+8
adamek 29 czerwca 2014 22:03


Po pierwszym dniu w Biszkeku spałem jak zabity. Niby prawie osiem godzin, a miałem ochotę zniszczyć budzik kiedy bezczelnie zadzwonił o 7:00 rano. Sny z rodzaju tych, które zdarzają się po dniu przepełnionym bodźcami, obrazami. Wszystko przeżywasz jeszcze raz, zmiksowane, bardziej ostrzejsze. Szkoda, że nie da się nagrywać snów na DVD.

Pocieszam się tym co dzisiaj zobaczę. Szybkie śniadanie z Aidą i jej mamą. Znowu pyszne lepioszki z konfiturami, miód i herbata. Konfitury z czarnej porzeczki. Genialne w swojej prostocie. Nigdy nie byłem fanem tego owocu. Te konfitury uświadomiły mi, że byłem zwyczajnie głupi. Mam nadzieję, że trafie jeszcze w życiu na czarną porzeczkę, w równie pysznym wykonaniu. Szybkie pożegnanie, życzenia udanej podróży i lecę na Zapadnyj Awtowakzał – czyli Zachodni dworzec autobusowy.



Najszybszą i najtańszą formą transportu po Biszkeku są marszrutki – mikrobusy o różnych numerach, które jeżdżą dosłownie po całym mieście. Przejazd kosztuje 10 somów – taryfa powinna być wypisana na kartce w każdym busie, wiec nie ma sensu pytać ile kosztuje przejazd, bo zawsze się usłyszy frajerską – wyższą taryfę. Nie ma takiego miejsca, do którego nimi nie trafisz. Wystarczy stanąć przy ulicy w dowolnym miejscu. Namierzyć interesujący nas bus i machnąć ręką. Wyzwaniem jest dostrzeżenie numeru i doczytanie trasy na tabliczce. Z resztą, nie znając dobrze topografii Biszkeku, nazwy na tabliczce nic nie mówią. Zawsze najlepiej zapytać kogoś przy ulicy, którym busem dojechać do jakiej dzielnicy. Najłatwiej zaraz za jakimiś światłami – tam zazwyczaj ludzie wysiadają. Nie ma co się przejmować, że nie ma się gdzie zatrzymać – tu nie ma takich problemów. Jest pasażer, to się zatrzyma. W efekcie busy są nieźle zatłoczone. Nie ma czegoś takiego jak limit pasażerów. Ważne, żeby kierowca mógł zmieniać biegi i drzwi się domykały. Tym sposobem dowiedziałem się, że w starego mercedes tzw. kaczkę wejdzie prawie 40 osób. Wyzwaniem staje się podróż w takich warunkach jeżeli się ma plecak. Ale tu się wszystko da. I trzeba się orientować. Stojąc upchniętym w busie, nie widać gdzie się jest i nie wiadomo gdzie trzeba wysiąść, najlepiej pytać kogoś siedzącego – gdzie jesteśmy? No chyba, że szyby są zaparowane… Tak czy siak podróżowanie marszrutkami po mieście to przygoda. Lubię to!



Dojeżdżam na dworzec ok. 9 rano. Nie spieszyłem się szczególnie bo dowiedziałem się wczoraj, że busy ruszają miedzy 8:30 a 12:00. Co to oznacza w tej części Azji? Żeby być ok 10:00. Dworzec autobusowy to coś pięknego. Właśnie po to tu przyjechałem. Przed wjazdem dziesiątki aut zaparkowanych na ulicy. Tablice z napisami ciągłe i krzyki: „Ałmaty Ałmaty Ałmaty Ałmaty Ałmaty”, „Karakol Karakol Karakol Karakol Karakol Karakol Karakol Karakol”, „Naryń Naryń Naryń Naryń Naryń Naryń Naryń Naryń Naryń Naryń”, „Osz Osz Osz Osz Osz Osz Osz Osz Osz Osz Osz”. Brzmi to jak okrzyki godowe jakiś absurdalnych zwierząt. Istna kakofonia. Da się dojechać wszędzie. Trudno przejść niezaczepionym przez naganiaczy. Samotny turysta z plecakiem nie ma szans. Wszędzie ruch. Sznury samochodów. Łady wypakowane jakimiś materacami. Samochody osobowe przewożące chyba więcej niż same ważą. Upał, gwar, zapach spalin, podejrzane typy w skórzanych kurtkach, cwaniaki, żebracy. Całość brzydka, ale jednocześnie magiczna. Zupełnie nie przeraża. Raczej zachwyca.



