mapa namalowana na ścianie i zdjęcia kwater prywatnych wraz z opisami. Pan mówi, że wszystkie są po 600 somów za noc, wystarczy tylko wybrać któryś. Pokazuje mi na mapie, gdzie jest który, ale i tak mi to nic nie mówi. Wybieram domen nr 13. Pan dzwoni, po 20 minutach przyjeżdża około 40-letni Maruf swoim starym Mercedesem i zabiera mnie do swojego domu.



Uzbek – jak 95% mieszkańców Arslanbob. Mieszka z kilkupokoleniową rodziną. Okazuje się, że mam swój własny dom, bo jeszcze nie było żadnych turystów w tym roku. Maruf oprowadza mnie po obejściu, pytam o drogę na do pobliskich punktów widokowych: małego wodospadu i panoramy. Okazuje się, ze droga jest prosta.



Na pierwszy rzut idzie wodospad. Idzie się dosłownie kawałek w górę rzeki. Zaraz za wsią z ponad 25-metrowej skały spada krystalicznie czysta woda. Widać, że to miejsce jest nastawione na turystów. A raczej było. Kiedyś. Teraz jest tu pusto. Wokół straszą szkielety drewnianych wiat. Droga nad sam wodospad jest zamknięta. Na niskiej furtce jest kłódka i jakieś druty. Nie po to tu przyjechałem, żeby pocałować klamkę. Przeskakuję płotek i zbliżam się do coraz donośniejszego szumu. Idę wąską alejką wzdłuż metalowych szkieletów opuszczonych straganów. Złom, sznurki, jakieś szmaty, dykty, kawałki sizalowych płacht. Wygląda jakby nagle ludzie opuścili to miejsce. W końcu jest – wodospad. Ładny, ale szału nie ma. Od samego wodospadu ciekawszy jest widok na całą dolinę i Arslanbob.



Schodzę do schodów kierujących się w dół – pod wodospad. Kiedyś dało się przejść na drugą stronę rzeki i wspiąć na punkt widokowy. Kiedyś. Teraz nad wodospadem wisi urwany mostek. Przeskoczyć się nie da. Woda jest dość, głęboka, kamienie śliskie i nurt wartki. Do głowy przychodzi mi głupia myśl aby spróbować, ale życie ratuje mi aparat na szyi – szkoda mi go zamoczyć. Wchodzę na skałę, z której spływa woda, idę kawałek wzdłuż rzeki, przechodzę po drewnianym mostku i wracam nad wodospad po drugie stroni. Dalej kawałek wzdłuż zbocza, skok przez płot i jestem na punkcie widokowym otoczonym zardzewiałą barierką. Zepsute, powyginane metalowe schody, urywają się w pewnym momencie nad przepaścią. Już wiem dlaczego zamknięte. Widok tak żałosny, że aż się robi przykro. Rozkład w najczystszej formie. Ale nie przyszedłem tu oglądać tarasu tylko dolinę i Arslanbob.



Znowu jestem całkiem sam. Po drodze mijam jakieś 2 osoby, które zajęte prowadzeniem kozy, nie zwracają na mnie uwagi. Nie ma straganów. Nie ma pamiątek. Nie ma biletów. Cisza. Słychać tylko szum wodospadu. Widać tylko dolinę, wioskę, naokoło dostojne szczyty. Można po prostu siedzieć i chwytać obrazy. A więc siedzę, nic nie robię, tylko chłonę okolicę tak łapczywie jak to tylko możliwe. W oddali widzę ścieżkę prowadzącą w górę na klif pokryty soczyście zieloną trawą. To mój następny cel – panorama. Schodzę do wioski. Muszę przejść praktycznie cały Arslanbob, więc zahaczam o rynek. Przy bazarze znajduje jedyną w mieście jadalnię, wstępuję więc na szaszłyka i zupę z soczewicy.



