+11
adamek 10 czerwca 2014 00:19
- Kirgistan? Gdzie to w ogóle jest? Tak reaguje większość. Ja dokładnie wiedziałem gdzie leży i wiedziałem, że kiedyś tam pojadę. Wiedziałem od kiedy przeczytałem Imperium Kapuścińskiego. Potem było W zielonej dolinie wśród zielska Jacka Hugo-Badera. Chociaż po tej drugiej lekturze Kirgistan kojarzył mi się z heroiną, haszyszem i starym beznogim dilerem zadźganym szpikulcem do szaszłyków. W oko. I tak wiedziałem, że tam pojadę. Nigdy nie przypuszczałem, że tak szybko to się stanie. Pałając ogromną i niewytłumaczoną, beznadziejną miłością do wszystkiego co post-sowieckie, zrobiłem to przy pierwszej nadarzającej się okazji.



Pod koniec stycznia Pegasus Airlines „rzucił” w promocji bilety w masę świetnych miejsc za naprawdę dobre pieniądze. Iran, Kirgistan, Kazachstan… Co wybrać? Zastanawiałem się dosłownie 5-minut. Tyle zajęło mi potwierdzenie, że do Kirgistanu nie potrzebuje wizy. 280 USD i miałem bilet Lwów-Biszkek z przesiadką w Stambule. W cenie bagaż. Lwów? TAK! Lwów – to świetna baza wypadowa do Azji centralnej! Jak się dostać do Lwowa? Z Warszawy kursuje nocny autobus. Za 90 PLN, po 8 godzinach na nieszczególnie wygodnym siedzeniu jestem o 7 rano pod dworcem we Lwowie. Z powrotem da się taniej, z kilkoma przesiadkami. Jest wygodnie, przy okazji można zwiedzić Lwów w kilka godzin. To dobra rozgrzewka przed Wschodem.



Do wyjazdu mało się przygotowywałem. Poguglowałem. Miałem tylko przewodnik Bradt. Planowałem oczami – patrzyłem na zdjęcia i guglowałem. Nakręcałem się coraz bardziej. Zakochiwałem się w każdym kolejnym zdjęciu. W końcu wybrałem. Plan był mocno ramowy. Wiedziałem, że chce zobaczyć Karakol i okoliczne doliny, Osz z jego najstarszym w tej części Azji bazarem, XV-wieczny karawanseraj w Tasz Rabat, jezioro Song Kol i Arslanbob z jego orzechowymi lasami. Najbardziej jednak zakochałem się w obrazku z At Baszy. Tam musiałem pojechać. Choćby nie wiem co. Jak wyjdzie – zobaczymy. Dogadany jeden nocleg z couchsurfingu. Tak, to działa nawet w Kirgistanie. Sprawdziłem w Internecie jaka będzie pogoda – zapowiadało się średnio ciekawie. To majówka, wiec miało być jeszcze zimno, padać i w ogóle dramat. Co tam!? Kurtka jest na stanie. Jak się później okazało, przydała mi się tylko raz, na wysokości ponad 3 400 m n.p.m.



We Lwowie spędziłem przepiękny słoneczny dzień, spacerując uliczkami tego malowniczego miasta. Zaglądałem do kawiarni, piłem kawę, zajadałem się tortem ambasador. Przebierałem nogami i czekałem na lot do Stambułu, potem do Biszkeku. Za 60 groszy dostałem się na lotnisko trolejbusem (to najtańszy transport z centrum na lotnisko w moim życiu). Lotnisko we Lwowie to dziecko Euro 2012. Czysto, ładnie, darmowe Wi-Fi. Europa. Tylko w łazienkach śmierdzi fajkami. Obok nowego terminala, można podziwiać stare sowieckie mikro-lotnisko, dziś już nie używane. Ale z duszą. Lot do Stambułu mija szybko. Potem 2 godziny czekania lotnisku Sabiha Gokcen. Miejsce zatłoczone, głośne, dramatycznie drogie. W jednej z kanapkarni widziałem jak dwójka Niemców była w szoku, że za 2 kawy i 2 kanapki policzyli im 40 Euro!