Sprawdzam pogodę At Baszy: 16 stopni, Karakol: -4 stopnie. 1:0. Jadę do At Baszy. Bus przez Naryń ma odjeżdżać o 9:30, czyli zaraz. Kupuję bilet za 350 somów i wrzucam rzeczy do Mercedesa. No i zaczyna się czekanie aż bus się zapełni. Tak, rozkład jest, ale nie po to żeby się go trzymać. ZSRR się skończył, tu nie robi się już czegoś co się nie opłaca. A kurs opłaca się przy wszystkich wyprzedanych miejscach. Wiec czekamy. Zamykam plecak w bagażniku, rzucam bluzę na siedzenie i korzystam z czasu aby uzupełnić prowiant o kefir, czekoladę i samsy. Czas złapać trochę słońca. Jest 25 stopni, słońce operuje dość mocno. Opieram się o jakąś metalową ramę i patrzę na to co dzieje się na dworcu. Słucham krzyków naganiaczy. Patrzę jak panie w bufecie wypiekają samsy, pieroszki, czebureki. Ludzie w barze popijają herbatę. Po stojących busach co chwila przechodzi kobieta sprzedająca banany. Schodzą się ludzie. Każdy inny. Para staruszków z maluchami, młode Chinki wyglądające jak z mangi, nastolatki w czarno złotych dresach, starsze kobiety z chustami na głowie, mężczyźni o aparycji węglarzy. W końcu o 12 bus się zapełnia i ruszamy.



Droga z Biszkeku do At Baszy wiedzie najpierw na wschód – wzdłuż Kazachskiej granicy, potem prawie do Jeziora Issyk Kol i na południe przez Koczkor i góry Tien Szan na przełęczy Dolon - ponad 3 tys m n.p.m., potem szeroką doliną pomiędzy łańcuchami górskimi. Kierowca pędzi busem. Naprawdę szybko, ale sprawia wrażenie, ze wie co robi. Na trasie jest jeden postój, gdzieś niedaleko parku narodowego Chong Kemin. Zatrzymujemy się po 2,5 godzinach jazdy w przydrożnej restauracji. Wszyscy jak jeden mąż idą najpierw do toalety, potem do restauracji.



Za jakieś 100 somów można tam było zjeść dość smaczny plow (coś jak pilaw – ryż z przyprawami i mięsem). Jem szybko i robię wycieczkę po okolicy. Niby nic nie ma. Droga wzdłuż torów kolejowych. Wspinam się na dość strome zbocze i znajduję kilka kopczyków otoczonych stalowymi szkieletami – to muzułmańskie nagrobki w stylu kirgiskim. Coś, co przez najbliższe parę dni wryje mi się mocno w pamięć. Pogoda zaczyna się psuć. Mimo dość dobrej widoczności chmury w połączeniu z kolorem skał sprawiają, że wszystko jest w niespotykanym kolorze. Wszystko jest jak sepii.



Kilkanaście kilometrów przed przełęczą Dolon, kończy się asfalt i droga prowadzi po ubitej ziemi. Kierowca każe zamknąć okna i dach, co chwila mijane chińskie ciężarówki wypakowane wszelkiej maści towarami, wzbijają tumany kurzu. Ledwo co widać. Auta mijają się na centymetry. Chińscy TIR-owcy to wariaci. Droga jest straszna, wszędzie dziury, koleiny, nie ma ani przez moment nawet w miarę równej powierzchni. Mijamy osiedle starych baraków i wagonów kolejowych. Obok spychacze, pługi i inny ciężki sprzęt pamiętający czasy Chruszczowa. Dziadek siedzący obok w białej kirgiskiej czapce (tzw. kołpaku) tłumaczy, że mieszkają tutaj robotnicy utrzymujący drogę przejezdna 12 miesięcy w roku. W zimie nie jest to łatwe.