Żadnych stołów. Tylko materace na ramach, przykryte przed deszczem. Ściąga się buty i siada „po turecku” po środku jest miejsce, gdzie leży jedzenie, lepiej więc, żeby tam nogi nie lądowały. Ja jestem akurat mało rozciągnięty, więc takie siedzenie jest średnio wygodne, ale przepyszny szaszłyk wynagradza mi wszystko. Jedząc rozglądam się naokoło. Oglądam starych Uzbeków siedzących obok i rozprawiających o czymś. Słucham jak opowiadają coś sobie. Śmieją się, po czym po chwili są śmiertelnie poważni. Żywo gestykulują, po czym zamierają w bezruchu milcząc przez dłuższą chwilę. Nie zwracają na mnie uwagi. Jakby mnie tu nie było. To dobrze. Lubię obserwować ludzi w ich naturalnym środowisku. Tutaj ludzie są naturalni. Żyją swoim życiem.



Po posiłku idę na panoramę. Droga prowadzi dróżką przez rzekę i pod górę na skarpę. Po drodze mijam dzieci schodzące do wsi ze stadami kóz. Droga pnie się pod górę między drzewami orzechowymi. Jeszcze nie ma liści. Na razie zielona jest tylko trawa. I tak jest pięknie. Momentami droga idzie nad samą przepaścią. Widać od czasu do czasu jak się stopniowo osuwa kilkanaście metrów w dół.



Po jakiś 15 minutach jestem na panoramie. Znowu jakiś płotek. Przeskakuję go i jestem na pokrytym trawą urwisku. Półka góruje nad doliną. Rozpościera się z niej widok na cały Arslanbob otoczony z trzech stron górami. Jest już późne popołudnie. W wiosce cisza i spokój. Spośród niskich domów w górę strzelają wąskie i wysokie topole. Ależ tu musi być pięknie latem, kiedy wszystko jest soczyście zielone. Na razie zieleń jest blada, nieśmiała. Nad domami unosi się dym. Słychać odgłosy wsi. Ktoś coś rąbie siekierą. Rżenie osła. Gdzieniegdzie nieśmiałe beczenie owiec. A może kóz. Siedzę tak sobie jakiś czas i patrzę. Znowu obrazy. Nałapać ich jak najwięcej. Zapamiętać. Żeby kiedyś móc do nich wrócić. Właściwie to dlatego między innymi piszę tego bloga. Bo przecież tak naprawdę nie wiemy co pamiętamy, dopóki nie spróbujemy tego opowiedzieć.



Widok wioski, gór w tle, zielone łąki, z drugiej strony też góry. Zapach natury. To wszystko nie zachęca do ruszenia dalej, ale chce się jeszcze przejść zanim się ściemni. Więc idę dalej. W przewodniku jest napisane, że idąc ścieżką dalej powinienem zatoczyć kółko i dojść do wioski gdzieś po drugiej stronie. Dalej las. Tutaj naprawdę rosną orzechy w przemysłowej ilości. To jest prawdziwy las drzew orzechowych. Potem płaskowyż pokryty polami kukurydzy, sady owocowe, jakieś małe poletka, pastwiska. Magiczna kraina ukryta przed resztą świata. Odcięta z jednej strony górami, z drugiej lasem.



Po drodze mijam tylko konie. Idę wzdłuż błotnistej ścieżki z głową wpatrzoną w górę. Błękitne niebo. Puszyste chmury. Szare szczyty pokryte śniegiem. Jestem zakochany. Po jakimś czasie pojawia się jeszcze więcej poletek, ogródki warzywne i nieśmiało zaczynają się małe gospodarstwa. Jestem w jakiejś wiosce. Zrobiłem prawie kółko, a góry cały czas są przede mną. Na drodze, pomimo błota po kostki bawią się jakieś dzieci. Niewiele im potrzeba do szczęścia. Patyki, kamienie, rower. Na widok aparatu nagle ustawiają się w szeregu do zdjęcia i zamierają w bezruchu. Jestem zdziwiony i nie wiem w sumie co robić. Fotografuję góry, a dzieciaki nadal stoją. Dziwne, żeby człowiek nie wiadomo skąd nagle fotografował małe dzieci we wsi, ale one nadal tak stoją, wyraźnie czekając na zdjęcie. No więc robię im zdjęcie na tle gór. Kiedy odkładam aparat dzieciaki robią „spocznij” wracają do zabawy, uśmiechają się, machają mi i krzyczą „hello”.



