+27
adamek 14 sierpnia 2015 23:34


Dobrze wiedziałem, że jeszcze tu wrócę. Musiałem. Po to, żeby przekonać samego siebie, że Kirgistan to rzeczywiste miejsce a nie jakieś nierzeczywiste wspomnienie czy sen. Góry, ogromne niebo, bezkresne przestrzenie, wspaniali ludzie. Kolory, zapachy, szybsze bicie serca. Nie przypuszczałem jednak, że będzie mi dane wrócić tu tak szybko. Podjęcie decyzji trwało mniej niż pięć minut. Wybieram termin. W sumie 6 dni. Szybka matematyka. Dwa dni zajmie mi dolot do Kirgistanu. Dwa dni dojazd z Biszkeku do Karakol. Zostają dwa dni na trekking. To czyste szaleństwo. Dlatego kliknąłem „zapłać teraz”.



Plecak, namiot, karimata, buty do trekkingu, w sumie 8 kg bagażu. Rozwaga przede wszystkim. Całość będzie ze mną wędrowała po górach. Plan jest ambitny. Park narodowy Karakol na wschodzie Kirgistanu. Szlak od wejścia do parku, do jeziora Ala Kol potem przełęcz o tej samej nazwie i zejście do doliny Altyn Arashan i powrót do Aksuu. Cała trasa w dwa dni. Jakieś 60 km po górach. Z czego prawie połowa pod górę. Wszystkie przewodniki piszą, że to minimum 3 dni i 2 noce. Ja nie mam tyle czasu. Mam za to chęci.



Samoloty w Biszkeku lądują o barbarzyńskim poranku, ok 4-5 rano. Nasz się spóźnił, więc nie trzeba czekać na lotnisku na pierwszą marszrutkę do miasta. W zasadzie mój, bo znów lecę sam. Na tak intensywny wyjazd nie ma chętnych. Chociaż nie jestem sam, bo na lotnisku poznaję Anetę. Ona też przyleciała sama. Udajemy się w to samo miejsce. We dwoje raźniej. Poza tym ja wiem co i jak. Kiedy spostrzegam ukradkiem jej paszport pełen pieczątek, mały plecak i błysk w oku, od razu wiem, że się dogadamy. Ten sam typ wariata. Najpierw kupiła bilet, potem się zastanawiała.



Plan jest prosty - dostać się do Karakol. Ale najpierw śniadanie. O tej porze, najlepszą opcją jest Osz Bazaar. Po woli otwierają się tam stoiska. Najpierw te najcenniejsze – z lepioszkami. Do wyboru do koloru. Nan, z cebulą, z czarnuszką, grubszy, cieńszy, mniej, bardziej wypieczony… i ten zapach. Chleb prosto z pieca. Nos wariuje. Oczy też. Nie wiadomo, gdzie patrzeć, który brać. Najlepiej wszystkie. Pycha! Kończymy siedząc na schodkach i maczając chlebek w ogromnej puszce hummusu, który przyleciał z Polski.



Potem dworzec autobusowy i już siedzimy w marszrutce do Karakol. Przed nami sześć godzin jazdy. Za oknem krajobraz zmienia się co chwila. Najpierw gwarny Biszkek. Potem pola i łąki rodem z Mazowsza. Tylko gdzieś na horyzoncie majaczą góry. Później prawie pustynna wyżyna wzdłuż kazachskiej granicy. Górskie przełęcze. Jazda wzdłuż jeziora Issyk-Kul – drugie co do wielkości jezioro górskie świata, po Titicaca. Potem soczyście zielone góry Tien Szan.



Kończymy w Karakole, znanym również jako Przewalsk. Małe, raczej szpetne miasteczko, gdzie pokołchozowe bloki mieszają się z malowniczymi chałupkami. Całość tonie w zieleni drzew. Widoku dopełniają majestatyczne góry zaraz za miasteczkiem. Wszystko idzie tak gładko, że zapominam o napiętym planie podróży. Po dwóch godzinach czuję się jakbym tu był już kilka dni. Nie mam zegarka. Wyłączyłem telefon. Żadnego Facebooka. Żadnych maili, telefonów. Zero kontaktu ze światem zewnętrznym. Liczy się tylko tu i teraz. Snuję się po sennych uliczkach, zaglądam przez kolorowe płoty, zrywam malutkie morele z przydrożnych drzew. Przy okazji trafiam na słynną cerkiew Św. Trójcy.