W Naryniu postój. Myślałem, ze Biszkek jest brzydki jako miasto. To co zobaczyłem tutaj, było małą, szarą, naprawdę zadupiastą wersją stolicy. Niestety nie mogłem się cieszyć pięknym otoczeniem miasta. Widoczność spadła do kilkudziesięciu metrów. Brzydota tego miasta w żadnym razie mnie nie zniechęciła. Podczas postoju zrobiłem szybką wycieczkę do sklepu aby uzupełnić prowiant. Jedna wizyta w sklepie i zakochałem się w tym miejscu. Mały sklepik, lada. Asortyment składał się głównie z wódki, słodyczy i napojów. Żadnego chleba, mięsa itd. W sklepie stół z ceratą i trzy krzesła. Przy stoliku trzech panów konsumujących wódkę zakupiona przed chwilą w sklepie. Kulturalnie. Ze szklanek. Bez zapojki. Tylko chleb i jakaś mielonka. Nie wiem tylko gdzie ją kupili. No na pewno nie w tym sklepie. Wiem, to moje post-sowieckie zboczenie. Powinno to przerażać. I w sumie przeraża. Żal mi tych ludzi, bieda i alkoholizm są tu poważnym problemem.



Na półce dostrzegam coś czego po cichu szukałem we wszystkich wcześniejszych sklepach. Coś co 11 lat temu znalazłem w Moskwie. Nareszcie jest! Biorę. Tzw. rosyjski jogurt. Setka wódki w plastikowym kubeczku zamykana na sreberko – jak jogurty. Po otwarciu trzeba wypić. Nie da się zakręcić. Co więcej – ta miała zaokrąglony spód. Nie dało się jej postawić na stole. Po otwarciu trzeba wypić od razu całe lub stać z tym w ręce. Sprytne! Dzisiaj są moje 31 urodziny. Należy mi się coś od życia. Oby tylko nie oślepnąć. Aha… taka porcyjka – 100 mln wódki kosztuje 10 somów, czyli jakieś 55 groszy.



Ruszamy dalej drogą pomiędzy łańcuchami górskimi do At Baszy. Na miejsce dojeżdżamy ok 18:00. Pierwsza myśl – co ja tu robię. Miasteczko okazuje się nijakie, marne, brudne, zaniedbane. Znowu wszechogarniająca bieda, czuć ZSRR, który upadł 23 lata temu! Droga to ubita ziemia z plamkami asfaltu gdzieniegdzie. Przy ulicy hałdy gruzu i ziemi. Śmieci. Wszędzie domki jednorodzinne, zagrody. Tylko przy głównej ulicy jakieś zapuszczone kino, dom kultury, pomnik głowy konia, kilka sklepów i komenda policji z czerwonymi gwiazdami na murku. Moje pierwsze wrażenie – wioska jak z filmów o Korei Północnej. Wszystko ma już czasy świetności za sobą. Puste ulice. Wszystko szare i ponure. Zastanawiałem się po co ja tu przyjechałem.



No więc jestem. Nie mam żadnego planu, mapa miasteczka i opis w przewodniku można sobie wsadzić. Jakbym czytał o innym mieście. Czuje się jak w jakimś śnie. Cicha, senna mieścina. Te kolory. Niskie chmury sprawiają, że wszystko jest szaro-pomarańczowe. Nienaturalne. Do tego widoczność jest słaba. Wszystko urywa się nagle po kilkudziesięciu metrach. Po raz pierwszy w podróży jestem totalnie zdezorientowany. Czuje się jakbym wpadł do jakiejś króliczej nory. Jednocześnie zupełnie mi to nie przeszkadza. Chodzę, rozglądam się i chłonę to miejsce. Chcę znaleźć jakiś nocleg. Zaglądam do pierwszego sklepu, pytam o jakiś hotel. Jeden jedyny w miasteczku jest przy restauracji. Pan w sklepie wychodzi i pokazuje mi jak tam trafić. Idę i szukam. Jest jakiś hotel nad restauracją. Na miejscu się okazuje, że tak, są pokoje ale nie wiadomo ile kosztują, bo gospodarz gdzieś pojechał i będzie za dwie godziny. Idę się dalej rozejrzeć.



Znajduje pocztę, która okazuje się świetnym punktem orientacyjnym – to od niej wyznaczona jest w przewodniku trasa do jakiś kwater prywatnych, które mogą ale nie muszą jeszcze istnieć. Idę wzdłuż drogi, mijam jakieś gospodarstwa, domy kryte azbestem i blacha falistą, biegające psy, skręcam, ulicą do końca. Jest! Przynajmniej tak mówi tabliczka na murku. Duży dom na końcu ulicy, po prawej. Arpa 25. Gospodyni – Akajewa, okazuje się przemiłą panią po 50-tce. Za 500 somów dostaję pokój na piętrze. Łazienka i prysznic na zewnątrz. Klimat miejsca – dywany na ścianach, meblościanki z porcelaną i kryształami za szybą, zdjęcia rodzinne, plastikowe kwiaty a na łóżku chyba 5-kg pstrokata kołdra w poszwie typu koperta – bezcenne. Dom ogromny, drewniany, ciepło, przytulnie. Uwielbiam to miejsce. Póki jest jasno, lecę na miasto. Wracam do sklepu i robię zakupy na wieczór i rozglądam się za zorganizowaniem transportu do Tasz Rabat na jutro.