Robi się późno więc wracam do domu. Okazuje się, że to jeszcze nie Arslanbob tylko jakiś sąsiedni posiołok. Idę więc dalej przez uzbeckie górskie wioski. Otoczenie przepiękne – jak to w górach. Same wioski, niestety brzydotą biją na głowę wszystko co widziałem u nas. Stare, zaniedbane domy, bieda, szarość i bylejakość. Azbest, szare cegły i zmurszałe drewno. Jak już widać gdzieś pieniądz, to niestety nie widać gustu. Już lekko po zmroku docieram do domu. Szybki prysznic i spać – to mój plan. Okazuje się jednak, że prysznic trzeba sobie najpierw rozpalić. Ognisko pod bojlerem, który pełni rolę sauny. Dwa w jednym. Sauna to jakieś nieporozumienie, opału jest dość mało, więc z niecierpliwiony kąpię się w letniej wodzie pod ciśnieniem tak niskim, że lepiej byłoby się oblewać wodą z butelki. No ale nie ma co narzekać. Noc jest dość zimna, więc ciepły prysznic dobrze robi. Szczególnie poprawiony gorącą herbatą zaprawioną siedmiogwiazdkowym kirgiskim koniakiem, pitą pod kilkukilogramową kołdrą. Zimne kirgiskie noce mi nie straszne.



Śpię jak zabity. Rano śniadanie. Na tarasie. Na bogato. Wjeżdża dosłownie wszystko co mogę sobie wyobrazić. Czym chata bogata. Świeżuteńki chlebek, jak zwykle zjełczałe masło. Herbata. Orzechy z pobliskiego lasu. Ciasta, ciasteczka. Takie i takie. Są nawet cukierki. I gwiazdy Arslanbob. Zwyczajnie idealne. Najlepsze. Po prostu prze. Miód z orzechami włoskimi i konfitury wiśniowe. W smaku tak doskonałe, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie, żeby cokolwiek zrobiło na mnie kulinarnie takie wrażenie. Za słoik takich konfitur zrobiłbym wszystko. Jeden z najwspanialszych obrazów kulinarnych jakie odnotowałem podczas tej podróży to właśnie te konfitury – rubinowoczerwone na świeżym chlebku. Bosko słodki syrop ściekający po palcach, po dłoni. Oblizywałem je łapczywie, aby nie uronić ani kropli tego skarbu. Prosiłem o dokładkę. Dosłownie wylizałem miskę do sucha. To pobiło moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa – świeżego chleba i babcinych powideł i konfitur.



Zaraz po śniadaniu lecę na duży wodospad. To kawałek dalej. Trzeba wyjść z wioski i iść kilka kilometrów w górę. Więc idę. Nie za bardzo wiedząc dokąd. Wszyscy mówią, po prostu tą drogą prosto. Problem pojawia się, gdy droga się co jakiś czas rozwidla, wiec idę zawsze w lewo w kierunku gór. Okazuje się, że prawidłowo. Od czasu do czasu pytam napotkane osoby o „balszoj wodopad” i kiwają głową, że to właśnie tam gdzie idę. Droga przez wioski jest dość długa i nudna. Macham na przejeżdżającego starego Opla żeby zapytać o drogę, kierowca proponuje podwiezienie. Jedziemy chwilę, w podzięce daję jego synkowi siedzącemu obok garść cukierków. Mały cieszy się jak – dziecko ze słodyczy! Wychodzę z wioski idę wzdłuż strumienia w stronę gór. Zielone łąki i pastwiska zastępują sterty kamieni.



Po drodze trzeba przejść dość wartki strumyk. Mostek, a raczej przełożona przez rzeczkę deska nie wygląda dość stabilnie. Nie pomagają też śliskie kamienie. Trzeba po prostu uważać. Ostatni odcinek drogi to dość stroma ścieżka poprzecinana kamiennymi schodami. Na końcu widać w końcu wodospad. A raczej dwa wodospady – jeden pod drugim. W sumie woda spada z ponad 80 metrów.