Wdycham TO powietrze. Przy okazji się aklimatyzuje i przyzwyczajam do wysokości. Jeszcze wczoraj byłem kilkanaście metrów nad poziomem morza. Dzisiaj jestem ponad 1 700 m, jutro będę na 3 560 m n.p.m. Po woli robię zapasy na wyprawę. Jedzenie, woda. Kompletnie nie wiem ile czego mi potrzeba. W sumie to moja pierwsza tego typu wyprawa. Tym bardziej jestem podekscytowany. Przygotowania kończą się kiedy spotykamy się w Hostelu Nice z Anetą i jej koleżankami, które od kilku dni chodzą już po Tien Szanie.



Kolejne osoby, dowiedziawszy się, że jestem tu tylko na 4 dni, stwierdzają, że jestem szalony. Najważniejsza próba. Właściciel hostelu, kiedy usłyszał o mojej trasie, powiedział, ze jest „ambitna”, ale nie, że niewykonalna. Automatycznie uznałem więc, że jest do zrobienia i ją zrobię. Towarzyszy nie znalazłem. Z Anetą zrobię pierwsze 10 km w dolinie. Potem ona zostaje, ja idę dalej w górę. Reszta wieczoru to rozmowy, lekkie zamroczenie kirgiskim, niezbyt szlachetnym piwem „Naszje Szachtjorskoje” i odrobiną równie niewyszukanej kirgiskiej wódki. W pewnym momencie słyszę hawajskie ukulele. To nie wódka! Ktoś naprawdę przywiózł ze sobą do Kirgistanu hawajską mini-gitarę.



Ambicja i chęć pójścia w góry wygrała z naleganiami współtowarzyszy aby napić się jeszcze, więc poranek jest łatwy. Szybkie zwijanie namiotu i śniadanie na tarasie w porannym słońcu. To jeden z tych niepozornych, które na zawsze pozostaną w pamięci i sercu. Ekscytacja tym co się zaraz stanie, trochę niepewności, czy się uda, czy pogoda dopisze. I smak. Niezapomniany smak kirgiskiego melona. Ten owoc zasługuje na oddzielny wpis na blogu. Jest to absolutnie jeden z najpyszniejszych owoców jakie jadłem. Nie ma nic wspólnego z tymi z marketów. Słodki i zarazem świeży zapach jaki roznosi się na uliczkach Karakolu, przy których leżą góry różnej wielkości melonów na sprzedaż to coś, co już na zawsze będzie mi się kojarzyło z tym miejscem. Czułem się jakby ktoś mnie dosłownie zamknął wewnątrz owocu. Najlepiej.



Ruszamy. Marszrutka do wejścia parku. Wchodzimy do doliny. Mimo soboty, nie ma ruchu. Czasami minie nas jakiś samochód. Rzadko kogoś mijamy. Pogoda jest super. Świeci słońce, lekki powiew. Trekking zapowiada się idealnie. Idziemy wzdłuż strumienia. Mijamy kolejne łąki, pasące się konie. Co i raz droga odbija do pobliskiego lasu. Dolina jest piękna, szeroka, na zboczach widać idealnie trójkątne, wysokie świerki.



Po paru kilometrach zatrzymuje nas młody Kirgiz i prosi o pomoc. Nieopodal, wraz z ojcem próbują zapakować około 300-kg głaz nefrytu do swojego… Lexusa. W parku narodowym… w pierwszej chwili nie zrozumieliśmy tej abstrakcyjnej sytuacji. Była ona tak niedorzeczna, że bez wahania pomogliśmy. Z pomocą polskiej myśli technicznej zainspirowanej budową piramid egipskich, dźwigni i niemal spuszczaniu powietrza z kół auta, udało się zapakować kamień do auta. Jak to wytłumaczyć? Do tej pory nie wiem. Uznałbym to za fatamorganę, gdyby nie to, że Aneta też tam była i gdyby nie zdjęcia, które zrobiła.



Dalej kolejna niedorzeczność. W lesie mija nas stara niebieska Wołga. Nie wiem jak tu dojechała po tak tragicznej drodze. Wszędzie doły, dziury, kamienie, kałuże. Wydawało mi się, że jedyne pojazdy jakie mogą się tu poruszać, to stare radzieckie UAZ-y 452. Auta które wydają się przeczyć wszelkim prawom fizyki, sprawiają wrażenie niezniszczalnych i wszędobylskich. A tu nagle Wołga z dwójką emerytów w środku.