W sklepie pani przede mną – wygląda na około 40 lat, ale pewnie jest w moim wieku – kupuje typowy kirgiski koszyk: pół litra wódki, 1l Sprite, chleb i mielonkę. Szczęka prawie spada mi na blat, kiedy ekspedientka automatycznie do wódki dodaje plastikowe kubeczki, pyta tylko ile. Poznany wcześniej właściciel sklepu poleca mi jeszcze ciepłe samsy prosto z pieca i sałatkę z marchwi z nasionami kolendry, robioną na miejscu – de facto mój ulubiony zestaw. Kiedy biorę jakiś kefir, każe mi go odłożyć, po czym wyjmuje z drugiej lodówki domowy – w litrowej butelce po Fancie. – Posmakuje Ci, domowy.



Jestem tu jedynym turystą. Rzucam się w oczy. Ludzie się na mnie patrzą. Spoglądają z ciekawością. Raczej nie widać niechęci. Jedynie dzieci, dosłownie każde napotkane podbiegają do mnie ze śmiechem, otaczają mnie i przekrzykują – How are you? Kiedy słyszą, że mówię po rosyjsku krzyczą: - Kak dzjela? Ale mówią tylko po kirgisku, wiec i tak nie rozumieją. Uśmiecham się mimo woli. Ich naturalna radość z zobaczenia kogoś z innego świata, ciekawość w ich oczach jest niesamowita. Same dzieci to arcyciekawe zjawisko. Małe czerwone twarzyczki ze skośnymi oczami, ich kolorowe, pstrokate ubrania, zabawki zrobione z patyków. Rzadko, któreś poprosi o pieniądze, ale wiem, że nie wolno im ich dawać. To je zepsuje. Wyrobi w nich złe nawyki – tak piszą w przewodnikach w biurach informacji. Nie daję pieniędzy, ale kupiłem torbę urodzinowych cukierków. Rozdaje je dzieciakom. Bez żadnego zażenowania czy cienia nieśmiałości rzucają się na słodycze po czym rozradowane biegną wokół mnie przez pół ulicy coś krzycząc i się śmiejąc.



Nic nie udało mi się sprawdzić w kwestii Tasz Rabat. Dopytam gospodyni, musi coś wiedzieć. Kiedy tak chodzę i oglądam pozostałości po ZSRR, pod starym kinem nagle zatrzymuje się z piskiem opon stare czerwone Volvo 740. Wyskakuje z niego niski dobrze zbudowany gość ok. 50-tki. Pyta skąd przyjechałem i dokąd jadę. Mówię, że do Tasz Rabat a on od razu proponuje, że mnie tam zawiezie jutro. Za 1500 somów, będę miał auto z kierowca na cały dzień. W przewodniku ceny zaczynają się od 2500 somów, więc się nawet nie targuję. Zuu – bo tak się nazywa, ma przyjechać o 9:00 nazajutrz. W pierwszej chwili myślałem, że to jakiś naciągacz, ale jakoś wzbudził moje zaufanie. Przed samym zmrokiem wróciłem do domu i zamówiłem sobie prysznic na 8:00 rano. Wieczór urodzinowy był krótki, trochę gadania z przyjaciółmi przez Internet, a dwa piwa i wódka z kubeczka ścięły mnie po całym dniu szybciutko.