Samo dotarcie nad wodospad mnie nieco zawiodło. OK, zdobyłem wodospad. Jest pięknie. Oprócz samego wodospadu, z drugiej strony mam także super widok na dolinę, wioski, góry na kilkanaście kilometrów w dal. Schodząc wpadłem na pomysł, żeby wejść na grań, która znajduje się na tej samej górze co wodospad, ale jest wyżej. Po prostu powiedziałem sobie – Wejdę tam! No i cóż mogłem zrobić. Żeby się tam dostać musiałem zejść nieco na dół, po czym wspinać się po dość stromym zboczu. Oczywiście nie było tam żadnego szlaku. Żadnej ścieżki. Po prostu zacząłem wchodzić pod górę. Droga nie była łatwa. Było stromo, kamienne podłoże dodatkowo utrudniało wspinaczkę. Co chwila grunt dosłownie wymykał mi się spod nóg. Musiałem krążyć, łapać się trawy, żeby wspiąć się na górę, uważać gdzie staję. Kombinować. Co chwila przerwa.



Po jakiejś 1,5 godziny wszedłem na górę. Ostatnie 100 metrów to był dramat. Było już naprawdę stromo i ślisko. Ale warto było. Grań okazała się krawędzią szerokiej półki skalnej. Na górze zaczynał się już śnieg, więc nie było sensu iść dalej. Nie bez rakiet śnieżnych. Rozłożyłem się pod głazem, który osłaniał mnie od wiatru i wyjąłem mój bufecik. Czas na lunch z pięknym widokiem.



Po jedzeniu po prostu odpoczynek. To był mój cel na dzisiaj. Wejść gdzieś wysoko. Usiąść i siedzieć. Patrzeć, myśleć, rozkoszować się ciszą, samotnością, tym, że wszystko jest gdzieś daleko. Jestem tylko ja i góry. To chyba jest to uczucie wolności. Znowu łapię się na tym, że próbuje złapać to piękne kirgiskie niebo. Znowu mnie oszukuje. Znowu mi się wydaje, że jest na wyciągnięcie ręki. Że można je chwycić, przyciągnąć do siebie. Oblec się nim. Próbuję, ale nic z tego. Powietrze to mój żywioł. Niebo. Szczególnie można je docenić kiedy się jest blisko niego. Na górze sami stajemy się niebem. Mimo że nie możemy go dotknąć. Wypełnia nas i to jest wspaniałe.



Siedzę tak kilka godzin. Zapominam o całym świecie. Po południu w końcu wypadałoby wrócić. Patrzę w dół i trochę się przerażam. Stromo. Jak ja tu wlazłem!? Wkurzyłem się na siebie. Po raz kolejny wstąpił we mnie Gepard Chester. Jestem kozakiem i dam radę. Zdrowy rozsądek – poziom żenujący. Włażąc tu zupełnie nie pomyślałem jak stąd zejdę, co okazało się o wiele trudniejsze. Czasem tak mam. Nonszalancja i zwykła bezmyślność wygrywa. A ludzi czasem wpadają w poważne tarapaty przez głupotę. Zdecydowanie nie chcę się połamać, a tutaj można to zrobić bez problemu w jednej chwili.



Droga w dół okazała się o wiele dłuższa niż pod górę. Nie wiem ile razy zaliczyłem przysłowiową glebę, ale należało mi się. To jedna nie kończąca się seria upadków, osunięć, potknięć i wywrotek. Buty miałem czarne, tyłek zupełnie obity, spodnie czarno-zielono-szare, od ziemi, pyłu i zielska. Przy okazji łapiąc się jakiś krzaków, zawsze trafiałem na te z kolcami. Kilka razy wywołałem nieprzyjemne lawiny kamieni, starałem się jakoś po nich zjeżdżać. Generalnie kombinowałem niesamowicie. Kilka razy już myślałem, że skończy się otwartym złamaniem, którejś z kończyn. Po prawie 1,5 godziny, kiedy już byłem na dole, robiąc ostatni krok na ubitą ścieżkę powiedziałem sobie w myślach z satysfakcją „Udało się!” i to był błąd. W tym samym momencie zaliczyłem spektakularna glebę z zawijasem i lądowaniem na twarzy obijając aparat, który dzielnie wisiał na mojej szyi. Grunt to mieć szczęście. Obyło się bez utraty zębów i zadrapań do krwi. Tak wejście tam było głupie, ale jeżeli ktoś mnie spyta czy było warto, to odpowiem tak. Co więcej, każdego będę do tego zachęcał!