Wchodzimy coraz głębiej w dolinę. Droga prowadzi lekko pod górę. Mijamy coraz to nowe pastwiska. Wszędzie naokoło soczysta zieleń traw i świerków, pomieszana z szafirowym ogromem nieba. Kolory są tak wyraźne, że mam wrażenie jakby można ich było posmakować. Ogromne wrażenie robi niczym nieograniczona przestrzeń. Wydaje się, że nas pochłania. Można iść i krzyczeć co tchu. Można skakać. A my po prostu idziemy w ciszy zachwyceni.



Idąc dalej wzdłuż doliny natrafiamy na rosnące nieopodal poziomki. To niesamowite ile szczęścia mogą przynieść te malutkie czerwone owoce. Sam ich widok napawa radością i optymizmem. Wystarczy je powąchać a na twarzy pojawia się błogostan. A smak. Ze względu na małą ilość, poziomki zawsze pozostaną czymś niesamowitym, niezdobytym. Zawsze jest ich za mało. Są zwyczajnie pyszne. A te kirgiskie, z całym swoim otoczeniem są po prostu przepoziomkami!



Jak to w górach, pogoda szybko się zmienia. Zaczyna padać, robimy więc szybki postój pod gęstymi świerkami. Korzystając z okazji wyjadamy nasze zapasy. W pewnym momencie przed nami, w odległości pół metra dosłownie przetacza się, niemal nas tratując, całe stado krów. Co by nie było za łatwo piknikować. Najlepsze na takich wycieczkach są zawsze desery. To taka nagroda za to co już udało się przejść i zachęta, by iść dalej. Z plecaka Anety wyjeżdża czekolada z masłem orzechowym. No wiedziałem, że się dogadamy.



W końcu dolina się wypłaszcza i idziemy wzdłuż, rwącego, rozlewającego się strumienia. To jest jedno z tych bajkowych miejsc, które pozostało mi w pamięci z poprzedniej wędrówki. Gdyby nie zdjęcia, uznałbym, ze mi się śniło. Dzięki swojemu naturalnemu pięknu, delikatności a zarazem niezrównanemu majestatowi, stanowi jedno z najbardziej wyjątkowych miejsc w całym kraju. To jest TO miejsce.





W końcu docieramy do kresu wspólnej wędrówki. Scena jak z filmu. Pożegnanie na mostku rozciągniętym nad rwącym górskim strumieniem. Dwoje włóczęgów z plecakami. Szkoda, że nie było komu tego uwiecznić. Spędzone wspólnie dwa dni, ale wiem, że kontakt się nie urwie. Dobrze spotkać kogoś, kto patrzy na świat jak na przygodę. Kto nigdy nie jest w stanie zaspokoić swojej ciekawości. Kogo celem jest odkrywać. Kwestionować. Stawiać pytania i szukać odpowiedzi. Kogoś kto pracuję, żeby ŻYĆ a nie na odwrót. Tacy ludzie inspirują. Wzbogacają. Do zobaczenia!



Zaczynają się schody. Droga pnie się pod górę. Najpierw las. Sterty kamieni i głazów narzutowych. Trzeba robić coraz większe susy. Pogoda się psuje. Zaczyna mżyć. Pod mokrymi drzewami jest jeszcze gorzej. Gałązka zahaczona niechcący plecakiem zapewnia niezły prysznic. Wychodzę w końcu ponad granicę drzew.



Zaczynam czuć wysokość. Krew przenosi mniej tlenu, jest coraz gęstsza, człowiek momentalnie się męczy. Przy bardziej stromych odcinkach, robię przerwę co 5-10 kroków. Zaczynam się zastanawiać czy dobrze zrobiłem ruszając tak szybko, bez aklimatyzacji. Zobaczymy co będzie dalej. Mimo zmęczenia idę.



Mijam obozowisko „Sierota” i wspinam się coraz wyżej wzdłuż strumienia. Mijam kolejne wodospady. Szum wody i huk jest już tak głośny, że nie mam wyboru. Musze dotrzeć na górę, nad jezioro, bo nawet jeżeli znajdę kawałek płaskiej ziemi, żeby rozbić namiot, to przy takim hałasie i tak nie ma mowy o spaniu.