Wstałem o 7:00 żeby pobiegać po okolicy. Ale nie ma chmur, zaraz po wyjściu z domu uderzają mnie przepiękne ośnieżone szczyty na tle szafirowego nieba naprzeciwko. Jest prześlicznie. Zimno. Rano jest około 6 stopni. Muszę się szybko rozgrzać. Wbiegam na klif nad miasteczkiem. Na klifie rozciąga się duży muzułmański cmentarz. Po wejściu na górę, aż się zatrzymuje. Nie wierzę własnym oczom. To nie może być to samo miejsce co wczoraj. Rozglądam się naokoło. Miasteczko leży w dość szerokiej podłużnej dolinie. Z obu stron otaczają je góry. Sam widok z klifu jest wprost powalający.
Do tego dochodzi cmentarz. Kopczyki, stalowe ramy, półksiężyce. Jest w tym coś niesamowitego, baśniowego. Z drugiej strony szeroka przestrzeń – na niej tylko pożółkła trawa i pasące się konie. Gdzieniegdzie wyrastają słupy wysokiego napięcia. W oddali majaczy droga, którą z Chin jeżdżą kolumny ciężarówek. Biegnę wzdłuż klifu i co chwila się zatrzymuję, żeby robić zdjęcia. Biega się strasznie ciężko. Zdziwiło mnie to, bo raczej mam dobrą kondycję a kaca nie powinienem mieć po takiej ilości alkoholu. I to jeszcze na wyjeździe. Odpowiedź znajduje w telefonie. Jestem na wysokości 3 tysięcy metrów n.p.m. trochę się ciężej oddycha. Biega też.



Po zrobieniu 10-km kółka, wracam do domu, gdzie czeka na mnie gorący prysznic. Gorący to może za dużo powiedziane. Prysznic to po prostu drewniana rama przykryta plandeką. Na górze dwudziestoparolitrowy baniak z wodą, którą się wcześniej podgrzewa. Z baniaka wystaje rura z zaworem, odkręcamy i jest prysznic. Na zewnątrz jest przeraźliwie zimno, wiec prysznic do przyjemnych raczej nie należy. Ale przynajmniej jest ciepły.



Po prysznicu śniadanie. Znowu herbata, lepioszki i konfitury. Morelowe, truskawkowe, wiśniowe, porzeczkowe. W Kirgistanie zostałem fanem konfitur. Przyjeżdża Zuu i okazuje się, że to „przyjaciel domu”, co utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze wyszło, że na niego trafiłem. Okazuje się, że to człowiek legenda. Ma podobno sześć dyplomów. W swoim życiu chyba robił wszystko – pracował jako dziennikarz, napisał książkę, przyjmował porody, naprawiał czołgi, był snajperem w Afganistanie. Teraz pół roku pracuje w Kazachstanie, drugie pół obwozi turystów po całym kraju. Pisze o nim nawet Lonely Planet w swoim przewodniku Central Asia.



Jedziemy do Tasz Rabat. Wsiadamy w jego Volvo. Auto nie pasuje mi do tego kraju, szczególnie jego luksusowe wyposażenie. Zuu mówi, ze to po pierwszym prezydencie Kirgistanu Askarze Akajewie. W 1991 roku, Szwedzi przysłali prezydentowi 5 aut w prezencie. Po tulipanowej rewolucji, poszły pod młotek. Po drodze Zuu opowiada mi o Kirgistanie, o kolejnych prezydentach i rewolucjach. O tym jaki jest w kraju bałagan.

Pytam skąd w takim odległym miejscu taka szeroka droga. Zuu mówi, że w czasach ZSRR ten kilkukilometrowy odcinek miał 30 metrów szerokości i był zamknięty dla ruchu. Wszyscy musieli jeździć naokoło, przez pola. Tu był pas startowy dla bombowców przygotowany na wypadek wojny z Chinami. Chiny są po drugiej stronie gór. Bombowce miały więc przylatywać z całego ZSRR, lądować, tankować i ładować bomby, które miały być zrzucane na Chiny.



Opowiada o czasach sowieckich i o chińskich poligonach atomowych za górami. – Kiedy Chińczycy robili testy bomb atomowych, strasznie u nas wiało, były huragany. Pytam o promieniowanie, ale uspokaja mnie, że ostatnie detonacje były pod koniec lat ’80. Co za szczęście...