Lot do Biszkeku to po prostu marzenie. Trzy czwarte samolotu wolne. Pusty rząd ewakuacyjny. Spanie.



O 4:00 rano lądujemy w Biszkeku. Lotnisko senne. Świta. Czuje, że jestem daleko. Na końcu świata. Czuje się dalej niż gdziekolwiek indziej. Rzecz niespotykana. Nie mogę się nadziwić. Żadnych problemów. Z bagażem, z celnikami, z paszportem. Wszyscy mili. Przecież to była republika. Jedyny dowód to ogromne czapki-naleśniki na głowach mundurowych. Pora jest zwyczajnie barbarzyńska. Nie jeżdżą jeszcze żadne busy do miasta. Lotnisko Manas jest oddalone jakieś 25 km od Biszkeku. Dojechać można albo busem (kursują 6:30-20:00) za 40 somów (1 som – 0,055 PLN) lub taksówką za 600 somów. Czekam do 6:30 na busa. Na lotnisku. Na zewnątrz jest strasznie zimno! Kilka stopni. Ja zmęczony i zaspany. Uciekam od taksówkarzy-naganiaczy. Skubani są tak twardzi, że jeden chodził za mną 15 minut, stał nade mną, marudził, nawet zaczął krzyczeć.

W międzyczasie za 250 somów kupuję SIM-a w sieci BeeLine z nielimitowanym internetem na 10 dni. Za 13 złotych. Kirgistan jest tani. Bus 380 zabiera mnie do miasta. Po drodze trafia mnie po raz pierwszy to co na zawsze pozostanie dla mnie wizytówka tego kraju. Niebo! Ogromne, błękitne niebo. Tak duże, że aż przytłacza. Dosłownie powala na kolana. Przygniata. Zdaje się wisieć tuż nad głową. Wydaje się, że można je złapać ręką. Jest po prostu przepiękne. Zwyczajne. Leniwie podpiera się na ośnieżonych górach okalających Biszkek od południa.



Poranna wycieczka po mieście – musiałem znaleźć dom Aidy – mojej hostki. Dzielnica Ulan-2. Koniec świata. Mapy Google wysiadają. Na szczęście przysłała mi mapkę z zaznaczoną ulicą. Po godzinie podróży marszrutkami, trafiam do dzielnicy składającej się z domków jednorodzinnych. W zasadzie cały Biszkek to zbiór takich mikro-dzielnic, pełnych małych domków. Wszędzie drzewa. Nieśmiało kiełkująca zieleń. Rzuca mi się jedno – nie widzę obskurnych sowieckich blokowisk. Najwyższe bloki mają po jakieś 6-7 pięter. Czuję się jak w małym miasteczku, mimo że Biszkek do najmniejszych nie należy. Szukanie domu mojej nowej znajomej to jak szukanie igły w stogu siana. Chodzenie przez podwórka, uciekanie przed psami, potknięcia na nierównych ścieżkach. W końcu dzwonię i proszę o pomoc. Bez tego chodziłbym po dzielnicy cały dzień.



U Aidy od razu trafiam w samo epicentrum azjatyckiej gościnności. Czym chata bogata. Jej mama (70 lat!) stopniowo kładzie na stół chyba całą zawartość spiżarni. Nie ma tego dużo, ale tutaj gościna to podstawa. Świeże, chrupiące chlebki – lepioszki, po które przed chwilą poleciała do sklepu kuzynka Aidy. Konfitury z czarnej porzeczki, których smak to po prostu poezja. Oczywiście mocna herbata (tu nie pija się kawy). Miód, świeże masło, kefir, zabójczo tłusta śmietana, cukierki, orzechy. Wygłodzony po podróży szczególnie się nie wzbraniam, ale uczta wydaje się nie mieć końca. Wszystko po kolei wjeżdża na stół. Siedzimy tak ze 2 godziny. Rozmawiam z babuszką – stopniowo przypominam sobie nie używany od 8 lat rosyjski. Ona opowiada jak to pięknie było za Sajuza. Miasto zielone, ludziom się chciało, wszyscy o wszystko dbali. A teraz – burdel. Kwestia, która przewija się przy praktycznie każdej rozmowie o Kirgistanie. ZSRR jest tu mile wspominane. To Sowieci postawili ten kraj: wybudowali szkoły, uczelnie, drogi, podciągnęli prąd, wodę, gaz. Przynieśli tu cywilizację. A co teraz? Jest wolność, nie ma żadnego zamordyzmu. Jest burdel (każdy używa tego właśnie słowa) – wolność = każdy robi co chce, kradnie i nic nie da się zrobić. Azja. Po locie jestem zmęczony, ale spania nie będzie. Nie miało być. Po uczcie i tak lecę zwiedzać miasto.