Momentalnie się wypogadza. Podczas dzisiejszej wędrówki doświadczyłem już kilkunastu zmian pogody. Wszystkie chmury przechodzą, słońce zaczyna niemiłosiernie prażyć. Jestem coraz bliżej celu. Droga staje się naprawdę ciężka. Jest już nie tylko stromo. Szlak zaczyna się wić zygzakami, przez co wydaje się jeszcze dłuższy. Przecinają go kamienie, które trzeba omijać. Momentami żwir i drobne kamienia dosłownie uciekają spod nóg i powodują, że zwyczajnie się zsuwam.



Siły opuszczają mnie prawie zupełnie. W głowie szumi. Ostatni odcinek szlaku, pokonuję na autopilocie. W końcu staję na górze! Jestem nad jeziorem. Osiągnąłem mój cel! Takie małe zwycięstwo. Zrobiłem to. Przeszedłem 19,5 km, wspiąłem się prawie 1 800 metrów! Po to tu przyjechałem, żeby zobaczyć jezioro Ala Kol w całej swej okazałości. Jego piękna turkusowa powierzchnia jest hipnotyzująca. Kolor wody jest tak nieprawdopodobny, ze można się w nie wpatrywać godzinami. Jestem tak wykończony, że po prostu siadam i patrzę.



Wysokość mnie zniszczyła. Każdy ruch to jak katorga na siłowni. Nigdy nie czułem się tak zmęczony fizycznie. Ostatkiem sił rozstawiam namiot na skarpie, wsuwam się do niego, jem na leżąco i padam jak nieżywy. Budzi mnie dopiero łoskot piorunów. Po kilku godzinach przepięknej pogody, rozpętała się burza. Wiatr, deszcz, prawdziwa nawałnica. Zbliża się z południowego zachodu.





Co robić? Namiot w górach, w czasie burzy. Byłem chyba jedyną osobą, która się denerwowała. Właściciele kilku namiotów poniżej powiedzieli, że nie ma się czego bać. Więc zamknąłem się w namiocie i poszedłem spać. Lało prawie całą noc. Mam chyba szczęście pierwszaka, bo pożyczony namiot nie przepuścił nawet kropelki. Jedyne niewygody to kamienie, zimno i okropne pająki próbujące się dostać do namiotu. Zmęczenie pokonało jednak wszystko inne. nawet strach.





Poranek to niesamowity, pełen magii spektakl. Linia cienia powoli przesuwająca się w dół po zboczu czterotysięcznika wraz ze wschodzącym słońcem. Góry zalane światłem i szafirowe niebo obijające się w tafli jeziora. Chmury tańczące w dolinach. Płynące powoli, unoszące się, pochłaniające na chwilę całe obozowisko, wreszcie znikające nad taflą jeziora. Wszystko to jest tak niesamowite, że nie czuję kiedy moje stopy i dłonie całkowicie kostnieją od porannego chłodu.



Zwijam jeszcze mokry namiot i przed 7:00 rano wyruszam na przełęcz Ala Kol. Czeka mnie jeszcze 300 metrów podejścia. Najpierw jednak droga po kamiennych zboczach wzdłuż jeziora. Im wyżej, tym lepszy widok na zieloną, już nie szafirową, a nieco mętną w porannym świetle taflę jeziora. Początkowy odcinek jest dość przyjemny. Potem zaczyna się strome podejście. Trochę się już zaaklimatyzowałem, mam siłę, ale wysokość i stromizna nadal robią swoje. 300 metrów wysokości i kilka kilometrów zajmuje mi blisko 2 godziny. W końcu docieram na 3800 m n.p.m.



Jest wiele pięknych miejsc na świecie. Wiele widoków, które robią wrażenie. Ten jeden mnie dosłownie zmiażdżył. Przy tej przepięknej pogodzie, widok na całe jezioro, pasmo Tien Szan skąpane w lekkich chmurach, lodowce. Widok tak dostojny i majestatyczny, dla mnie wyjątkowy. Być może przez to, że to moja pierwsza poważna wyprawa w góry. Najwyższy szczyt zrobiony pieszo. To jest dla mnie obraz wolności. Ja na przełęczy, wpatrzony w bezkresną przestrzeń. W jęzor lodowca leniwie spływający do uśpionego jeziora Ala Kol. Tak blisko nieba, że można go niemal dotknąć! Nie chce mi się stąd nigdzie ruszać. Ale mam jeszcze do zrobienia dziś prawie 30 km.