Zjeżdżamy z głównej drogi i wjeżdżamy w góry. Górska droga wije się wzdłuż strumienia. – W sezonie to konkretna rzeka. Podobno nie można z niej pić wody, bo jest w niej rtęć. To nie przez chemię z jakiś fabryk, tylko to wypływa z gór. W górach Kirgistanu podobno jest cała tablica Mendelejewa. Pogoda jest świetna. Jest kilkanaście stopni - ciepło błękitne niebo poprzecinane tylko pojedynczymi chmurami. Góry porośnięte trawą. Jeszcze żółtą. Za miesiąc wszystko będzie zielone. Zuu mówi, że jeszcze jest wcześnie, nie ma sezonu. Zaczyna się w połowie marca. Dowiedziałem się, ze jestem pierwszym turysta w At Baszy w tym roku. Dzisiaj przyjechała jakaś dwójka Francuzów. Wcześniej był tylko jakiś Niemiec w zeszłym roku. Przyjechał w marcu, ale było tak zimno, że uciekł. Nie przeszkadza mi brak zieleni, i tak jest przepięknie. Zaleta jest to, ze jest tu pusto. Mam to wszystko tylko dla siebie. Praktycznie cały kraj.



Dojeżdżamy do Tasz Rabat. To XV-wieczny karawanseraj położony na wysokości ok 3500 m n.p.m. Nie ma jeszcze turystów, więc wszystko pozamykane. Zuu idzie do gospodyni, ta otwiera nam bramę. Bilet kosztuje 100 somów, ale Zuu mówi, że jestem u niego wolontariuszem, więc płacę 20 somów. „Wolontjor” to słowo klucz – pomaga przyoszczędzić w parkach narodowych.



Mój przewodnik oprowadza mnie po ruinach, pokazuje poszczególne pomieszczenia. Opowiada historię. Mówi o radzieckich studentach, którzy od lat ’70 poprzedniego stulecia restaurowali budowle – przy pomocy zwykłego cementu. O tym, że nikt nie wie, skąd jest kamień, z którego wybudowano Tasz Rabat. Nie ma takiego w promieniu 100 km.



Potem Zuu idzie do samochodu się przespać a jak mam czas, żeby pochodzić po okolicy. Wchodzę na otaczające Tasz Rabat wzgórza. Chce wejść najwyżej jak się da. Jest stromo, a kamienie nie pomagają wspinaczki. Budowla wygląda jeszcze lepiej z góry. No więc jestem ja, góry w piaszczysto-złotym kolorze, przepiękne błękitne niebo i ten magiczny mikroskopijny zamek z kamienia do połowy zatopiony w zboczu góry. Góra pochłaniała Tasz Rabat przez kilkaset lat. Tak już zostało, nikt tego nie odkopuje.



Patrzę na około i od razu przenoszę się kilkaset lat wstecz. Myślę o karawanach z jedwabiem z Chin, które przechodziły tędy przez góry, wioząc jedwab, przyprawy, herbatę z Chin na bazary Oszu Samarkandy, skąd towary trafiały do Europy. Czuję, że jestem daleko. Daleko od domu, ale też od cywilizacji. Wysoko. Niebo. To piękne kirgiskie niebo. Znowu łapię się na tym, że wyciągam ręce i chcę je chwycić. Dalej dolina prowadzi do Jeziora Chatyr Kol. Nie da się tam dojechać autem, bo droga jest już zaśnieżona. Jedyna opcja to koń, ale to potrwa ok. 4 godzin w jedną stronę. Jezioro i tak jest jeszcze pokryte lodem. No nic. Kładę się na jednym z wzniesień pod kamieniem aby osłonić się od wiatru – to tu po jedyny raz podczas całego wyjazdu założyłem kurtkę.



Oglądam góry i dolinę, patrzę w niebo. Co chwila odwracam się aby obejrzeć Tasz Rabat. Korci mnie. Jest jakaś magia w tych kamiennych ruinach. Stoją sobie tutaj samotnie, nieme. W środku gór. Mam cały czas wrażenie, że to Tasz patrzy na mnie. Patrzy i wie. Rozumie po co tu przyjechałem. Taka magia miejsca.



Schodzę na dół i podchodzę do grupki Kirgizów, którzy szykują niedaleko jurty, w których za miesiąc będą spali niemieccy turyści. Barakowóz, który przyjechał tutaj ciągnięty przez starą Toyotę. Masa najróżniejszych bambetli i maneli: piecyki, dywany, ceraty, meble, materace, koce, garnki, rury. Wszystko to wejdzie do tych ceratowych namiotów i sprawi, że będzie się w nich całkiem przyjemnie spało. Pryszniców brak – jest miednica i garnek na wodę. Toalety – 100 metrów dalej stoją blaszane wychodki. Przy takim wietrze trudno zamknąć w nich drzwi.