Biszkek to dość nietypowe miasto. Jest zarazem brzydkie i piękne. Dlaczego brzydota? Szczerze mówiąc nie ma tu co zwiedzać. W centrum sowieckie budynki, plac Ala-Too, plac niepodległości. Jakieś brzydkie budynki rządowe. No po prostu nie ma na czym oka zawiesić. Beton, szarość, bylejakość. Połączenie bezguścia i nowobogackiego kiczu. Piękno? Otoczenie miasta. Całokształt. Nie patrzę na poszczególne budynki. Na beton. Na asfalt. Na oszpecone reklamami ulice. Patrzę na całokształt. Na hipnotyzujące góry w tle. Na przepiękne szafirowe niebo, które chce się łapać garściami. To pierwsze miejsce, gdzie chodziłem i wyciągałem ręce do góry jak mały chłopiec. Chciałem złapać niebo! Do tego pogoda jest przepiękna. Słońce, dużo słońca.



Chodzę po mieście zupełnie bez celu. Zaczynam od przewodnikowych atrakcji – centrum miasta – placu Ala-Too. Plac ma w sobie coś niesamowitego – przestrzeń. Dlatego mi się tu podoba. Znowu to niebo. Ogromna, krwistoczerwona flaga powiewająca na tle błękitu. Robi wrażenie. Żołnierze maszerujący przy zmianie warty. Rodziny z dziećmi. Zdjęcia. Lody. Naokoło zieleń. Przepiękne parki. Tak – Biszkek to miasto zieleni i parków. Można sobie po prostu usiąść na ławce, opalać się, po prostu być. Muzeum ze starymi sowieckimi eksponatami mnie jakoś szczególnie nie kręci. Uwagę przykuwa pomnik Lenina.



W Biszkeku wyjątkowo przeniesiony z centrum placu, do parku na tyły muzeum. We wszystkich pozostałych miastach, ścisłe centrum cały czas wyznacza pomnik Lenina a główna ulica to – Aleja Lenina. Potem przechodzę prawie całe Czuj i Kijewskij Prospiekt. Chłonę miasto. Mimo wątpliwej estetyki, jest w nim coś. Brzydkie, obdrapane budynki. Kolorowe, kiczowate, brzydkie reklamy. Wszędzie bezguście. Nowobogacki styl w połączeniu z biedą. Jedyny plus – miasto dosłownie tonie w zieleni. Nawet nie staram się wyobrazić co było w czasach ZSRR kiedy to wg. Mamy Aidy było tu jeszcze bardziej zielono. Wszędzie drzewa – już zielone. Kwitnący bez. Miejscami zapach kwiatów dosłownie odurza. Chodzę zielonymi prospektami i patrzę na ludzi. Na Mołodoj Gwardii – na pasie zieleni ludzie siedzą i się opalają, grają w ping-ponga. ludzie zdają się rzucać wszystko co robili i wylegają na ulicę. Jest gwar, spokój, radość.



Ludzie są bardzo przyjaźni. Widać, że nie jestem stąd. Nie to ubranie, nie ten kolor skóry i nie ten wzrost. Kilka razy przydarzyło mi się, że podchodziły do mnie grupy – na oko – późnych licealistek i zagadywały „hej wysoki!”. Ludzie mają parcie do świata. Pytają skąd przyjechałem, dokąd jadę, co robię. Widać, że są ciekawi świata i łapią każdą okazje, żeby uszczknąć chociaż trochę tego dalekiego świata. Podczas całego mojego pobytu, poznałem w ten sposób kilkanaście ciekawych osób, które obdarowywały mnie prezentami, byli moimi przewodnikami, opowiadali swoje historie i chcieli się dzielić swoim pięknym krajem. Zwyczajnie podbili moje serce.