Wracałem do Arslanbob przez zielone pastwiska. Widoki naokoło przypominały mi raczej Szwajcarię niż środek Azji. Zdałem sobie sprawę, że po raz kolejny nie spotkałem po drodze ani jednego turysty. Jedyni ludzie jakich mijałem to albo pasterze pilnujący stad, albo miejscowe młodziaki, którzy z nudów chodzą po górach i zabijają czas zrzucając głazy w dół stoku powodując lawiny kamieni. W samych wioskach tez nie za dużo się dzieje. Cisza, spokój. Zupełnie jakby było jakieś święto. Wszyscy siedzą w domach.



Jest jeszcze jasno i nie chce mi się wracać. Po szybkim obiedzie w jadalni wracam na panoramę. Widok był zbyt piękny, żeby tu nie wrócić. Cisza i spokój Arslanbob maja kojące działanie. Znowu wchodzę na soczyście zieloną półkę skalną ponad wsią i kładę się na trawie patrząc na wioskę, niebo i góry. Wszystko akurat jest w jednym ujęciu. Nie chce mi się wracać. Tu jest idealnie. Ciepło, pięknie. Jestem zmęczony całodziennym chodzeniem po górach. Poobijany. Mam urlop. Chce poleżeć, nic nie robić. Jutro znowu w drogę. Zostałbym tu jeszcze parę dni, ale mam jeszcze jedno miejsce do zobaczenia. Wiem, że na pewno kiedyś tu wrócę.



Leże tak sobie aż do zachodu słońca. Znam drogę z powrotem, więc nie boję się zmroku. Wiem też, że nic mi się tu po ciemku nie stanie. Nie boję się. Mogę zostać, żeby pooglądać gwiazdy. I zostałem. Żałuję, że nie potrafię robić zdjęć nocnego nieba, żeby podzielić się tym co widziałem. Gwiaździste kirgiskie niebo to czysta magia. Nigdy nie byłem tak blisko gwiazd!


Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie

Dodaj Komentarz

Komentarze (4)

tomwie 24 lipca 2014 08:48 Odpowiedz
To już kolejna część opowieści, którą czyta się z zapartym tchem. Poprzednia zresztą, z Ameryki, też nie była gorsza. Chłopie, masz talent pisarski, narracja pierwsza klasa. Styl jak w dobrej powieści. Gratulacje!!!! Czytając tę część szkoda mi trochę, że kiedy ostatnio byłem w Kirgistanie nie wpadłem na pomysł, żeby wyskoczyć w rejon Arslanbob. Ale nic straconego :-) Ja na pewno też jeszcze do Kirgistanu wrócę.
mosia 25 lipca 2014 09:50 Odpowiedz
Czy zastanawiałeś się nad udziałem w przyszłorocznych Kolosach w Gdyni - myślę, że twoje zdjęcia w połączeniu z niezłą narracją bardzo by się spodobały - zwłaszcza, że Kirgistan to nadal mało oklepany temat - pomyśl! Pozdrawiam - czekam na więcej, napisz też co będzie następne
don_bartoss 27 lipca 2014 15:26 Odpowiedz
To jest absolutnie najlepsza relacja jaką czytałem na tym forum. Nie pozwol czekać długo na kolejną cześć. Napisz prosze na zakonczenie jakies podsumowanie: ile dni, koszty. Pozdrawiam
grzegorz40 27 lipca 2014 21:19 Odpowiedz
relacja rewelacja :-)