Za 3-4 tygodnie to miejsce zamieni się w typowy turystyczny bałagan. Stragany z pamiątkami, jedzeniem, balonikami. Cwaniaki, naciągacze, przewodnicy. Do tego masa samochodów i turystów. Ja mam to miejsce tylko dla siebie. Byliśmy to z Zuu sami. Mało kto ma taki komfort zwiedzania. Jestem szczęśliwy. Widziałem magiczne miejsce w przepięknym otoczeniu. Wszystko to tylko dla mnie. Mogłem robić zdjęcia. Wchodzić gdzie zechcę. Mogłem po prostu usiąść i patrzeć. Nie przeszkadzały mi tłumy turystów. Krzyczące dzieci, walające się wszędzie śmieci. Po raz pierwszy miałem wrażenie, że coś jest tylko moje. Tylko ja i Tasz Rabat.



Zawsze z takich miejsc przywożę pamiątki. Magnes na lodówkę, pocztówka, coś co pozwoli mi sobie łatwo przywołać wspomnienia z danego miejsca. Kirgistan zmienił moje podejście. Tu nie ma pocztówek, nie ma magnesów. Tu nie ma turystycznego przemysłu – jeszcze. Tutaj pamiątki mam w głowie. Obrazy utrwalone we wspomnieniach, na telefonie i w aparacie. Są jeszcze cenniejsze, bo nienamacalne. Nie istnieją fizycznie a jednak są. I przypominają mi o tym pięknym miejscu.
W pewnym momencie krzyczy do mnie Zuu. Macha i woła mnie. Okazuje się, że jest już 17:00 i chce wracać. Jest głodny i cały zmarzł. Kręciłem się naokoło prawie sześć godzin. Myślałem, że maksimum dwie. Bez jedzenia, tylko z butelką wody. Czas wracać. Niechętnie wsiadam do prezydenckiego Volvo i wracamy do At Baszy. Po drodze spotykamy przyjaciela Zuu – innego taksówkarza. Postój.



Przyjaciele gadają, coś sobie opowiadają. Ja znowu uciekam porobić zdjęcia dolinie i przepięknym górom majaczącym w oddali. Droga powrotna jest niestety szybka. Za szybka. Zawsze tak jest, że wraca się szybciej. Tutaj mi się to nie podoba. Sama jazda tą drogą jest przygodą. Droga, która opowiada tyle historii. Przepiękne, milczące góry po obu stronach. To miejsce mnie zwyczajnie urzekło. Cieszę się, że nie przyjechałem tu w sezonie. Gdybym zobaczył tą okolicę pokrytą zielenią, absolutnie bym przepadł. Zakochał się w tym miejscu bez reszty. Po prostu bym przepadł. Nie wróciłbym już. Tak jest tu pięknie.



Żal wracać do domu, ale mam plan. Nazajutrz wracam do Biszkeku, skąd samolotem lecę do Osz. Będzie przygoda, bo zamierzam skorzystać z miejscowych linii lotniczych. Ekscytacja w połaczeniu ze strachem. Szybka kolacja kupiona u zaprzyjaźnionego sklepikarza, kirgiski koniak i spać. Przed snem jeszcze sprawdzam Fly4free. Majowy weekend w Barcelonie za 148 PLN. Szybka rozmowa z przyjaciółką. Bilety kupione. zdaje sobie sprawę, że jestem uzależniony od podróżowania. Ale to będzie za miesiąc. Teraz mam mój Kirgistan. Zasypiam totalnie szczęśliwy, że tu przyjechałem. Zwyczajnie… jestem szczęśliwy.

Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie


Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

antia 4 lipca 2014 23:07 Odpowiedz
Czytalam Twoja opowiesc po Ameryce Srodkowej, bylam tam kilka dni po Tobie... teraz wpadlam na relacje z Azji Srodkowej, gdzie znajde sie za dni kilka. Wyglada na to, ze Cie sledze ;))
kefirm 17 marca 2015 12:11 Odpowiedz
@antia - ja podobnie :-) choć przyznam, że w kilku przypadkach odnośnie Ameryki Centralnej mam inne opinie co autor bloga. Nie mniej jednak czyta się ciekawie, a i porady przydatne. :)
adamek 17 marca 2015 12:49 Odpowiedz
kefirm@antia - ja podobnie :-) choć przyznam, że w kilku przypadkach odnośnie Ameryki Centralnej mam inne opinie co autor bloga. Nie mniej jednak czyta się ciekawie, a i porady przydatne. :)
jak zwykle u mnie - 100% subiektywnie :)