Północne zbocze Ala Kol do tej pory zasłaniały chmury. To niesamowite, stojąc na przełęczy po jednej stronie miałem widok na jezioro, po drugiej nic nie było widać. Tylko chmury. W jakieś pół godziny, wiatr je powoli przewiał. Oczom ukazała mi się dolina Keldeke. O ile w dolinie Karakol scenerię można było przyrównać do Gór Skalistych Montany czy szwajcarskich Alp, Keldeke ze swoimi bezkresnymi łąkami przypominała raczej Szkocję, tyle że odciętą na wschodzie czarnymi, niemal pionowymi granitami Tien Szan.



Zejście nie należy do najłatwiejszych. Prowadzi po stromym zboczu usianym piaskiem, żwirem i kamieniami. To nie zejście, raczej zjazd. Jeden krok i lecę jakieś 5 metrów w dół. 500 metrów w dół pokonuję w jakieś 10 minut. Nie wyobrażam sobie podejścia na przełęcz z tej strony. W końcu jestem na dole. Przede mną bezkresna zieleń. Ogromna, przepiękna dolina, ciągnąca się przez ponad 15 km.



Idę wzdłuż strumienia. Mijam kolejne stada krów, owiec, koni. Co i raz wpadam na Kirgizów dumnie jadących na swoich koniach. Stłumiony szum strumienia, słońce, zieleń trawy, szafirowe niebo. dolina otoczona z obu stron stromymi ciemnymi skałami. Gęba cieszy się tak szeroko, że od czasu do czasu do ust wpadają mi irytujące muchy. Chce mi się aż krzyczeć ze szczęścia. Ta niesamowita przestrzeń. To strasznie podnosi na duchu. Ładuje baterie. Przyjechałem tu tylko na 4 dni. Wyrwałem się niemal wprost od biurka. Nikt w pracy nie ma pojęcia, że tu jestem. Tego nie będzie na Facebooku. Żadnych zdjęć, lajków. Tym razem jadę zupełnie incognito. Ta wyprawa jest tylko dla mnie. O wyprawie wiedzą tylko dwie bliskie mi osoby.



Ta kameralność dziwnie sprawia, że mogę się cieszyć tą krótką ucieczką od codziennego życia jeszcze bardziej. Mija drugi dzień, ale przez intensywność wyprawy czuję się jakbym tu był już co najmniej tydzień. To pozytywne otoczenie, tam kirgiska magia napełnia mnie energią. Odwracam się w głąb doliny, żeby jeszcze raz zobaczyć skąd przyszedłem. Przełęcz już się powoli chowa za górami. Zostawiłem ją w tyle. Droga prowadzi cały czas w dół. Naprawdę nie wyobrażam sobie podchodzenia na Ala Kol od północnej strony.



W końcu zielone szkockie łąki przechodzą w gęsty świerkowy las. W upale czuć zapach suchego drewna. Zupełnie jakbym wchodził do sauny. Droga jest coraz trudniejsza. Na ziemi gęste błoto, które przyczepia się do butów. W lesie coraz trudniej też znaleźć szlak. Wystarczy jednak trzymać się strumienia.



W końcu docieram do rzeki Arashan, która biegnie środkiem szerokiej doliny o tej samej nazwie. Już prawie koniec. Jeszcze tylko 15 km w dół doliny, do końca szlaku. Mijam gorące źródła Altyn Arashan – skupisko kilku domków i pola namiotowe.



Droga ciągnie się dalej na północ. Wzdłuż malowniczego strumienia. Po dwóch dniach spędzonych pośród najdoskonalszych górskich scenerii, droga dolina nie robi na mnie szczególnego wrażenia, mimo że należy do naprawdę wyjątkowych.



Po kolejnych trzech godzinach marszu docieram do wioski Tieplokluczenka. Jest niedziela 17:00. Cały czas upał. Zrzucam plecak pod małym sklepem. Kupuje 1,5 litra wody i opróżniam niemal duszkiem. Siedzę bez sił pod starą studnia przy ulicy i czekam na marszrutkę, która zawiezie mnie do Karakol. Chciałem to zrobić i zrobiłem. Przy pierwszej okazji. Bo o to chyba chodzi, prawda? Miałem marzenie i kiedy przyszła możliwość jego realizacji, nie zawahałem się nawet przez chwilę.