Podczas spaceru po mieście co chwilę natrafiam na babcie siedzące na chodniku przy małej wadze łazienkowej i oferujące ważenie za 5 somów (ok 28 groszy). Pomysł na biznes tak kuriozalny, nie mieści się w moim europejskim rozumie. Kto by za to płacił. Nawet takie grosze. Kto chciałby się ważyć na ulicy. No kto? Wiedziałem to już po tym jednym dniu w stolicy – kocham ten kraj. Po prostu go kocham.



Siadam i czytam przewodnik. Dochodzę do wniosku, że nie ma co iść wyznaczonym szlakiem i oglądać pomniki Marksa, Engelsa, Armii Czerwonej, Rewolucji, Bohaterów Pracy itd. Podstawowa sprawa na każdym moim wyjeździe – jedzenie. I to nie byle jakie. Nie mam tu na myśli restauracji. Ja jem na ulicy albo u kogoś. Tak jak ludzie, którzy tu mieszkają. Wyznacznik dobrego miejsca – ani jednego turysty. Tutaj mam problem, bo w ogóle nie widzę żadnych turystów. Żadnych Europejczyków, żadnych nie-Azjatów lub Rosjan. Tych drugich od razu można poznać. Ja poznaję. Tak więc poluje na stragany z jedzeniem.



Udaje się na Osz Bazar – największy w Biszkeku i jeden z najstarszych w kraju. To miejsce wygląda jak bazar X-lecia w Warszawie. Tłumy. Mnóstwo ludzi, krzyki, gwar. Korki na ulicy, trąbiące busy, kręcące się cwaniaczki, naciągacze, stragany z szaszłykami, samsami, pierożkami, lepioszkami. Jedni coś kupują, inni po prostu stoją. Ruch. Wszędzie ruch. Jak w mrowisku. Stragany ze wszystkim. Od nasion słonecznika po chińskie kolorowe badziewie. Szare mydło, kalosze, kury, gumowe piłeczki. Wszystko. Gubię się w zaułkach, alejkach. O to chodziło. Nie boję się, po prostu idę przed siebie. Skręcam, idę dalej. Znowu zakręt. Nie wiem gdzie jestem. Kalejdoskop najdziwniejszych towarów atakuje mnie z każdej strony.



W końcu trafiam do części z jedzeniem. Tutaj pełen szał. Stragany dosłownie nacierają na wszystkie moje zmysły. Kolory – worki z suszonymi owocami wyglądają jak pełne jakiś skarbów. Nie wiedziałem, że jest kilkanaście rodzajów moreli suszonych. Mniej, bardziej suszone, z pestką lub bez, łaciate, gładkie, takie, takie, inne. Dźwięki – sprzedawcy zachwalający swoje produkty, przekrzykują się, wołają, śpiewają.



Każdy chce Ci coś dać do spróbowania – to jakieś nasiona, to orzechy, owoce albo kurut – dziwne białe, twarde, tłustawe, słone kulki robione z wysuszonego mleka. Wyglądają ja Raffaello, ale smakują jak suche, słone mleko. Dla koneserów. Zapachy – pomijając część z mięsem, są wprost odurzające – świeżo pieczony chleb, przyprawy – kmin, czarnuszka – czy właśnie kwaśnawy zapach kurutu. Smak – to zmysł wiecznie niezaspokojony. Przepyszne bakalie, orzechy, owoce, a do tego gotowe potrawy – pierożki – z ziemniakami, z mięsem, samsa (trójkątna bułka) z wołowina, kurczakiem, kiszona marchew z kolendrą do tego jako dodatek: flaki wołowe na zimno, w korzennej marynacie, lub marynowane ryby.