W życiu się tak fizycznie nie umęczyłem co podczas tej dwudniowej katorgi. Moje stopy były całe w bąblach, odciskach i otarciach. Nogi i plecy bolały. Mało spałem. Spędziłem 4 dni i 4 noce w podróży: w samolotach, autobusach, marszrutkach. Wszystko po to aby przez dwa dni pochodzić po górach. Do tego zapłaciłem za to jakieś 1 200 zł. Czy się opłacało? Pewnie nie. Przecież to szalone. Czy było warto? Gdybym miał to zrobić jeszcze raz, zrobiłbym bez wahania!




Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie

Dodaj Komentarz

Komentarze (21)

gadekk 15 sierpnia 2015 10:18 Odpowiedz
Podziwiam, gratuluję. To jest kwintesencja podróżowania. Do tego świetne fotki.
antia 16 sierpnia 2015 09:21 Odpowiedz
Świetnie! Rozumiem Twój zachwyt i adrenalinę, sama miewam takie szalone pomysły często :) To turkusowe jezioro w górach widziałam z okien samolotu, pięknie się prezentowało. Zazdroszczę Ci takich widoków na żywo :) W Kirgistanie też byłam dwa razy, wróciłam na cmentarz samolotów w Osz :)
kostek966 18 sierpnia 2015 16:49 Odpowiedz
lecimy do Kirgistanu za 2 tygodnie i prosiłbym o kilka informacji praktycznych, gdzie wymienić walutę, jak jest z noclegami, czy same nas znajdą czy lepiej rezerwować, czy z Osz można dojechać do Karakolu czy lepiej wracać samolotem do Bishkeku,
kefirm 19 sierpnia 2015 07:32 Odpowiedz
kostek966lecimy do Kirgistanu za 2 tygodnie i prosiłbym o kilka informacji praktycznych, gdzie wymienić walutę, jak jest z noclegami, czy same nas znajdą czy lepiej rezerwować, czy z Osz można dojechać do Karakolu czy lepiej wracać samolotem do Bishkeku,
Walutę wymienisz w kantorze. Noclegów nie rezerwuj. Z Osh raczej przez Bishkek. Samolot 25-30$, bus ok 20$. Próbowaliśmy z okolic Song Kol dostać się do Osh ale cenowo to nie ma sensu, a i sami miejscowi mówili, że nie tędy droga.
carollayna 19 sierpnia 2015 09:49 Odpowiedz
Wymiękłam... Przepięknie, genialne, niesamowite!
adamek 19 sierpnia 2015 09:54 Odpowiedz
kostek966lecimy do Kirgistanu za 2 tygodnie i prosiłbym o kilka informacji praktycznych, gdzie wymienić walutę, jak jest z noclegami, czy same nas znajdą czy lepiej rezerwować, czy z Osz można dojechać do Karakolu czy lepiej wracać samolotem do Bishkeku,
Na lotnisku wymień sobie z 10 USD, na marszrutke do miasta (40 som/os) w mieście jest lepszy kurs, pełno kantorów przy Czuj i Kijewskiej. Kurs lepszy niż na lotnisku. Noclegi są dostępne zazwyczaj ale same Was nie znajdą :) Zależy od tego dokąd jedziecie. Z Osz do Karakol tylko przez Biszkek, droga przez góry i Naryń jest raczej dla koni, auta 4x4 są drogie. Najszybciej złapać ranny Air Manas do Biszkeku i przesiąść się w marszrutkę, w ten sposób przed 17:00 jesteście w Karakol.
popcarol 19 sierpnia 2015 11:32 Odpowiedz
Szacunek! :)
kostek966 19 sierpnia 2015 13:25 Odpowiedz
adamek
kostek966lecimy do Kirgistanu za 2 tygodnie i prosiłbym o kilka informacji praktycznych, gdzie wymienić walutę, jak jest z noclegami, czy same nas znajdą czy lepiej rezerwować, czy z Osz można dojechać do Karakolu czy lepiej wracać samolotem do Biszkeku,
Na lotnisku wymień sobie z 10 USD, na marszrutke do miasta (40 som/os) w mieście jest lepszy kurs, pełno kantorów przy Czuj i Kijewskiej. Kurs lepszy niż na lotnisku. Noclegi są dostępne zazwyczaj ale same Was nie znajdą :) Zależy od tego dokąd jedziecie. Z Osz do Karakol tylko przez Biszkek, droga przez góry i Naryń jest raczej dla koni, auta 4x4 są drogie. Najszybciej złapać ranny Air Manas do Biszkeku i przesiąść się w marszrutkę, w ten sposób przed 17:00 jesteście w Karakol.