Szaleństwo próbowania. Chce się wszystko. Z bazaru wychodzę obładowany różnymi smakołykami. W zasadzie od próbowania nie jestem już głodny, ale dopełnię zwyczaju powolnej konsumpcji na mieście. Gdzieś w parku. Siadam na trawie przy Molodoj Gwardii, wyciągam przecudne, jeszcze ciepłe lepioszki, marchewkę z flakami, samsy i inne przysmaki i jem wszystko na raz. Jedzone oczywiście rękami, prosto z foliowej torebki. Jest pyszne! Ludzie dziwnie na mnie patrzą. Ale to chyba dlatego, że wyglądam na jedynego turystę w promieniu kilku kilometrów.



Na snuciu się po mieście mija mi cały dzień. Wystarczy. Aklimatyzacja zakończona sukcesem. Miasto nie ma atrakcji, ciekawych muzeów, pięknej architektury. Chyba nie da się wskazać nawet jednej rzeczy, którą warto tu zobaczyć. Ale WARTO tu przyjechać. Pobyć dzień, dwa. Chłonąć miasto. Zatrzymać się. Posiedzieć wśród zieleni skwerów, placyków. Popatrzeć na niebo! Odetchnąć. Posłuchać przytłumionego szumu miasta. Tutaj nawet zgiełk jest jakiś taki cichszy, przyjemniejszy. Zapach spalin tak nie gryzie. Słońce miło liże po policzkach. To nie jest piękne miasto, ale jest w pięknym miejscu. Dlatego właśnie warto tu przyjechać. Warto tu być chociaż przez chwilę.



Siedząc i przeglądając przewodnik zadecydowałem – jadę do Karakol chodzić po dolinach Tien-Szanu lub do Tash Rabat – aby dotrzeć do XV-wiecznego karawanseraju na jedwabnym szlaku. Gdzie dokładnie. Postanawiam, że zadecyduje ślepy los – który bus będzie pierwszy. Na szczęście odchodzą z jednego dworca – zachodniego.

Po aktywnym dniu, spędzam miły wieczór z Aidą, jej mamą na opowieściach przy tonach ciastek, konfitur i przepysznej herbacie. Stół z ceraty, zwykłe szklanki żaroodporne. Zwyczajnie aż do bólu. A jednak wyjątkowo. Poczułem się naprawdę ugoszczony. Wydało mi się, że spędziłem to kilka dni. A byłem tutaj dopiero niecały dzień. Tyle zobaczyć.


Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie

Dodaj Komentarz

Komentarze (4)

spoon212 10 czerwca 2014 12:46 Odpowiedz
Czekałem z niecierpliwością na twoją relacje z Kirgistanu, bo samemu chciałbym się kiedyś tam wybrać :)
juventino10 10 czerwca 2014 14:45 Odpowiedz
Pięknie. Marzę o wybraniu się tam w przyszłości. Zastanawia mnie skąd w ludziach tak jak autor napisał do tego "co postsowieckie", bo mam tak samo, a swojej miłości też nie rozumiem.
tomwie 17 czerwca 2014 17:24 Odpowiedz
Właśnie dwa dni temu wróciłem z kilkudniowej wyprawy do Kirgizji. Nie ukrywam, że miałem zamiar opisać swoje doświadczenia, ale kolega mnie uprzedził. Tez leciałem przez Istambuł (tyle tylko, że Turkishem). Wspomnienia, które przywiozłem bezcenne. Jeśli właściciel tego bloga pozwoli, dołączę na koniec kilka fotek. Polecam wyjazd do Kirgizji - gościnność lokalsów, sympatia tych ludzi, ich jeszcze brak skażenia chęcią zarobku na każdym obcokrajowcu są w dzisiejszych czasach już rzadkością. Do tego wszystkiego, dla nas jest to kraj w miarę tani i co ważne jedyny w tamtym rejonie bezwizowy. Piękno kirgiskich krajobrazów na długo pozostają w pamięci :-) . Czekam na dalszy część relacji
kriss 25 marca 2016 00:39 Odpowiedz
dzięki za relacje, właśnie obmyślam co tam zobaczyć :-)