kostek966 19 sierpnia 2015 13:33 Odpowiedz
Na lotnisku wymień sobie z 10 USD, na marszrutke do miasta (40 som/os) w mieście jest lepszy kurs, pełno kantorów przy Czuj i Kijewskiej. Kurs lepszy niż na lotnisku. Noclegi są dostępne zazwyczaj ale same Was nie znajdą :) Zależy od tego dokąd jedziecie. Z Osz do Karakol tylko przez Biszkek, droga przez góry i Naryń jest raczej dla koni, auta 4x4 są drogie. Najszybciej złapać ranny Air Manas do Biszkeku i przesiąść się w marszrutkę, w ten sposób przed 17:00 jesteście w Karakol. Dzięki za szybką odpowiedź. przylatujemy do Biszkeku 4.9. rano rezerwowałem bilety na 9 rano do Osz, jednak przez błąd kasa mi zeszła a rezerwacji nie ma, więc próbuję ponownie i nie wiem czy czekać do ostatniej chwili z lotem czy brać po cenie bieżącej, z Osz chcemy dostać się do Pamiru na 2 dni, potem wrócić do stolicy i busem do Karakolu na 4 dni, też w góry, żeby jeśli się da zobaczyć jakiś 7tysięcznik,pozdrawiam
adamek 19 sierpnia 2015 13:43 Odpowiedz
kostek966Dzięki za szybką odpowiedź. przylatujemy do Biszkeku 4.9. rano rezerwowałem bilety na 9 rano do Osz, jednak przez błąd kasa mi zeszła a rezerwacji nie ma, więc próbuję ponownie i nie wiem czy czekać do ostatniej chwili z lotem czy brać po cenie bieżącej, z Osz chcemy dostać się do Pamiru na 2 dni, potem wrócić do stolicy i busem do Karakolu na 4 dni, też w góry, żeby jeśli się da zobaczyć jakiś 7tysięcznik,pozdrawiam
zeszła Ci kasa z karty i nie dostałeś potwierdzenia? tez tak miałem (Air Kyrgyzstan), zadzwoniłem na infolinie (rosyjski) okazało się, że mam bilet, tylko nie dostałem potwierdzenia, wiec sprawdź to zanim kupisz drugi bilet. Powodzenia z 7-tys, pamiętaj, że żeby się dostać Do Enilcheku i centralnego Tien Szan, trzeba wyrobić przepustkę graniczna (to trwa z tydzień), więc chyba z 7-tys nici, ale wokół Karakol masz piękne 4-tyśki :D
kostek966 19 sierpnia 2015 20:09 Odpowiedz
rezerwacja przez pegasusairlines (kilka razy ciągle wyskakiwał błąd), reklamowałem w banku, jeden zwrot już mam, na resztę czekam. Z lini tureckiej zero odzewu, jak wejdziemy na 4tysiące to nic wyższego nie zobaczymy ?, ale chociaż klimat wysokich gór i widok lodowca poczujemy. Czy noce były w górach b. zimne ?
adamek 20 sierpnia 2015 09:50 Odpowiedz
kostek966rezerwacja przez pegasusairlines (kilka razy ciągle wyskakiwał błąd), reklamowałem w banku, jeden zwrot już mam, na resztę czekam. Z lini tureckiej zero odzewu, jak wejdziemy na 4tysiące to nic wyższego nie zobaczymy ?, ale chociaż klimat wysokich gór i widok lodowca poczujemy. Czy noce były w górach b. zimne ?
Zobaczycie dużo :) Noce są chłodne, na początku września będzie już blisko zera, więc jeżeli chcecie spać w namiocie, to weźcie ciepłe śpiwory. Powodzenia!
kefirm 21 sierpnia 2015 10:12 Odpowiedz
adamek
kostek966rezerwacja przez pegasusairlines (kilka razy ciągle wyskakiwał błąd), reklamowałem w banku, jeden zwrot już mam, na resztę czekam. Z lini tureckiej zero odzewu, jak wejdziemy na 4tysiące to nic wyższego nie zobaczymy ?, ale chociaż klimat wysokich gór i widok lodowca poczujemy. Czy noce były w górach b. zimne ?
Zobaczycie dużo :) Noce są chłodne, na początku września będzie już blisko zera, więc jeżeli chcecie spać w namiocie, to weźcie ciepłe śpiwory. Powodzenia!
W zeszłym roku w sierpniu na 3700 w Karakolu było już pół metra śniegu. Miesiąc temu - w połowie lipca w Pamirze na 4200 nocami temperatura spadała poniżej 10C, w ciągu dnia też nie wiele ponad 20C, a podobno tydzień wcześniej były straszne upały. Tak więc wszystko się może pogoda zmienić, lepiej bądzcie przygotowani.
padma 21 sierpnia 2015 18:58 Odpowiedz
Lubię takich szaleńców :) A poza tym mam dziwne wrażenie, że spotkaliśmy się pierwszego dnia na trasie! Nas była trójka, para z jedenastoletnią córką, wy szliście razem, minęliśmy się kilka razy, parę słów zamieniliśmy. Potem Twoją koleżankę widzieliśmy przy wodospadzie, a Ciebie już nie było. My burzę spędziliśmy w dolinie, a kolejną noc nad jeziorem, i zdecydowanie Tobie się lepiej pogoda udała :) Zresztą też relację będę pisała u siebie na blogu, ale jak się ogarnę, bo wróciliśmy dosłownie wczoraj, a dzisiaj całkiem przypadkiem rzucił mi się w oczy Twój wpis - lubię takie zbiegi okoliczności :) Pozdrawiam serdecznie!
adamek 21 sierpnia 2015 19:35 Odpowiedz
padmaLubię takich szaleńców :) A poza tym mam dziwne wrażenie, że spotkaliśmy się pierwszego dnia na trasie! Nas była trójka, para z jedenastoletnią córką, wy szliście razem, minęliśmy się kilka razy, parę słów zamieniliśmy. Potem Twoją koleżankę widzieliśmy przy wodospadzie, a Ciebie już nie było. My burzę spędziliśmy w dolinie, a kolejną noc nad jeziorem, i zdecydowanie Tobie się lepiej pogoda udała :) Zresztą też relację będę pisała u siebie na blogu, ale jak się ogarnę, bo wróciliśmy dosłownie wczoraj, a dzisiaj całkiem przypadkiem rzucił mi się w oczy Twój wpis - lubię takie zbiegi okoliczności :) Pozdrawiam serdecznie!
Pamiętam! :) Rozmawialiśmy o Was po drodze. Byliśmy pod dużym wrażeniem. Aż serce się raduje, że są rodzice, którzy biorą dzieci na wyprawy w takie super miejsca, zamiast tylko na wczasy do Egiptu. Nawet jak dziecko czasem pomarudzi, to później doceni. Bo dzięki temu wychodzą na ludzi, a nie rozpuszczone lale. Szacunek! :)
kostek966 25 sierpnia 2015 14:35 Odpowiedz
mam jeszcze jedno pytanie o możliwość i ew. cenie transportu z Karakol do Altyn Arashan
adamek 25 sierpnia 2015 14:39 Odpowiedz
kostek966mam jeszcze jedno pytanie o możliwość i ew. cenie transportu z Karakol do Altyn Arashan
Do AA trzeba popytac w hostelach i jakichś biurach podróży. Tam wjedzie tylko 4x4. Ja szedłem piechotą te 15 km.
reporter 25 sierpnia 2015 18:49 Odpowiedz
Świetna relacja i Twoja narracja. Bardzo mi sie podobało :) Do Twojego pytania o koszty podrózy pasuje mi cytat W.Bartoszewskiego "Na pewno nie wszystko, co warto, to się opłaca, ale jeszcze pewniej (…) nie wszystko, co się opłaca, to jest w życiu coś warte." Dziękuję Ci że mogłem zobaczyc te zdjęcia i opis :)
kia-80 26 sierpnia 2015 13:36 Odpowiedz
Nawet nie wiesz jak bardzo jestem Ci wdzięczna za to, że wpuściłeś nas do Swojego Świata ;) Mnie też Świata ciągle bardzo mało a rzeczy małe zachwycają. I może jeszcze nie widziałam tyle, ile widziały Twoje oczy, bo dla mnie Tatry to prawie Himalaje ;) I ten dowód na to, że najpiękniejsze rzeczy w życiu są za darmo - to przyroda która sprawia, że człowiek wie i czuje że żyje.
ginger 6 marca 2016 23:40 Odpowiedz
w jakim miesiącu byłeś?
adamek 8 listopada 2016 12:14 Odpowiedz
gingerw jakim miesiącu byłeś?
w sierpniu. Na początku sierpnia - to najlepszy czas na takie wyprawy w Kirgistanie